Nieoceniony rząd

Nieoceniony rząd

Trzy lata temu Platforma wygrała wybory. Co jest źródłem sukcesu rządu? Tusk zrozumiał, dlaczego polegli jego poprzednicy. A na dodatek ma szczęście.
O czym myślał Donald Tusk w wieczór wyborczy 21 października 2007 r., kiedy na ekranach telewizorów słupki poparcia dla Platformy Obywatelskiej rosły niebotycznie w górę, przekraczając poziom 40 procent?

Z pewnością odetchnął z ulgą. Te wybory to było jego „być albo nie być". Partia, którą współtworzył, już nie wybaczyłaby mu kolejnej porażki. Zresztą, kto wie, jaki los czekałby PO, gdyby PiS zdobyło mandat do rządzenia na  kolejną kadencję? Czy nie podzieliłaby w końcu losu przystawek z  Samoobrony i LPR?

Zapewne poczuł też Tusk mściwą satysfakcję. Dotkliwa, podwójna klęska wyborcza z jesieni 2005 r. wycisnęła na nim bolesne piętno. I zmieniła go jako polityka. Utwardziła, wypłukała z  sentymentów, uodporniła na ciosy.

Czy zdążył pomyśleć tamtego wieczora o czekającym go premierostwie? Czego chciał? Którego z poprzedników brał za przykład? Minęły trzy lata, a te pytania coraz bardziej domagają się odpowiedzi.

Zdradzili czy zmądrzeli?

Najpierw rzut oka na program wyborczy PO z wyborów 2007 r. ( jest dostępny w internecie): 90 stron o tym, jak każdemu zrobić dobrze. Widać, że pracowali nad tym fachowcy, bo obok ogólnych deklaracji jest konkret.

Rzecz zaczyna się od wstępniaka napisanego przez samego Tuska. I taka oto obietnica: „Po wyborach, jeśli PO wygra, zaproponujemy ogólnonarodowy pakt na rzecz Narodowego Programu Wielkiej Budowy, porozumienie wszystkich sił politycznych. (…) Efektem będą autostrady, drogi szybkiego ruchu, mosty, wiadukty, mieszkania, stadiony, a także rozwój mniejszych miast i miejscowości". I jeszcze poprawa życia na wsi, lepsza edukacja, dostępniejsza opieka zdrowotna, wyższe płace w  budżetówce, prostsze przepisy. Przedwyborczy elementarz.

Być może warto by teraz podsunąć tamten program ekspertom, aby wyliczyli, jaką część obietnic udało się gabinetowi Tuska zrealizować. Pobieżna obserwacja nie  nastraja do optymistycznych wniosków. Choć nie można zapomnieć, że  dokument był tworzony w warunkach superkoniunktury gospodarczej, gdy o  głębokim załamaniu nie śniło się nikomu.

Skupmy się zatem tylko na tych kwestiach, które nie wymagają ogromnych pieniędzy.

Decentralizacja: „Nowa umowa społeczna z samorządem dla przeprowadzenia rozległego programu decentralizacji".

Upowszechnienie własności: PO obiecywała m.in. „likwidację użytkowania wieczystego gruntu" (i zastąpienie jej przekazywaniem na własność) oraz ustawę przekształcającą wielkie spółdzielnie mieszkaniowe w niewielkie wspólnoty, w których mieszkańcy jako pełnoprawni właściciele mają wpływ na decyzje dotyczące ich lokali.

Prywatyzacja: „Wprowadzimy wieloletni plan prywatyzacyjny, oddzielając prywatyzację od planowania budżetowego". Wpływy z prywatyzacji mają iść na „istotne dla obywateli cele", np. fundusz rezerwy demograficznej zasilający w przyszłości emerytury.

Demokracja obywatelska: np. „zmiany w prawie wyborczym", czyli wybory dwudniowe, głosowanie za pośrednictwem poczty, poza miejscem zameldowania, jednomandatowe okręgi w wyborach samorządowych 2010 r.

Wymieniać można długo. Wszystkie postulaty łączy to, że nie zostały zrealizowane, w niektórych kwestiach nastąpiło wręcz przewartościowanie ideologiczne. Wypowiedź Jana Krzysztofa Bieleckiego o  konieczności utrzymania strategicznych przedsiębiorstw w rękach państwa i jego polemika z Henryką Bochniarz, w której dowodził, że państwowe nie  jest z definicji gorsze od prywatnego, na swój sposób były szokujące. Tyle zostało z dawnego liberalizmu?

I jak to potraktować? Napiętnować jako zdradę ideałów? Wyśmiać jako przejaw oportunizmu? Może pochwalić za  pragmatyzm?

To tylko jedna z wielu trudności interpretacyjnych dorobku rządu Tuska.

W listopadzie rząd będzie obchodził trzecią rocznicę. Jak na polskie warunki to bardzo wiele. Do tej pory tylko Jerzy Buzek sprawował władzę pełną kadencję. Tusk z pewnością jego rekord wyrówna, a po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, na co wiele wskazuje, także pobije.

