Klasyk od zawsze

Klasyk od zawsze

Cormac McCarthy przez wiele lat żył w ukryciu. Dziś uznawany jest za jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Czytają go miliony. Nobla jeszcze nie dostał, ale ponoć wciąż ma wielkie szanse. On twierdzi, że nie robi mu to żadnej różnicy. W Polsce wychodzi jego debiut „Strażnik sadu”.
Mój idealny dzień wygląda tak: siadam w pokoju nad czystą kartką. Dla  mnie to niebo. Złoto, a cała reszta to tylko strata czasu – mówi Cormac McCarthy w wywiadzie dla „The Wall Street Journal". Od paru lat pustelnik z Dzikiego Zachodu święci triumfy w literaturze. Późna sława spowodowała, że dopiero od niedawna możemy czytać go w Polsce. Teraz dociera do nas jego debiut – „Strażnik sadu”.

To ciekawe doświadczenie: czytać debiutancką książkę wybitnego pisarza, gdy zna się już jego późniejsze dzieła. Niektórzy pokazują, że ich talent jeszcze się rozwinie, estetyka powieści się zmieni. Inni wkraczają do świata literatury w pełni ukształtowani. To kazus McCarthy’ego.

„Strażnika sadu" pisał trzy lata. Gdy skończył, wysłał do wydawnictwa Random House, bo – jak twierdzi – tylko to znał. Świetnie trafił – rzecz wylądowała na  biurku Alberta Erskine’a, legendarnego wydawcy Faulknera i osoby, która pierwsza uwierzyła w odrzucone przez czterdzieści wydawnictw „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego. Erskine zobaczył w McCarthym pisarza podobnego kalibru. Wydawał go przez dwadzieścia lat, choć przyznaje, że  książki autora „Drogi” zalegały na półkach.

To prawda. Fakt, że przez większą część życia McCarthy sprzedawał po pięć tysięcy egzemplarzy swoich książek (w Ameryce!), stał się już anegdotą. Inna sprawa, że już w chwili debiutu pisarz został włączony w poczet wielkich autorów. Krytycy „The New Yorkera" byli zachwyceni „Strażnikiem sadu” –  opowieścią o szmuglerach, kryminalistach, skorumpowanych strażnikach prawa przemierzających Amerykę w latach 30. XX wieku. Porównywali McCarthy’ego do greckich dramatopisarzy i średniowiecznych moralistów. Wiadomo, że przed debiutem McCarthy popełnił parę opowiadań, zamieszczonych w studenckim magazynie literackim, ale z całą stanowczością odmawia pokazania ich światu. – Po moim trupie – mówi. 

Życie jak zagadka

O pisarzu tak naprawdę do niedawna niewiele było wiadomo. Znany był głównie w kręgach akademickich. Pod niebiosa wynosił go wpływowy Harold Bloom. Choć „Rącze konie", powieść z 1992 roku, stała się bestsellerem i  osiem lat później została sfilmowana (z udziałem Matta Damona i Penélope Cruz), to tak naprawdę o istnieniu McCarthy’ego świat się dowiedział w  chwili powstania oscarowego filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Coen. A bomba wybuchła w 2007 roku, gdy Oprah Winfrey zrobiła z  nim pierwszy telewizyjny wywiad.

Później zebrano fakty: jeden z  najwybitniejszych pisarzy Ameryki (stawiany obok Philipa Rotha, Thomasa Pynchona i Dona DeLillo) urodził się w 1933 roku w Providence na Rhode Island jako jedno z sześciorga dzieci. Jego prawdziwe imię to Charles, Cormac to pseudonim literacki. Rodzina McCarthych szybko przeniosła się do Knoxville w Tennessee. Tam przyszły pisarz próbował się uczyć w  lokalnym uniwersytecie, ale szkoła nie przypadła mu do gustu. Wspominał później, że choć wszystko go interesowało, zorganizowana nauka nie szła w parze z jego temperamentem. Dlatego przerwał studia i wstąpił do  armii. Przez cztery lata służył w siłach powietrznych USA. Później wrócił na uniwersytet i tam napisał obrosłe legendą, ukrywane przed światem opowiadania. I chyba nie były takie złe, bo zaczął zdobywać stypendia literackie. Dyplomu uczelni jednak nie zdobył; opuścił jej mury z pierwszą żoną, poznaną na studiach Lee Holleman. Ma z nią syna. Parę lat później, w 1965 roku świat ujrzała jego debiutancka książka.

