Straszny dwór

Straszny dwór

Do niedawna dwór w polskiej polityce kojarzył się z Donaldem Tuskiem. Jarosław Kaczyński miał zakon. Dziś dworzanie Tuska rozpierzchli się po kątach. Wianuszkiem wiernopoddańczych sług otacza się prezes PiS.
Pamiętam, jak było kiedyś u Jarosława Kaczyńskiego. W latach 90. w  Porozumieniu Centrum, w czasach AWS czy nawet w początkach PiS. Spotykaliśmy się na politycznych naradach prowadzonych w towarzyskiej formule. Jarek brylował, opowiadał anegdoty, ale słuchał też innych. W  spotkaniach zawsze brał udział Ludwik Dorn, bywali Paweł Zalewski, Kazio Ujazdowski. Dziś żadnego z nich nie ma w partii. Nie ma też towarzyskich spotkań u prezesa – mówi jeden z polityków PiS.

Jak większość rozmówców z partii Kaczyńskiego zastrzega sobie anonimowość. Zrozumiałe. Przypadek Elżbiety Jakubiak pokazał, że za krytykę można być zawieszonym. A przed wyborami nikt nie chce nadstawiać karku. Po co narażać się na skreślenie z wyborczej listy, czyli wykreślenie z politycznego życia?

Brat swojego brata

– Psuć zaczęło się już w 2005 r., gdy PiS wygrało wybory parlamentarne i  prezydenckie. Jarosław Kaczyński uznał, że nie potrzebuje partnerów do  dyskusji, lecz wykonawców rozkazów. Pierwszym przejawem tej taktyki był wybór Marcinkiewicza na premiera. Kaczyński zrobił to wbrew najbliższym współpracownikom – mówi nasz rozmówca.

Marcinkiewicz twierdzi, że jego wybór na premiera był „ruchem Jarosława Kaczyńskiego nastawionym wyłącznie na zwycięstwo brata w wyborach prezydenckich. Nawet PR mojego rządu był pod to skrojony, jeżdżenie po Polsce, rozmowy z Platformą. Cała idea POPiS-u".

Głównym partnerem do partyjnych rozmów stał się dla  Jarosława brat Lech. Dawni koledzy przestali być prezesowi potrzebni. Dorn, Ujazdowski i Zalewski, choć pełnili funkcje wiceszefów partii, musieli odejść.

– Dlatego gdy Lech Kaczyński zginął w katastrofie, jedyną strategią Jarosława Kaczyńskiego stała się walka o godną pamięć brata. Budowanie jego pozycji w historii, które zastąpiło dotychczasowe relacje braterskie, stało się ich substytutem – uważa Paweł Zalewski obserwujący obecną sytuację w PiS z boku, z pozycji europosła PO.

Potwierdza to także zachowanie samego prezesa Kaczyńskiego. Na pierwszym posiedzeniu komitetu politycznego PiS po wyborach prezydenckich 2010 roku zaskoczył wszystkich deklaracją, że rozważa rezygnację z szefowania partią, by zająć się stowarzyszeniem wyjaśniającym katastrofę smoleńską. Posłowie uznali to za test lojalności. Kto by prezesa poparł, zostałby uznany przez niegoza potencjalnego zdrajcę marzącego o przywództwie i  wyeliminowany go z gry. Stało się jasne, że wokół Jarosława jest miejsce tylko dla tych, którzy chcą z nim budować mit Lecha Kaczyńskiego. Dla  bojowników sprawy smoleńskiej i wojny krzyżowej. Tylko udział w tych bataliach daje przepustkę na dwór prezesa. Nie wystarcza już lojalność. Potrzebne jest oddanie absolutne, wierność totalna. Albo jak kto woli, serwilizm i służalstwo. Kwalifikacje dworzan są więc jasno określone.

Choć oczywiście, jak na każdym dworze, tak i tu są równi i równiejsi. Najściślejszy krąg stanowią ci, którzy towarzyszyli Jarosławowi Kaczyńskiemu w pierwszych tygodniach po katastrofie. Nocowali z nim w  domu, pełnili przy nim na zmianę wartę: Mariusz Błaszczak, Adam Lipiński, Joachim Brudziński i mało znany partyjny skarbnik Stanisław Kostrzewski.

Mięso armatnie

Z tej czwórki najbardziej błyszczy dziś nowy szef klubu parlamentarnego PiS, 41-letni Mariusz Błaszczak. Trudno uznać go za człowieka zakonu Jarosława Kaczyńskiego, czyli takiego, który z prezesem przeszedł całą partyjną drogę, od początku lat 90., bo Porozumienia Centrum tylko liznął. W PiS zrobił jednak błyskawiczną karierę. Gdy partia wygrała wybory w 2005 r., na fali lansowania młodych działaczy został ministrem w kancelarii premiera, podobnie jak Jan Dziedziczak, który rok później został rzecznikiem rządu. Tyle że po przegranej w 2007 r. Dziedziczak trafił do drugiego partyjnego szeregu, a Błaszczak dostał funkcję rzecznika klubu parlamentarnego PiS. Stał się medialną twarzą partii i, jak mówią koledzy, „chłopcem na posyłki prezesa". – Mówi tylko to, co  chce usłyszeć prezes – twierdzi jeden z posłów, ale właśnie dzięki temu dziś jest osobą numer dwa w partii.

