Ich Donald T.

Ich Donald T.

Nowojorski miliarder Donald Trump „poważnie myśli” o tym, by zostać kandydatem Partii Republikańskiej na prezydenta. Pomysł jest absolutnie ekscentryczny. Dokładnie taki jak sam Trump.
Trump to najsławniejszy wśród amerykańskich bogaczy. W takim sensie jak Lindsay Lohan jest najsłynniejsza wśród aktorek, a Lady Gaga – wśród piosenkarek.

Jest ulubieńcem brukowców. Światową popularność, o której zawsze marzył, przyniósł mu program „Czeladnik" („The Apprentice”). Pojawił się w telewizji (i program, i Trump) po niemal dekadzie rządów Clintona, gdy Amerykanie zaczęli tracić pracę, a gospodarka – stopniowo zwalniać. Ale prowadzącemu nie zaszkodziło to, że hasło przewodnie programu bijącego rekordy oglądalności brzmi: „Już tu nie pracujesz!” („You are fired!”). Ani to, że pada z ust aroganckiego multimiliardera, którego raczej trudno byłoby uznać za wzór empatii.

Magnat budowlany nie  ma zwyczaju wyrzucać pieniędzy na projekty, które nie przynoszą bezpośrednich zysków. Chyba że projekt ma wymiary 95/65/95 i długie włosy koloru blond. Dobroczynności nie lubi. Lubi natomiast poklask tłumów.

Nazwisko w złocie

O flircie z myślami o prezydenturze Trump mówił w telewizji Fox News : –  Pierwszy raz myślę o starcie. Przez lata mnie o to proszono, ale nie byłem zainteresowany. Teraz naprawdę biorę pod uwagę taką możliwość.

Skłamał – nie pierwszy raz w życiu. Do pomysłu walki o prezydenturę zapalił się już 11 lat temu. Zamierzał kandydować z listy Partii Reform założonej przez innego miliardera Rossa Perota. Jego bliski przyjaciel powiedział wówczas „Newsweekowi", że decyzja miała podłoże czysto osobiste: Trump chciał się ponoć zemścić na byłym gubernatorze Connecticut Lowellu Weickerze za zablokowanie budowy kasyna w  Bridgeport.

Zapytany o program odparł: „Jestem za dużą obniżką podatków". Spytany, jak przebudować struktury administracji, stwierdził: „Zburzyć i postawić na nowo, tak jak zrobiłem z lodowiskiem Wollmana w  Nowym Jorku”. Na kandydata do wiceprezydentury chciał Oprah Winfrey. Dlaczego? Bo też sławna. Straszył, że zainwestuje w kampanię 100 mln dol. Nie zainwestował. Próbował zorganizować mecz tenisowy o milion dolarów między Johnem McEnroe’em a siostrami Williams. Nawet to się nie  udało. Jedynym efektem propozycji była publiczna kłótnia między 41-letnim wówczas McEnroe’em a 20-letnią Venus Williams. Ale co Trump narobił szumu wokół siebie, to jego.

„Forbes" szacuje jego majątek na 3 miliardy dolarów. Trump jest właścicielem kilku najbardziej prestiżowych nowojorskich nieruchomości, firmy Miss Universe organizującej konkursy piękności i przyznającej tytuły, kasyna Taj Mahal i paru innych lokali, gdzie przy jednorękich bandytach dokonują żywota nowojorscy emeryci. Trump mówi jednak, że to nie żadne 3 miliardy, ale  dużo więcej.

Jedno jest pewne: jeśli chodzi o egocentryzm graniczący z  manią wielkości, należy do pierwszej dziesiątki – własnym nazwiskiem (w złocie) nie udało mu się uświetnić tylko jednego ze zbudowanych za jego pieniądze gmachów. Sądząc po deklaracjach Trumpa, zatracił kontakt z  rzeczywistością. „New York Times" pisał kiedyś: „Ilu Donaldów Trumpów potrzeba do wkręcenia żarówki? Wystarczy jeden. Włoży żarówkę w oprawkę i pozwoli światu obracać się wokół jego pępka!”.

Już tu nie pracujesz!

