Król przedmieścia

Król przedmieścia

Nie lubią go esteci – za to, że wybudował w warszawie kilka architektonicznych, powiedzmy, dziwadeł. I kibice Legii – za to, że jest właścicielem Polonii, która ostatnio ogrywa ich klub jak chce. Kto kocha Józefa Wojciechowskiego? Pieniądze.
Niedzielny wieczór 13 sierpnia 2010 r. Na ulicy Konwiktorskiej w  Warszawie trwa feta. Polonia Warszawa po raz drugi w ciągu roku pokonała Legię w derbach stolicy i to aż 3:0. Właściciel Polonii, miliarder Józef Wojciechowski, spełnił marzenie swoich kibiców – wydobył drugoligowy klub z chaosu, przeniósł do pierwszej ligi i sponiewierał Legię. Jego nazwisko kibice skandują na każdym meczu. Wojciechowski rządzi klubem twardo. Trenerów rozlicza tak samo jak robotników przerzucających piasek na budowach jego JW Construction. Od 2006 r., gdy kupił klub, wymienił aż 11 trenerów. Ostatniemu, Hiszpanowi José Mari Bakero, podziękował słowami „nie chce mi się z tobą gadać" tuż po porażce z Koroną Kielce 1:3.

– Bakero rozczarował. Zainwestowałem w niego i w nowych zawodników miliony. To nieporozumienie, aby z tak dobrym zespołem osiągać tak przeciętne wyniki – mówi Wojciechowski. To mocne słowa, bo przecież były gwiazdor Barcelony uratował w zeszłym roku drużynę przed spadkiem do  drugiej ligi i dwa razy wygrał z Legią. Jego zwolnienie doskonale obrazuje jednak najważniejszą cechę Wojciechowskiego: nieprzepartą chęć kontroli nad losem – swoim i swoich pieniędzy. To ona uczyniła go  miliarderem. Na ostatniej liście 100 najbogatszych Polaków ułożonej przez nasz tygodnik jest 14. z majątkiem wartym 1,37 mld zł. 

Za garść dolarów

– Pieniądze zawsze się mnie trzymały. Miałem ich tyle, ile potrzeba, i  nigdy mnie nie zepsuły – mówi 62-letni Wojciechowski.

Akurat w jego przypadku powiedzenie o karierze w stylu american dream wcale nie jest na wyrost. Urodził się 1947 r. w małej wsi w dawnym województwie koszalińskim. Podczas pieszych wędrówek błotnistą drogą do szkoły miał sporo czasu, by znienawidzić rzeczywistość socjalistycznej Polski. Od  kariery urzędniczej, która wtedy wydawała się najlepszą drogą do małej stabilizacji, Wojciechowski wolał naukę konkretnego zawodu. Skończył w  Gdańsku technikum spożywcze. Już w szkole zaczął zarabiać zgoła niesocjalistycznymi metodami.

Rozładowywał w browarze wagony z piwem. Odkupywał niewielką część deficytowego ładunku i sprzedawał kolegom z  internatu. To wtedy odkrył w sobie duszę sprzedawcy i po dwumiesięcznym kursie, w wieku 19 lat, został kierownikiem sklepu, potem przetwórni mięsnej i restauracji. W międzyczasie ukończył studia ekonomiczne w  Sopocie. Po 10 latach miał już sześć knajp. – Chciałem się rozwijać, iść dalej. Mój biznes stawał się więc coraz większy. Przyjaciele uświadomili mi, że dla ówczesnej władzy stałem się wrogiem numer jeden. Zaczęły się kontrole, szukanie na mnie haka, nieudane próby przeciągnięcia na stronę systemu – wspomina Wojciechowski.

Postanowił wyjechać do Szwecji. Tam kupił cztery podupadłe sklepy i zrobił z nich bary typu fast food. Rozczarował się jednak tym krajem, bo za bardzo przypominał mu ówczesną Polskę. – Szwedzki socjalizm był nie do zniesienia. Przez astronomiczne zasiłki nikt nie chciał i nie musiał pracować, a biurokracja zamieniała życie w koszmar – mówi Wojciechowski. Po trzech latach wyjechał więc do  USA, wymarzonego miejsca dla urodzonego kapitalisty. Oficjalnie poleciał tam z wycieczką dookoła świata.

Wylądował na Florydzie, na miejscu czekał już prawnik z biznesową wizą, a jego zniknięcia przewodnik wycieczki nawet nie zauważył. Początki nie  były łatwe. – Obraziła się na mnie połowa rodziny, bo nie przysyłałem jej co miesiąc zwitku dolarów. Tak jakby nie były zarobione w pocie czoła, ale rosły na drzewach – żartuje Wojciechowski.