Życie pisarza w tamtym okresie pozostaje zagadką. Jego druga żona –  poznana na jachcie podczas podróży do Irlandii Anne DeLisle – wspomina, że byli z mężem biedni. – Żyliśmy w nędzy – mówi dziennikarzowi „The New York Timesa". – Kąpaliśmy się w jeziorze. Zdarzało się, że ktoś do nas dzwonił i proponował mężowi 2 tys. dolarów za to, by zjawił się na  uniwersytecie i opowiedział o swoich książkach. A ten stwierdzał, że  wszystko, co miał do powiedzenia, już w nich zawarł. Więc przez następny tydzień jedliśmy fasolę – dodaje. W krańcowo odmienny sposób widzi natomiast swoje życie sam McCarthy: – Od czasu Adama nie istniał większy szczęściarz niż ja. W moim życiu nie wydarzyło się nic, co nie było doskonałe. Wcale sobie nie żartuję. Nigdy nie miałem okresów, kiedy byłem bez grosza przy duszy i załamany, kiedy coś nie wychodziło.

Prawda zapewne leży pośrodku: nie da się jednak ukryć, że mimo braku czytelników McCarthy mógł się spokojnie utrzymywać z literackich nagród i stypendiów. Do swojego talentu był zresztą zawsze przekonany. Mimo że  przez większą część życia nie zarobił na książkach złamanego grosza i  mało kto wiedział o ich istnieniu, mówił: – Nigdy nie wątpiłem w swoje umiejętności. Po prostu wiedziałem, że umiem pisać.

W 1976 roku przeniósł się z Tennessee do El Paso w Teksasie, a pogranicze meksykańsko-amerykańskie stało się trwałym tematem jego książek. Jak sam wspominał, zawsze interesował go Południowy Zachód, bo nie ma takiego miejsca na ziemi, gdzie nie słyszano by o jego mitach. Owe mity w  szatańskisposób zdekonstruował w powieści, „Krwawy południk", którą dziś uważa się za jego najwybitniejsze osiągnięcie. To apokaliptyczne dzieło, opisujące barbarzyńskie rzezie, jakich dokonywała w XIX wieku banda łowców skalpów, porównywane było z „Iliadą” i „Mobym Dickiem” i  zapewniło pisarzowi miejsce w historii literatury.

Picie groźne jak pisanie

Dziś McCarthy mieszka z trzecią żoną i synem Johnem w Nowym Meksyku, na  północ od Santa Fe. Gdy wspomniana Oprah Winfrey chciała zrobić z nim wywiad, zastrzegł, że nie ruszy się z domu. Gwiazda telewizji musiała pofatygować się do biblioteki w Santa Fe. Rozmowa jest zabawna, bo  Winfrey zadaje pisarzowi pytania w amerykańskim stylu, drążąc temat jego życiowych pasji i późnego ojcostwa, a sam Cormac dwoi i się troi, by  miło i sensownie na nie odpowiadać. Wyznaje, że fach pisarski trzeba traktować z powagą, jak zwykłą pracę. Wstajesz i siadasz do pisania. Przyznaje też, że narodziny drugiego syna Johna, które miały miejsce, gdy pisarz był po sześćdziesiątce, zmieniły jego życie. To John był inspiracją do napisania powieści „Droga" – minimalistycznego traktatu o  ojcu i synu, którzy próbują przetrwać w świecie po wielkim kataklizmie.

Ciekawszych rzeczy dowiadujemy się jednak o pisarzu z wywiadów prasowych, których skądinąd udzielił tylko kilku. I tak wiemy, że  McCarthy uwielbia „Moby Dicka", a także Dostojewskiego i Faulknera. Nie  ceni natomiast Henry’ego Jamesa ani Prousta, bo jego zdaniem „nie mierzą się oni z zagadnieniami życia i śmierci”, a to powinno być obowiązkiem każdego pisarza. Tak czy owak, autor nie poleca dziś innym pisarzom tworzenia 800-stronicowych książek na miarę „Braci Karamazow”, bo nikt ich nie przeczyta. Od wielu lat nie tyka alkoholu, uważając go za „hazard równie niebezpieczny, co pisanie”.

Jako że McCarthy najwięcej czasu spędza z naukowcami, najbardziej martwi się przyszłością świata i  tym, do czego może doprowadzić postęp. Dziennikarzom „The Wall Street Journal" mówi: – Naprawdę możemy się stać po części maszynami albo mieć implantowane komputery. To nie tylko teoria, że powstanie czip wszczepiany w mózg i zawierający wszystkie informacje ze wszystkich bibliotek świata. To problem, który możesz zabrać z sobą na noc do łóżka.

Okładka tygodnika WPROST: 42/2010
Więcej możesz przeczytać w 42/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także