Żywoty kasiarzy

Żywoty kasiarzy

W europarlamencie możliwości są dwie. można korzystać z życia – jeździć na Bali i Seszele oraz latać klasą biznes. Albo oszczędzać – spać w hostelach i oszukiwać na benzynie. Pracy jest niewiele.
"Na Majorce mgłą zasnute/ Niedostępne szczyty gór/ A na plaży z gołym fiutem/ Paraduje jakiś gbur". To fragment „Letniego wierszyka o  Majorce", który eurodeputowany PiS Janusz Wojciechowski napisał podczas lipcowego urlopu na Balearach. W ostatniej zwrotce rymowanki poseł wyjaśnia, że wypad na wyspę był mu potrzebny z powodu „politycznej chandry”, jakiej się nabawił.

Postanowiliśmy sprawdzić, czy polityk poeta jest wyjątkiem, czy może życie w Brukseli i Strasburgu doskwiera także innym polskim eurodeputowanym. 

298 euro za podpis

Tydzień pracy europosła zaczyna się w poniedziałek po południu. Zasadniczo o godz. 16 wszyscy deputowani powinni już siedzieć na  posiedzeniach komisji. Ale w poniedziałki sale zazwyczaj świecą pustkami. Za to z formalnego punktu widzenia frekwencja jest całkiem dobra. Zasady są takie, że 298 euro dziennej diety dostają wszyscy, którzy zdążą się podpisać na liście. Listy czekają od siódmej rano do  dziesiątej wieczorem. Większość przylatuje na ostatnią chwilę.

Lotnisko w Brukseli, poniedziałek wieczorem. – Wiesiu! Jedź autobusem, ja się zabiorę z posłem! – krzyczy do swojego znajomego były szef „Solidarności" Marian Krzaklewski. Mimo że przegrał zeszłoroczne wybory, to podobnie jak eurodeputowani regularnie bywa w Brukseli, bo pracuje w  jednej z unijnych instytucji. Po chwili podjeżdża czarny mercedes klasy S flota parlamentu Europejskiego. Krzaklewski pakuje się do środka razem z posłem, który zaoferował mu podwiezienie. To polityk SLD, jeden z  liderówpolskiej delegacji we frakcji socjalistycznej. Taki widok nikogo nie dziwi, bo w Brukseli krajowe podziały nie obowiązują. Właściwie zacierają się jeszcze w powietrzu, np. podczas jednego z ostatnich poniedziałkowych lotów Paweł Kowal i Joanna Senyszyn całą drogę gawędzili o historii chrześcijaństwa.

Są tacy, którym szkoda czasu na  filozoficzne dyskusje i podczas podróży próbowali dobijać politycznych targów. Lotnisko we Frankfurcie, kilka miesięcy przed ostatnimi eurowyborami, aktorzy scenki to Czesław Siekierski z PSL i Bogdan Pęk przymierzający się do startu z list PiS. Obaj mieli kandydować z  Małopolski i obaj bili się o wiejski elektorat. – Czesiek zaproponował mi tam, że gdybym przeniósł się do innego okręgu, to byłby gotów wpłacić na moją kampanię 10 tys. euro – relacjonuje tamtą rozmowę Pęk. –  Rzeczywiście powiedziałem, że dużo bym dał na jego kampanię, gdyby kandydował z innego okręgu – przyznaje Siekierski. Zarzeka się jednak, że kwota 10 tys. euro nie padła. Do transakcji ostatecznie nie doszło, ale Siekierski nie ma czego żałować: Pęk w wyborach wystartował, ale  mandatu mu nie odebrał.

W poprzedniej kadencji loty do Brukseli i  Strasburga były nie tylko formą życia towarzyskiego, ale także niezłym źródłem dochodów. Za każdą podróż parlament zwracał 1300 -1600 euro. Biorąc pod uwagę, że większość deputowanych latała tanimi liniami, w  których bilet kosztował około tysiąca złotych, czyli 220 euro, na samych podróżach miesięcznie można było uciułać nawet 20 tys. zł. To więcej niż  dwie pensje posła z Wiejskiej. Dziś ryczałtów już nie ma i Bruksela zwraca po prostu koszty biletu.

