Grubasy w Warszawie

Grubasy w Warszawie

Już niemal połowa pieniędzy krążących na warszawskiej giełdzie to kapitał zagraniczny. A ekspansję w Polsce rozpoczęli najwięksi gracze międzynarodowych finansów, m.in. banki inwestycyjne Morgan Stanley, UBS, Goldman Sachs i Merrill Lynch.
Jeśli ktoś szuka dobrego miejsca do robienia interesów, nie może pominąć Warszawy – mówi Paul Strzelecki, dyrektor zarządzający amerykańskiego funduszu Yorkville Advisors.Znany na całym świecie amerykański Yorkville działa od 2001 r., jest obecny w ponad 60 krajach, a wartość jego dotychczasowych inwestycji to około 900 mln dolarów. W ubiegłym tygodniu po raz pierwszy zainwestował w spółkę w Polsce. I to nie w jedną ze znanych giełdowych potęg, jak PKO, KGHM czy PZU, ale w niewielką i mało znaną LST Capital. To wyceniany na 62 mln zł fundusz będący współwłaścicielem kilku firm pracujących nad nowymi technologiami. Amerykanie wyłożyli co prawda tylko 3 mln euro, jednak zobowiązali się do zakupu nowych akcji polskiej firmy. – Chcemy zainwestować w Polsce nawet kilkaset milionów złotych – deklaruje Paul Strzelecki. Ten inżynier i entuzjasta nowych technologii pracował dla takich gigantów, jak Motorola, SGS Thomson czy Sony, wykłada na Uniwersytecie w Manchesterze i jest doradcą biznesowym w klubie piłkarskim Manchester United. Dzisiaj jako przedstawiciel Yorkville Advisors szuka innowacyjnych firm i biznesowych talentów. – Szukamy firm, które mają szansę zrobić karierę na świecie, stać się „polskim Google" – dodaje Strzelecki.

Z Wall Street na GPW

Ale Yorkville Advisors to tylko jedna z wielu firm, które ostatnio szukają okazji na polskiej giełdzie. Swoje biura w Warszawie otworzyły niedawno jedne z największych na świecie banków inwestycyjnych – Morgan Stanley oraz szwajcarski UBS. Wcześniej Goldman Sachs, Merrill Lynch i japoński bank inwestycyjny Nomura weszły do grona członków GPW. Bankowcy chcą doradzać na rynku fuzji i przejęć, a także w procesach prywatyzacyjnych. Według planu Ministerstwa Skarbu Państwa w najbliższych latach w ręce prywatnych inwestorów ma trafić około 700 spółek. Tylko w przyszłym roku przychody z prywatyzacji mają wynieść 15,5 mld zł.

– Po dużych ofertach PGE, PZU i Tauronu inwestorzy z zagranicy poznali polski rynek. Dzwoniąc do nich i mówiąc, że mamy coś do sprzedania w Polsce, spotykamy się z zainteresowaniem. Już nie trzeba im tłumaczyć, w jakim stadium jest polska gospodarka – powiedziała podczas wizyty w Polsce Alison Harding-Jones, szefowa bankowości inwestycyjnej UBS na kraje Europy Środkowej.

W pierwszej połowie tego roku udział zagranicznych inwestorów w obrotach na rynku akcji GPW wzrósł aż do 47 proc. Inwestorzy kupili i sprzedali akcje za blisko 200 mld zł. Zlecenia z zagranicy stanowiły w tym aż 94 mld zł. To, jak silnie polska giełda jest powiązana ze światowym rynkiem finansów i wciąż dyktującą warunki amerykańską giełdą, najlepiej pokazuje przykład z 6 września. To amerykańskie Święto Pracy, giełdy w USA mają wtedy wolne, a warszawska GPW dokładnie w tym dniu zanotowała istotny spadek obrotów.

– Dlaczego Polska, a nie na przykład Brazylia lub Rosja? To proste: należy do cywilizowanych krajów Unii Europejskiej i znajduje się dwie godziny lotu samolotem z Londynu – mówi Paul Strzelecki. – Mamy te same wartości i podobne prawo. Jeśli zamierzam zrobić tutaj jakiś deal, to nie muszę zabierać z sobą sztabu prawników, którzy wyprodukują kilkusetstronicową umowę. Po prostu lecę, podpisuję kilka kartek, a na obiad jestem już w domu.

Cicha woda i miliard

Pod koniec sierpnia Andrej Brodnik, dyrektor zarządzający Black Rock, jednego z największych funduszy inwestycyjnych na świecie, ogłosił, że na polskim rynku jego firma zainwestowała już miliard dolarów. Pieniądze ulokowała głównie w akcjach spółek notowanych na giełdzie. I zrobiła to bardzo dyskretnie. Amerykański fundusz stał się bez rozgłosu jednym z największych graczy na GPW. Jego inwestycje spokojnie można porównać z portfelami znanych giełdowych miliarderów: Leszka Czarneckiego, Michała Sołowowa czy Romana Karkosika. – Polska jest dla nas jednym z najważniejszych rynków. Rynek kapitałowy rośnie, przybywa ciekawych spółek – komplementował polską giełdę Brodnik.