Mimo tego awansu ma w PiS opinię człowieka słabego i pozbawionego charyzmy. A tym samym obawiającego się każdego, kto ma własne zdanie. Stąd jego krucjata przeciwko prawdziwym albo wydumanym buntownikom. Z Marka Migalskiego szydził, że robi z  siebie męczennika. Zawieszonej w partii Elżbiecie Jakubiak przypisywał „frustracje i prowadzenie gier powyborczych". O Joannie Kluzik-Rostkowskiej powiedział z kolei, że sama pozbawiła się prawa wywierania wpływu na partię, odmawiając przyjęcia funkcji wiceszefowej PiS.

– Gdy przyszło do wyborów szefa klubu parlamentarnego, nikt nie  sprzeciwił się kandydaturze Błaszczaka, bo był rekomendowany przez Jarosława Kaczyńskiego – przyznaje czołowy poseł PiS. – Prezes uznał, że  idzie na wojnę i potrzebni mu są wierni żołnierze. Nie generałowie wymyślający strategię, bo tę wymyślił sam, ale wykonawcy, mięso armatnie. Taki jest Błaszczak.

Według Marka Migalskiego w PiS „liczą się dziś tylko dwa kryteria – lojalności i użytkowości. Dostęp do ucha prezesa mają politycy, którzy bez szemrania zrobią wszystko, co im  nakaże. Ta grupa bezkrytycznie wierzy, że wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest słuszne. Albo udaje, że wierzy, ale udaje skutecznie". –  Druga kategoria polityków, na których stawia prezes PiS, to ludzie postrzegani przez niego jako użyteczni na danym etapie rozwoju partii –  mówi europoseł.

Kuchta i kruchta

Bardzo wierny i bardzo użyteczny jest na dworze Kaczyńskiego Marek Kuchciński, wywindowany w ostatnim rozdaniu PiS do funkcji wicemarszałka Sejmu. Niektórzy złośliwie nazywają go pogrobowcem, bo funkcję wicemarszałka dostał w spadku po Krzysztofie Putrze, który zginął w  katastrofie pod Smoleńskiem. Co więcej, tuż po wypadku Kuchciński przejął na krótko funkcję szefa klubu parlamentarnego w zastępstwie Grażyny Gęsickiej, która także zginęła pod Smoleńskiem.

Najczęściej jednak partyjni koledzy zwą go Kuchtą – przydomkiem z czasów, gdy pełnił funkcję szefa klubu parlamentarnego. Odziedziczył ją w 2006 r. po  Przemysławie Gosiewskim oddelegowanym do rządu.

Kuchta od nazwiska, ale  jak mówią złośliwi, Kuchta, jako partyjne popychadło szefa. W PiS Kuchciński nie jest lubiany. Koledzy mówią o nim: arogancki, nie słucha, co się do niego mówi, zdolny tylko do wykonywania i wydawania rozkazów. Mają mu za złe, że zakazywał parlamentarzystom występowania w mediach albo mówił, kto na jaki temat może się wypowiadać, a kto nie. Tak było m.in. po katastrofie smoleńskiej.

– Kuchta i kruchta – mówi jeden z  posłów. – Marek wie, że mimo obecnej funkcji wicemarszałka nie należy do  pierwszego kręgu w otoczeniu prezesa, że pozostał w przedsionku, więc w  tej kruchcie wszystkich innych próbuje zatrzymać.

Dopóki trafia na drugi szereg, jest bardzo skuteczny, ale gdy wejdzie w drogę dworzanom z  najbliższego otoczenia prezesa, przegrywa. Tak było ze słynną sprawą kar dla posłów wyłamujących się z dyscypliny sejmowej podczas głosowania nad kandydaturą Grzegorza Schetyny na marszałka Sejmu. Jarosław Kaczyński jeszcze na sali sejmowej nakrzyczał na posłankę Marię Nowak, która odmówiła głosowania przeciw Schetynie. Prezes ogłosił, że za karę przestanie szefować katowickim strukturom partii, a Kuchciński dołożył 500-złotowe kary dla tych, którzy głosowali wbrew instrukcji. Posłankę wybronił jednak na zarządzie partyjnym Joachim Brudziński, w mediach ostry i  nierzadko arogancki, ale w partii powszechnie lubiany. Sam Kuchciński zaś musiał wycofać się rakiem z pomysłu kar, gdy okazało się, że  Jarosław Kaczyński spóźnił się na to głosowanie i karę trzeba by  egzekwować od samego prezesa.