Jak zarobić na kilometrach

Parlamentarzyści jednak nie narzekają – dzięki zmianie przesiedli się z  Wizzaira na klasę biznes Lufthansy. – A ci, którzy chcą sobie dorobić, i  tak mają swoje sposoby – twierdzi jeden z eurodeputowanych. Jakie? Chociażby podróżowanie samochodem. Za każdy przejechany kilometr parlament płaci pół euro, a żeby dostać zwrot, wystarczy przedstawić dwa rachunki z podróży. – Numer jest więc dziecinnie prosty: jeden samochód, dwóch posłów w środku, cztery tankowania po drodze i każdy rozlicza się oddzielnie. Amatorów takich kombinacji także i w tej kadencji nie  brakuje – zapewnia nasz rozmówca. Na jednej podróży w dwie strony każdy z  pasażerów może zarobić na czysto nawet 3-4 tys. złotych.

Niektórzy posłowie mają w repertuarze jeszcze bardziej kunsztowne chwyty. – Jest jeden, który pakuje asystenta w samochód, a sam lata Wizzairem. Myk polega na tym, że obaj rozliczają podróż autem – mówi nam europoseł Platformy.

Tydzień pracy europosła teoretycznie kończy się w czwartek wieczorem. Teoretycznie, bo wtedy odbywają się ostatnie sesje i  posiedzenia komisji. Warto jednak zostać na jeszcze jedną noc, podpisać się rano na liście i skasować kolejne 298 euro diety. – Najmocniejsi zawodnicy potrafią podpisać się o siódmej rano i zdążyć na ósmą na  samolot. Nie ukrywam, że sam kilka razy przeprowadziłem taką operację –  śmieje się jeden z europosłów.

Najzabawniejsze jest jednak to, że z  punktu widzenia prawa to legalne. Na podobnej ewakuacji niemiecka telewizja RTL dwa lata temu przyłapała europarlamentarzystę PO Tadeusza Zwiefkę. Poseł tłumaczył się wówczas, że dieta mu się należy, bo po powrocie do Polski nadal pełnił obowiązki: miał dyżur w biurze i… uczestniczył w wieczorku poetyckim Bydgoskiego Trójkąta Literackiego.

System polityczny Bali

Latając na linii Warszawa – Bruksela i Bruksela – Warszawa, europosłowie mają marne szanse na doścignięcie głównego bohatera filmu „W chmurach", który uzbierał dziesięć milionów mil spędzonych w samolocie. Myli się jednak ten, kto sądzi, że podróże europosłów ograniczają się do  kursowania między domem a pracą.

Wystarczy spojrzeć na listę miejsc, które w czasie ostatnich dwunastu miesięcy odwiedziła debiutująca w PE Joanna Senyszyn z SLD: Seszele, Madagaskar, Panama, Meksyk, Wyspy Kanaryjskie. Jako członek delegacji zajmujących się stosunkami Europy z  Karaibami, Pacyfikiem, Afryką i Ameryką Łacińską wszystkie podróże odbyła oczywiście służbowo.

Podobnie jak Ryszard Czarnecki z PiS, który w swoim blogu chwali się, że był już w Timorze Wschodnim, został honorowym obywatelem pustynnego miasteczka Chinguetti w Mauretanii i  popijał piwo w Burundi.

Trudno mieć jednak do europosłów pretensje. W  końcu m.in. na takich eskapadach polega ich praca, a zwiedzanie i picie piwa to zwykle dodatki do misji obserwacyjnych i nudnych spotkań z  przedstawicielami egzotycznych parlamentów. Zresztą najbardziej pazerni i leniwi wolą się nigdzie nie ruszać, bo dieta delegacyjna wynosi tylko połowę tego, co można dostać, siedząc w Brukseli.

Równie ważnym elementem pracy europosłów są wyjazdy studyjne i kursy językowe. Na te  pierwsze każdy z parlamentarzystów ma indywidualny budżet. Wystarczy zaproszenie z zagranicy, oficjalny plan pobytu i można ruszać w dowolne miejsce na świecie. – Znam takich, którzy załatwiają sobie zaproszenia z  Indonezji. Mówią, że jadą zapoznawać się z tamtejszym systemem politycznym, a tak naprawdę siedzą na Bali – twierdzi jeden z  europosłów. To oczywiście skrajność. Za normę należałoby raczej uznać wyjazd dwóch parlamentarzystów Platformy: Jacka Protasiewicza i  Krzysztofa Liska, którzy kilka miesięcy temu razem z białoruskim opozycjonistą Aleksandrem Milinkiewiczem pojechali do USA. Spotkali się tam m.in. z byłym kandydatem na prezydenta Johnem McCainem i z szefem prestiżowego republikańskiego think tanku IRI. PE to miejsce, w którym niemal wszystko zależy w intencji posła, bo służbowo można pojechać i na Seszele, i do Waszyngtonu.