Gdy w 1984 r. zaczęto kręcić słynnych „Policjantów z Miami", krajobraz odległego od  Miami o 110 km Palm Beach, miasta Johna Lennona i rodziny Kennedych, zdobiły już jego pierwsze inwestycje. Aby przetrwać na Florydzie wśród setek podobnych budowlanych firm, potrafił zbić ceny o 30 proc. Willę, której koszt budowy Amerykanie wyceniali na 1,5 mln dolarów, potrafił postawić za milion i jeszcze klient miał wrażenie, że kupuje coś wyjątkowego. To tam Wojciechowski rozwinął talenty negocjacyjne. –  Zdobycie bogatego klienta w USA to więcej niż stanie na uszach. Kiedy inni płaczą, ty musisz śpiewać – mówi.

Dwie lewe ręce wykręcone do tyłu

Na początku lat 90. postanowił wrócić do Polski. Do wejścia w biznes deweloperski przekonał go znajomy, mówiąc, że w Polsce da się zarobić na  budowie mieszkań, pod warunkiem że będą tanie. I tak w 1993 r. powstała JW Construction, firma, która zmieniła krajobraz Warszawy. Dosłownie. Nowym symbolem miasta miał być mieszkalny wysokościowiec Łucka City. Już w momencie rozpoczęcia budowy było wiadomo, że piękne to nie będzie. 30-piętrowy gmach (swego czasu był najwyższym budynkiem mieszkalnym w  Polsce) wygląda, jakby chaotycznie posklejano go z wielu mniejszych bloków mieszkalnych, szczyt zwieńcza monstrualna reklama JW Construction.

– To były pionierskie czasy. Architektoniczne wpadki mogły się zdarzać. Szczególnie, że na początku, jako pierwszy budujący na dużą skalę deweloper, byłem skazany na zatrudnianie ludzi ze starego systemu, przyzwyczajonych do innych standardów pracy niż te, których mnie nauczyła Ameryka. Mieli dwie lewe ręce do pracy, i to jeszcze wykręcone do tyłu – usprawiedliwia się dziś prezes Wojciechowski.

Siłą JW Construction nie są apartamenty dla nowobogackich, ale osiedla na  przedmieściach, gdzie mieszkania kupują głównie ludzie przyjeżdżający do  stolicy, by robić karierę. Przed boomem budowlanym JW Construction oferowało mieszkania na Tarchominie i Białołęce w cenie 2,7 tys. zł za  metr kwadratowy. Także teraz należy do najtańszych na rynku – na nowym osiedlu Górczewska Park metr kwadratowy kosztujeok. 7 tys. Oczywiście, to wciąż drogo w porównaniu z zarobkami Polaków.

– Najwięcej narozrabiały zagraniczne firmy deweloperskie, które chciały podbić ten rynek – mówi Wojciechowski. – Znajomi Hiszpanie na zakupy ziemi w  Warszawie wydali pół miliarda euro. To rozhuśtało rynek. Jeszcze niedawno za metr ziemi chłop z Białołęki brał 100 zł, dziś nie chce nawet 800 zł. Czy w tej sytuacji mieszkania mogą być tanie?

Co jakiś czas polityka budowania mieszkań najtaniej, jak się da, obraca się przeciwko firmie. Fora internetowe pełne są skarg klientów dewelopera na  cieknące dachy, pękające ściany i odpadające płytki. W sierpniu jeden z  niezadowolonych klientów zemścił się, składając wniosek o ogłoszenie upadłości dewelopera. Spółka musiała poinformować o tym inwestorów giełdowych, co spowodowało zniżkę notowań akcji.

400 tysięcy euro pensji

Mimo że ma dom nad Zalewem Zegrzyńskim wart 30 mln zł, dwa samochody marki Bentley, jacht i prywatny odrzutowiec, przekonuje, że pieniądze są środkiem, a nie celem samym w sobie. Są po to, by je inwestować. Tak myślał, gdy w 2006 r. kupował Polonię po nagłej śmierci właściciela klubu Jana Ranieckiego. Do zakupu tego drugoligowego, pogrążonego w  chaosie klubu namówił go Michał Listkiewicz, ówczesny prezes PZPN. –  Myślałem, że odbudowując klub, przysłużę się mieszkańcom Warszawy i  jednocześnie zrobię reklamę JW Construction – mówi.