Tego jeszcze nie było – ani przez 21 lat II Rzeczypospolitej (przewinęło się w tamtym czasie aż 27 rządów!), ani w okresie III RP (gabinet Tuska jest trzynastym z kolei).

Porównywanie obecnego rządu do  ekipy Buzka nie ma zresztą najmniejszego sensu, bo nie było w ostatnich dwóch dekadach gabinetów tak bardzo się różniących.

Buzek (z Balcerowiczem do spółki) rzucili się na państwo z reformatorską pasją, przygotowując w pierwszym roku kadencji cztery wielkie reformy, a w  kolejnych – jeszcze kilka pomniejszych. Tusk, jak sam przyznaje, uważa taką politykę za nierozważną.

Zapleczem politycznym Buzka była zanarchizowana, oparta na związku zawodowym struktura AWS. Za Tuskiem stoi zwarta i zdyscyplinowana Platforma.

Buzek nie był liderem swojego obozu, miał za sobą Mariana Krzaklewskiego, co odbierało mu swobodę ruchów. Tusk jest przywódcą Platformy i jej jedynym autorytetem.

Buzek miał trudnego koalicjanta w postaci Unii Wolności, której wpływy i  faktyczne znaczenie wykraczały poza siłę mandatu wyborczego. Tusk ze  słabiutkim PSL nie musi się aż tak liczyć, a do tego utrzymuje w  zanadrzu innego potencjalnego koalicjanta – SLD.

Buzek miał do czynienia z opozycją potężną i bezwzględną. Millerowskie SLD znalazło się pod  koniec lat 90. u szczytu swej potęgi. Za to Tusk oddałby pewnie wszystko, aby na czele opozycji wobec jego rządu jak najdłużej stał Jarosław Kaczyński. Nikt przecież nie doścignie prezesa PiS w  dostarczaniu Polakom uzasadnień dla pozostawienia władzy w rękach PO.

W efekcie Buzek po trzech latach rządów był już tylko premierem rządu mniejszościowego i pewnym kandydatem do klęski w następnych wyborach. Tusk jest zaś faworytem kolejnej elekcji.

Pytanie, kto zrobił ze swojej władzy lepszy użytek, pozostaje otwarte.

Ile wyrzeczeń, a ile odpoczynku?

Zaraz zresztą pojawią się kolejne wątpliwości, czy kryterium reformatorskie jest dla oceny rządów Tuska najwłaściwsze. Jak sugerują współpracownicy premiera – to już przeżytek. Nie sposób bowiem porównywać pierwszej dekady III RP do lat kolejnych. Tamte rządy, począwszy od Mazowieckiego, a kończąc na Buzku, zmagały się przecież z  materią odziedziczoną po realnym socjalizmie. Wielki wysiłek kierowały więc, nie oglądając się zanadto na skutki polityczne podejmowanych decyzji, na doniosłe projekty ustrojowe z konstytucją na czele, tworzenie nowych instytucji, kreowanie od podstaw nowego ładu gospodarczego, wreszcie na przeorientowanie o 180 stopni kierunków polityki zagranicznej. Dominowała retoryka o konieczności wyrzeczeń w  imię pomyślności przyszłych pokoleń.

Tego wymagał czas. Kiedy jednak nastąpił koniec transformacji ustrojowej (za symboliczną datę można by  wskazać dzień 1 maja 2004 r., czyli wejście Polski do Unii Europejskiej) zaczęło się nowe.

Inna sprawa, że i lata 90. były zróżnicowane. W latach 1993-1997 rządziła koalicja SLD-PSL, głosząc wszem wobec, że po okresie dramatycznych zawirowań pierwszych lat wolności, po Balcerowiczu, po  upadku socjalistycznych molochów i gwałtownym zubożeniu społeczeństwa, należy dać ludziom kilka lat oddechu. A że akurat dzięki wyrzeczeniom z  poprzednich lat nastała koniunktura, odpoczynek był możliwy.

Czy nie  brzmi to dziś znajomo? Można zresztą doszukać się wielu analogii między ekipami Pawlaka, Oleksego i Cimoszewicza a rządem Donalda Tuska. Koalicja SLD-PSL, tak samo jak obecna, zaczynała swe rządy, mając przeciwko sobie nieobliczalnego i ukierun- kowanego na destrukcję prezydenta (wtedy był to Lech Wałęsa), ale w  trakcie kadencji następowała istotna zmiana (w 1995 r. prezydentem zostaje Aleksander Kwaśniewski). I wtedy, i ostatnio dochodziło do  ogromnych zawirowań politycznych (oskarżenie premiera Oleksego o  szpiegostwo, katastrofa pod Smoleńskiem). Swoje trzy grosze wtrącały też żywioły. Z tą różnicą że „powódź tysiąclecia" w 1997 r. przyczyniła się do porażki wyborczej SLD w kolejnych wyborach, a tegoroczna wielka woda jakoś nie nadszarpnęła notowań PO.