Zabawy z językiem

Podobnie jest z kursami językowymi, na które parlament chętnie wysyła deputowanych. Poseł ma zagwarantowany zwrot kosztów podróży i nauki, dostaje też 148 euro dziennej diety (połowę stawki otrzymywanej w  Brukseli). Warunkiem jest odbycie sześciu godzin lekcyjnych dziennie. Wśród polskich deputowanych najpopularniejszym kierunkiem jest Malta, na  której można łączyć przyjemne z pożytecznym: rano nauka, potem plaża.

Na wyspie jest właśnie Jacek Protasiewicz, kilka dni temu wrócili z niej Zbigniew Ziobro i Adam Bielan (pojechali jednak oddzielnie; to  najbardziej skłócona dwójka w grupie polskich parlamentarzystów). Wcześniej byli tam także Cezary Olbrycht, Tadeusz Zwiefka,Krzysztof Lisek i Elżbieta Łukacijewska z PO, Paweł Kowal z PiS (na koncie ma  także kurs w Londynie) oraz Joanna Senyszyn (a jakże!) i Wojciech Olejniczak z SLD. Żadne z nich nie wpadło na pomysł Bogusława Liberadzkiego z Sojuszu, który w zeszłej kadencji wybrał się na naukę języka do jednego z alpejskich kurortów.

– W kursach nie ma nic złego. Jeśli parlament daje taką możliwość, to grzechem byłoby z niej nie  skorzystać. Zresztą to, że posłowie się uczą, jest lepsze od tego, co  było na początku kadencji. Sam widziałem, jak Ziobro prosił Cymańskiego, by ten poprosił swojego asystenta o zamówienie kawy – śmieje się jeden z  urzędników pracujących w Brukseli. Dziś były minister sprawiedliwości (był na Malcie dwa razy) takich problemów już nie ma, choć na  oficjalnych spotkaniach wciąż woli jeszcze korzystać z tłumacza. Tę granicę przekroczył za to jego współpracownik Jacek Kurski, który po  angielsku mówi nawet podczas posiedzeń frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (zwyczaj prowadzenia spotkań po angielsku wprowadził jej szef Michał Kamiński).

Jeśli chodzi o znajomość języka, to przeciwieństwem Kurskiego jest Tadeusz Cymański. – Nie chcę się ośmieszać i wciskać panu kitu. Nie mówię po angielsku i tyle. To  wstydliwe, ale prawdziwe. Cały czas korzystam z usług tłumaczy, ale  walczę i uczę się – mówi nam szczerze Cymański. Polskiego braku znajomości języków jednak nie ma co demonizować.– Na pewno nie zaniżamy średniej w parlamencie. Wypadamy lepiej niż przeciętnie – mówi Adam Bielan z PiS, który sam zna angielski. Pod tym względem bijemy zresztą na głowę kilka poważnych grup: francuską, włoską, hiszpańską czy  portugalską.

A na sali plenarnej oraz w komisjach i tak panuje zwyczaj korzystania z języków narodowych. Przestrzegają go nawet ci, którzy doskonale znają angielski, choć nieraz bywa to uciążliwe i wydłuża czas trwania sesji. Zwłaszcza gdy obrady prowadzi słynący z galanterii Jerzy Buzek. Listopad 2009 r., Strasburg. „Faster, faster!", „Hurry up!" – co  kilka minut krzyczy do niego ktoś z sali. Buzek udaje, że nie słyszy i  swoim zwyczajem dziękuje i gratuluje autorom raportów. Grzecznościowe formułki są tłumaczone na angielski, a potem na pozostałe języki. Buzkowe uprzejmości wreszcie przerywa jedna z holenderskich deputowanych: „Panie przewodniczący, zgłaszam wniosek formalny, by  przestał pan dziękować i gratulować. Będzie szybciej”.

– Buzek oczywiście mógłby prowadzić obrady po angielsku, ale może lepiej, że  tego nie robi, bo ma fatalny akcent. Koledzy z Wielkiej Brytanii żartują, że jego „dear colleagues" brzmi jak kwestie Sowietów z  zimnowojennych filmów o Bondzie – żartuje jeden z posłów PiS.

Król statystyk i wagarowicz

Samą pracę polskich europosłów ocenić trudno. Jeśli chodzi o liczbę raportów, to liderami są Lidia Geringer de Oedenberg (11) z SLD i  Ryszard Czarnecki z PiS (7). Są jednak i tacy jak Jacek Saryusz-Wolski z  PO, którzy nie mają żadnego sprawozdania, a zasług i tak nikt im nie odbiera. – On nie dba o statystyki. Zamiast tego uprawia politykę z  grubasami, czyli najpoważniejszymi figurami w Brukseli. Poza Buzkiem i  Danutą Huebner to nasz jedyny europoseł z realnymi wpływami – chwali Saryusza-Wolskiego poseł PiS.