Na całym świecie Black Rock zarządza aktywami o wartości ponad 3,1 biliona dolarów. Teraz szansy na pomnożenie tego majątku fundusz szuka szczególnie w sektorze zdrowotnym, IT oraz alternatywnych źródeł energetycznych. Coraz bardziej interesuje się też rynkami krajów rozwijających się. Szefowie Black Rock uważają, że to właśnie gospodarki krajów goniących najbogatsze państwa będą napędzać światowy wzrost gospodarczy. – W 2050 roku PKB siedmiu największych wschodzących gospodarek – Chin, Indii, Brazylii, Rosji, Meksyku, Indonezji i Turcji – będzie o połowę większy niż PKB obecnego G7 (USA, Japonii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Kanady) – uważa Bob Doll, wiceszef Black Rock. W swoich „10 przepowiedniach na najbliższe 10 lat" pisze, że Europa nieuchronnie się starzeje, co oznacza, że kraje takie jak Niemcy czy Francja pogrążą się w stagnacji. – Okazji do zysków należy szukać w Brazylii, Rosji czy Indiach – radzi Doll.

Wprawdzie wskazując inwestorom swoje typy najbardziej perspektywicznych rynków na świecie, Bob Doll nie wymienił Polski, ale i tak na brak zainteresowania nie możemy narzekać. Doskonałą reklamę polskiej giełdzie zrobiło PZU. Gdy na początku roku na światowych rynkach panował marazm, a analitycy gubili się w prognozach, kto jeszcze splajtuje, polski minister skarbu wystawił na sprzedaż akcje największej w Europie Środkowej, a do tego bardzo zyskownej, spółki ubezpieczeniowej. – Kolejka ustawi się stąd do Londynu – żartował prezes PZU Andrzej Klesyk tuż przed zagranicznym tournée na spotkania z potencjalnymi inwestorami. Nie przesadził. Na spotkaniach z inwestorami w stolicy Wielkiej Brytanii trzeba było dostawiać dodatkowe stoły i krzesła. Tuż po prezentacjach nadchodziły e-maile z ofertami kupna akcji nawet za 300 mln dolarów. – W całym światku finansowym zrobiło się głośno o Polsce. Gdy w Bostonie przypadkiem spotkałem jednego ze współpracowników Warrena Buffetta, ten od razu zagaił o PZU i naszą giełdę – opowiada prezes Klesyk.

Co mamy z inwestora

Co nam daje obecność w Polsce największych światowych banków i funduszy? Wprawdzie banki inwestycyjne nie zaoferują Kowalskiemu kolejnego rachunku oszczędnościowo- rozliczeniowego, depozytu czy karty kredytowej, ale dzięki ich inwestycjom na giełdzie wzmacnia się siła złotego (aby grać na giełdzie, muszą wymienić swoją walutę na złotówki). To sprzyja tym, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne w walutach, np. we franku szwajcarskim. Na polskim rynku pojawiają się też nowe produkty związane z inwestowaniem. Za pośrednictwem kilku banków i firm doradztwa finansowego Black Rock oferuje kilkadziesiąt nowych funduszy, dzięki którym domowe oszczędności (o ile nie obawiamy się ryzyka) możemy inwestować w złoto, nieruchomości w Azji albo kopalnie wydobywające rudy żelaza czy węgiel.

Są też tacy, którzy w obecności w Warszawie giełdowych „grubasów" zza granicy widzą zagrożenia. To choćby to, że największe instytucje, dysponując kilkusetmilionowym portfelem akcji, walut i kontraktów terminowych, mogą kręcić giełdą tak, by jak najwięcej na niej zarobić. Przykładów nie trzeba szukać daleko. 12 listopada 2008 r. po słynnym „cudofixingu” w ostatnich minutach notowań spadający indeks WIG został wyciągnięty za uszy o 4 proc. w górę. Stało się to za sprawą zlecenia kupna akcji o wartości 100 mln zł złożonego przez maklerów JP Morgan Securities. Ruch miał zabezpieczyć giganta zza oceanu przed stratami na rynku kontraktów terminowych. Na szczęście o takie manipulacje coraz trudniej, bo im bardziej rośnie wielkość naszej giełdy (kapitalizacja krajowych spółek to ponad 500 mld zł), tym większego kapitału potrzeba, by sprowokować jakieś turbulencje.

Przed popadaniem w euforię z powodu popularności polskiego rynku finansowego przestrzega Piotr Kuczyński, główny ekonomista zajmującej się doradztwem finansowym firmy Xelion. – Łaska inwestora na pstrym koniu jeździ. Dziś ściągają na nasz rynek i kupują akcje, bo podoba im się, że jesteśmy zieloną wyspą na mapie kryzysu, że będziemy mieli 3,5-procentowy wzrost PKB. Ale niech tylko powinie nam się noga, nie daj Boże dojdzie do kryzysu zadłużenia czy zmienią się prognozy, a sprzedadzą wszystko do cna, pozostawiając po sobie spaloną ziemię.

Okładka tygodnika WPROST: 39/2010
Więcej możesz przeczytać w 39/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0