Komentatorzy nie zostawiali z reguły suchej nitki na rządach z lat 1993-1997, choć wyniki gospodarcze były znakomite, a wyborcy sprawiali wrażenie generalnie zadowolonych (Sojusz przegrał wybory w 1997 r., ale z wynikiem lepszym niż cztery lata wcześniej). Zarzucano postkomunistom, że marnują okres prosperity, wyliczano niewykorzystane szanse. Może jednak chwilowy odpoczynek na  trudnej i obfitującej w wyrzeczenia drodze był nam wtedy rzeczywiście potrzebny?

A jeśli tak, to i rząd Tuska z jego reformatorską wstrzemięźliwością powinniśmy teraz należycie docenić?

Oszczędny w kanclerstwie

Widać wyraźnie, jak w miarę upływu lat zmieniała się scena polityczna III RP, a wraz z nią charakter kolejnych ekip rządzących.

Po rządach reformatorskich pierwszej dekady, zwykle zdeterminowanych we  wprowadzaniu zmian, ale słabych politycznie, wspieranych przez zapadające się kanapy partyjne, nadeszła na progu kolejnej dziesięciolatki era rządów kanclerskich. Jeśli pominąć niezbyt istotne epizody w postaci ekip Marka Belki i Kazimierza Marcinkiewicza, to od  2001 r. polityczny czas mierzymy kadencjami kanclerzy – najpierw Leszka Millera, potem Jarosława Kaczyńskiego, a teraz Donalda Tuska.

Każdy z  nich łączył władzę nad państwem z niepodzielnym przywództwem we własnym obozie politycznym. To zupełnie nowa jakość. Koniec z parlamentarnymi układankami, partyjnymi rozgrywkami, nieustannym przetargiem. Jest polityk i jego wola, ograniczany tylko konstytucyjnym gorsetem (ewentualnie jeszcze niechętnym prezydentem) oraz oporem biurokracji.

Donald Tusk, wchodząc w kanclerskie buty, znał losy swych poprzedników. Widział, jak Leszka Millera gubiła jego własna pycha, a Jarosława Kaczyńskiego – cyniczna bezwzględność w podporządkowywaniu sobie autonomicznych dotąd dziedzin życia publicznego. Lider PO poskromił więc osobiste ambicje, nie uległ pokusie nieograniczonego podporządkowywania rzeczywistości własnym dążeniom. Wytyczył sobie cele minimum, a kanclerską władczość zachował na  nadzwyczajne okazje. Sięga po nią z reguły wtedy, gdy trzeba zdławić zalążki buntu na własnym dworze albo urządzić medialny spektakl jak ostatnio wojna z dopalaczami.

Niby niewiele z tego wynika. A jednak większość Polaków ceni sobie takie rządzenie. Zwłaszcza na tle Millera i  Kaczyńskiego, których rządów mimo upływu lat wcale nie jesteśmy skłonni rehabilitować.

Wróćmy jednak raz jeszcze do sformułowanego wcześniej postulatu, aby oceniać polityków wedle tego, jak radzą sobie z  wyzwaniami ich czasów. Pierwszy premier Tadeusz Mazowiecki trafi kiedyś na pomniki również dzięki temu, że znalazł się w odpowiednim miejscu i w  momencie, niosącym historyczne wyzwania. Żaden z kolejnych premierów nie  dostał już takiej szansy. I nie chodzi o to, by pomniejszać teraz historyczne zasługi pierwszego historycznego premiera.

Po prostu warto zachować dystans wobec tych krytyków obecnej ekipy, którzy doceniając Tuska za to, że nie jest Millerem ani Kaczyńskim, wytykają mu zarazem, iż daleko mu do Mazowieckiego czy choćby Buzka. Wszystkie analogie są ryzykowne.

Sam Tusk nie traci czasu na porównywanie się do poprzedników. Woli, by następcy porównywali się do niego.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2010
Więcej możesz przeczytać w 43/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • bez-nazwy IP
    Świetne zdjęcie !
    • klara2010@gazeta.pl IP
      Ja tylko wiem, jaki los czekalby Polske i Polakow, gdyby Donald Tusk nie wygral tych wyborow. Na mysl o tym zimny pot mnie oblewa. Zgadzam sie, za Donald Tusk ma szczescie, bo urodzil sie madrym, dobrym czlowiekiem.
      Zycze mu wszystkiego najlepszego. Jak jemu bedzie dobrze, to i nam. Nagonka ostatnio w mediach na Tuska bardzo mi sie nie podoba, wyglada jakbyscie sie kierowali moda. A moze wypstrykaliscie sie na nudziarzy z opozycji, a teraz produkujecie te gryzace wierszowki, bo idei za tym nie widze. Mozna krytykowac, ale konstruktywnie, czyli analizujac czyjes postepowanie, cos SUGEROWAC (oczywiscie popierajac jakimis dowodami). Ale to co widze to tylko jazgot, nie uwzgledniajacy caloksztaltu sytuacji.
      Szkoda.
      • Izkarioza IP
        Kaczyński walczył z korupcją, jest gwarantem że prawo stanowi prawo. Tusk toleruje korupcję, i bezprawie.
        Wybory były zmanipulowane, Komorowskiemu w godz 01:00 - O2:00 z nieba spadła przewaga, w postaci 1 milion 400 tysięcy głosów.Zbyt grubymi nićmi było to zwycięstwo szyte.