Królem statystyk jest za to Czesław Siekierski (ten, który chciał zapłacić Pękowi za zmianę okręgu). Ma 91 wystąpień na sali i 14 otwartych biur w Polsce. Te liczby mówią niewiele, bo część posłów zabiera głos wyłącznie dla statystyki. Żeby mieć biuro, często wystarczy dorzucić do partyjnej kasy 100 zł i dopisać swoje nazwisko na drzwiach, za którymi na co dzień urzęduje radny lub  poseł. A przecież europosła stać na biuro – zarabia ponad 30 tys. zł, a  na prowadzenie biur i zatrudnianie asystentów ma miesięcznie 87 tys. zł.

Są jednak i tacy jak Michał Kamiński, który nie prowadzi w Polsce ani jednego biura poselskiego. Nie licząc Buzka, pełni najwyższą funkcję spośród wszystkich Polaków (szefostwo frakcji), ma świetne kontakty, ale  pracuje mało. Dotarliśmy do informacji z list obecności na konferencji przewodniczących (to najważniejsze ciało w PE; należą do niego szefowie wszystkich grup) oraz komisjach rozwoju i petycji, do których należy Kamiński. Z danych wynika, że na 25 posiedzeń konferencji Kamiński był tylko na dziewięciu. Jeszcze gorzej jest z komisjami. Na listach obecności z okresu od grudnia do końca kwietnia nie ma ani jednego jego podpisu.

– Moje nieobecności na konferencji przewodniczących mają kilka przyczyn. Najpierw musiałem udowadniać, że nie jestem neonazistą, jak próbowała nazywać mnie brytyjska prasa. Później miałem kłopoty rodzinne, a potem doszło do katastrofy w Smoleńsku. A komisje? Bywam na nich często, ale jako szef frakcji nie muszę wpisywać się na listę, więc tak naprawdę trudno stwierdzić, ile razy naprawdę mnie nie było – tłumaczy się Kamiński.

Poseł idzie do łóżka

Oddzielny rozdział w życiu europosłów stanowią noclegi. Parlament ich nie refunduje, więc każdy radzi sobie inaczej. Niektórzy, na przykład Ryszard Czarnecki i Lidia Geringer de Oedenberg, kupili w Brukseli mieszkania. Inni na razie lokum wynajmują, jednak sprowadzili do Belgii całe rodziny, tak jak zrobił Wojciech Olejniczak. Są i ci, którzy wybierają hotele, np. Adam Bielan przyjął zasadę, że nie nocuje w  miejscach poniżej czterech gwiazdek.

Jednak nie brakuje oszczędnych. W  zeszłej kadencji zdarzali się posłowie (głównie z Samoobrony i LPR), którzy spali we własnych biurach. Dziś właściwie już nikt tak nie robi. Gabinety są w nocy sprawdzane przez ochroniarzy. Pozostają tanie hotele. Tadeuszowi Cymańskiemu zdarzyło się nocować w studenckiej sieci Formule 1, której hasło brzmi: „Podróżuj więcej, płać mniej" (noc od 35 euro). Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. W zeszłej kadencji jednemu z  najbardziej nobliwych europosłów Partii Demokratycznej zdarzało się zajeżdżać służbową limuzyną pod jeden z brukselskich hosteli.

Niektórzy wynajmują mieszkania na spółkę. Razem mieszkali kiedyś np. Marek Siwiec i  Bogusław Liberadzki. W jednym pokoju zdarzyło się też wylądować Januszowi Wojciechowskiego i jego nowemu asystentowi Zbigniewowi Kuźmiukowi (w zeszłej kadencji był posłem, ale przegrał wybory) oraz  Jackowi Protasiewiczowi i Tadeuszowi Zwiefce.

Podczas sesji w Strasburgu wielu polskich europosłów kończy swój tydzień pracy w hotelu Napoleon na  granicy niemiecko-francuskiej. Wieczorami atmosfera jest biesiadna. Stół zastawiony przekąskami, wino w kieliszkach, brzdęk gitary Janusza Wojciechowskiego i piosenki Jacka Kaczmarskiego.

Tylko czasem wina trochę za dużo i – jak ostatnio – jakiś poseł wykrzyknie: „Parlament Europejski? Spalić tę budę!".

Okładka tygodnika WPROST: 36/2010
Więcej możesz przeczytać w 36/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0