Najdroższe było przeniesienie klubu do pierwszej ligi. Dosłownie. Zapłacił 20 mln zł  Zbigniewowi Drzymale za Groclin Grodzisk Wielkopolski, czołową wtedy drużynę ekstraklasy, a potem połączył ją z Polonią. Wojciechowski nie  szczędził też grosza na nowych zawodników. Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy wydał na transfery ok. 10 mln zł. Kupił m.in. Euzebiusza Smolarka grającego dotąd w greckiej lidze oraz Macieja Sadloka i Artura Sobiecha z Ruchu Chorzów.

Jeszcze zanim piłkarze wybiegli na boisko, Wojciechowski już opowiadał, jak widzi ich grę: – Sobiech strzeli 15 goli w tym sezonie. Smolarek powinien osiągnąć podobny rezultat. Nie po  to płacę zawodnikom po 400 tysięcy euro pensji, by grali o utrzymanie się w lidze. Mamy się bić o mistrza! – powiedział wówczas dziennikarzom. Wojciechowski chce decydować o składzie i taktyce zespołu. Gdy coś idzie nie tak, potrafi w przerwie meczu wpaść jak burza do szatni i wyzywać trenera oraz piłkarzy od najgorszych (kilka tygodni temu spotkało to  trenera Bakero i bramkarza Sebastiana Przyrowskiego).

Trenera Bogusława Kaczmarka, który w Polonii zaczął dobrze, bo od trzech zwycięstw, Wojciechowski zwolnił po pierwszym remisie. W Polonii mówiło się, że  mecz mógł być ustawiony, bo Lechia to ulubiona drużyna Kaczmarka. Z  kolei trener Jacek Zieliński, chociaż zapewnił Polonii mistrzostwo jesieni 2008 r., wiosną pakował już manatki. Powód? Nie chodziło nawet o  dwie pierwsze porażki, ale o to, że piłkarze nie grali widowiskowo. –  Przy realiach polskiej ligi, aby zobaczyć spektakl, prezes będzie musiał się wybrać do najbliższego teatru, a nie na stadion – odgryzł się Zieliński.

Zarzuty dziennikarzy sportowych, że klub jest marionetką w  rękach rozkapryszonego miliardera, Wojciechowski zbywa w swoim stylu: –  A gdyby to pan zainwestował w Polonię około 60 mln zł prywatnych pieniędzy, czy odmówiłby pan sobie prawa do głosu?

Boisko czy kartoflisko

Jedynie urzędnicy warszawskiego magistratu nie chcą się podporządkować wizji prezesa o wielkiej Polonii. Wicedyrektorem Warszawskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, który zarządza stadionem Polonii, jest Marek Pietruszka, były prezes Legii. Radni stolicy właśnie Legii przyznali 456 mln zł dotacji na przebudowę stadionu przy ul. Łazienkowskiej. Piłkarze Polonii grają i trenują – jak mówi prezes Wojciechowski – na  kartoflisku. Tak ocenia stan boiska przy ul. Konwiktorskiej. Za wynajem stadionu płaci miastu 100 tys. zł miesięcznie. W zamian Polonia ma prawo do 15 meczów rocznie i jednego treningu przed każdym z nich.

Kibice Polonii co mecz skandują hasło: „Chcemy stadionu, Gronkiewicz, chcemy stadionu". – Nie jestem zawistny. Doceniam, że Mariuszowi Walterowi udało się uzyskać dotację od miasta, ale Polonii też by się przydała –  mówi Wojciechowski. – Nie dość, że lejemy legionistów, to jeszcze nasz klub ma dłuższą tradycję. W przyszłym roku obchodzimy stulecie. Niestety, pani prezydent Gronkiewicz-Waltz sport traktuje jak zło konieczne – dodaje.

Do tej pory wszystko wskazywało na to, że  Wojciechowski stawia na lewicę. Kiedyś szefową JW Construction była Barbara Blida, teraz w radzie nadzorczej zasiada były premier Józef Oleksy. Na meczach Polonii na trybunie dla VIP-ów pokazują się Ryszard Kalisz i Wojciech Olejniczak, który będzie kandydował na prezydenta Warszawy. Ale Wojciechowski powtarza w wywiadach ulubione powiedzenie: –  Swoje imperium zbudowałem bez niczyjej pomocy. Politycy nigdy i w niczym mi nie pomogli.

Okładka tygodnika WPROST: 41/2010
Więcej możesz przeczytać w 41/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także