Młode wilki i stare znajome

Błaszczak z Kuchcińskim mają kilku wiernych pomocników. Ze starej gwardii – Jarosława Zielińskiego i Krzysztofa Jurgiela, których głos w  sprawie katastrofy smoleńskiej i krzyża przed Pałacem Prezydenckim należy dziś do najbardziej donośnych. Zieliński dostał już zresztą za to  nagrodę – przywództwo w Zespole Pracy Państwowej PiS, czyli nieformalnym gabinecie cieni przygotowującym strategie rządu na wypadek, gdyby PiS wygrało wybory. Zespół zawieszony po katastrofie smoleńskiej reaktywowano w zeszłym tygodniu.

Asystentami Błaszczaka i Kuchcińskiego są młode partyjne wilczki: Mariusz Kamiński, Adam Hofman i Dawid Jackiewicz. Za nieustępliwą i agresywną postawę w sprawie smoleńskiej także oni są już nagradzani. Kamiński został rzecznikiem klubu parlamentarnego, Jackiewicz kandydatem PiS na prezydenta Wrocławia, a  Hofman nieformalnym następcą Jacka Kurskiego w roli medialnego bulteriera. To on składał słynne deklaracje, że Palikota „walnąłby w  gębę, bo jest chwastem polskiej polityki" i że trzeba „szukać odpowiedniej gałęzi dla jego powieszenia”.

Młodzi agresywni wiedzą, że  mają w PiS swoje pięć minut, bo czas wyborów sprzyja takim postawom. A  jeśli te pięć minut dobrze wykorzystają, to w niedalekiej przyszłości mogą być nawet pasowani na rycerzy prezesa.

Właśnie o nich mówią w  partii „użyteczni". To samo mówi się o kobietach stojących dziś przy prezesie – Beacie Kempie gardłującej w sprawie Smoleńska i krzyża oraz  Jolancie Szczypińskiej dbającej o to, by prezes miał na uroczystościach, choćby tych w rocznicę Sierpnia, miejsce w pierwszym rzędzie, a  jednocześnie o to, by jej miejsce było tuż obok. – Szczypińską prezes jest zmęczony, ale wie, że jej adoracja ociepla jego wizerunek. Kempa z  kolei to kamikadze. Użyje słów najcięższego kalibru, nie zważając na  opinie o sobie – mówi partyjny kolega. Obie, i Kempa, i Szczypińska, nie  mają najmniejszych szans na zdobycie u prezesa pozycji, jaką w partii miały Grażyna Gęsicka czy Aleksandra Natalli-Świat, które zginęły pod  Smoleńskiem. Dlaczego? Bo Kaczyński lubi oddanych, ale nie jest ślepy na  to, kto ma jakie kwalifikacje intelektualne.

Głuchy telefon

– Kiedyś normą była w PiS burza mózgów. Dziś są tylko telefoniczne wezwania. Jeśli prezes kogoś potrzebuje, po prostu wzywa go do siebie –  mówi nasz rozmówca i dodaje: – Gorzej, gdy potrzebę porozmawiania z  szefem ma podwładny. U nas telefon działa niestety tylko w jedną stronę. Wiele zależy od pani Basi, sekretarki prezesa. Jeśli dojdzie do wniosku, że petent jest zbyt natrętny, może w praktyce na całe tygodnie albo nawet miesiące zatrzasnąć przed nim drzwi do Kaczyńskiego.

Przekonał się o tym Marek Migalski, który na audiencję u prezesa czekał rok. – Na  dotarcie do prezesa są dwie metody – mówi Migalski. – Można to robić przy pomocy osób, do których prezes ma zaufanie, można też wysiadywać godzinami pod gabinetem prezesa na Nowogrodzkiej. Mój błąd polegał na  tym, że nie zastosowałem żadnej z tych metod.

Ze starych czasów pozostało więc tylko jedno: Nowogrodzka. Gabinet Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie prawie zawsze świeci pustkami. Na Wiejską prezes zajeżdża tylko wtedy, gdy są głosowania. Podobno, jak sam kiedyś przyznał w Radiu Maryja, wszystko z powodu sejmowej klimatyzacji, która wywołuje u niego alergię. Za to na Nowogrodzkiej czuje się jak u siebie. Tam jest jego królestwo. Tam są dworzanie i damy dworu. Tam król przyjmuje od nich hołdy.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2010
Więcej możesz przeczytać w 40/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Janko IP
    Obraz \"Wodza\" i jego partii bardzo plastycznie ujęty. Obawiam się jednak, że w PO jest podobnie. Cechą każdego autorytarnego przywódcy jest pycha. A ta materializuje się w stosunku do innych ludzi, często podbudowana pogardą...