Trump wie sporo o budownictwie i deweloperce. Ale to już go nie interesuje. Interesuje go dydaktyka, czyli pouczanie maluczkich. Kto nie  wierzy, niech przeczyta jeden z jego poradników „Sztuka interesu", „Myśl jak miliarder: wszystko, co chciałbyś wiedzieć o sukcesie, nieruchomościach i życiu”, „Trump 101: droga do sukcesu”. Pełne są rad, z których wynika, że zostanie miliarderem to sprawa prosta. Wystarczy być konsekwentnym i twardym. Tak jak Trump, który w swym programie jak rzymski cesarz ruchem kciuka decyduje o być albo nie być zawodników. Na  marginesie: według znanych finansistów, w tym George’a Sorosa, pisanina Trumpa powinna nosić tytuł „Jak zarobić na udzielaniu bezwartościowych rad” – bogatsi będą ci, którzy poradnika nie kupią. Bogatsi o 20 dolarów.

Główna idea programu „Czeladnik" jest prosta. 16 kandydatów, młodych, zdolnych i ambitnych, rywalizuje o kierownicze stanowisko w  imperium Trumpa z pensją ćwierć miliona dolarów rocznie. Zawody odbywają się w „najdzikszej – jak powiada arbiter – dżungli świata”, czyli na  ulicach Nowego Jorku. W pierwszym odcinku dwie ośmioosobowe załogi podzielone według kryterium płci dostały po 250 dolarów na urządzenie stoiska z lemoniadą, by pod koniec dnia porównać zyski. Zwycięzcy spędzają noc w penthousie Donalda wieńczącym Trump International Hotel and Tower przy Columbus Circle, którego modernistyczny salon robi wrażenie sali konferencyjnej skrzyżowanej z obserwatorium astronomicznym. Przegrani tłumaczą się przed szefem. Ten zaś po  wysłuchaniu usprawiedliwień rzuca: „Już tu nie pracujesz!”. Sakramentalną formułkę tak polubił, że próbował ją nawet opatentować.

Kto ogląda „The Apprentice"? Wśród 18 milionów widzów, którzy zasiedli przed telewizorami w premierowy wieczór, wielu było przedsiębiorców i  finansistów. Szybko jednak się wykruszyli, uznając, że – jak ujęła to  Cynthia McKay, dyrektor generalny Le Gourmet Gift Basket Inc. –  „czerpanie z tego programu porad biznesowych byłoby równie rozsądne jak radzenie się Trumpa w kwestii wyboru fryzjera”. Po 14 odcinkach poprzedzających finał na widowni zostali ludzie, którzy nie mają pomysłu, jak się wzbogacić, i wierzą, że sztuki robienia interesów można się nauczyć z telewizji. Jedyną osobą, która odnosi realne korzyści z  programu Trumpa, jest Donald Trump. Za odcinek dostawał początkowo 50 tysięcy dolarów, dziś – 3 miliony.

Najbogatszy bankrut Ameryki

64-letni miliarder zawód odziedziczył po ojcu Fredericku Trumpie, deweloperze budującym bloki dla średniozamożnych mieszkańców nowojorskich dzielnic Queens, Staten Island i Brooklyn. Donald był czwartym z pięciorga dzieci, najbardziej nieznośnym. Dlatego kiedy miał 13 lat, rodzice posłali go do Nowojorskiej Akademii Wojskowej. Poradził sobie znakomicie, wyróżniał się i w sporcie, i w nauce. Ostatecznie skończył ekonomię na Uniwersytecie Pensylwanii. Pierwsze kroki stawiał w  firmie ojca. Na początku szło mu średnio, ale pierwsze porażki odbił sobie z nawiązką w 1974 r. Kupił wtedy udziały w podupadłym hotelu Commodore naprzeciw zabytkowego dworca Grand Central. Podpisał umowę partnerską z Hyatt Hotels Corporation, nie do końca legalnie załatwił sobie ogromne ulgi podatkowe, odremontował budynek, dorabiając imponującą szklaną fasadę zaprojektowaną przez Der Scutta, i kiedy Grand Hyatt otworzył podwoje, zyskał sławę najbardziej obrotnego inwestora budowlanego w mieście.

W 1977 r. ożenił się z modelką i byłą rezerwową czechosłowackiej reprezentacji olimpijskiej w narciarstwie Ivaną Zelničkovą, która urodziła mu trójkę dzieci. Dwa lata później wydzierżawił parcelę przy Piątej Alei tuż obok Tiffany & Co. i zbudował za 200 milionów dolarów apartamentowiec wszech czasów – Trump Tower. Gmach ma 58 pięter, z czego sześć zajmuje atrium wyłożone różowym marmurem, z 25-metrowym wodospadem (Niagara jest tylko dwa razy wyższa!). Gmach przyciągnął firmy handlujące najbardziej luksusowymi towarami oraz wielu celebrytów, m.in. Michaela Jacksona. Nazwisko Donalda poznała cała Ameryka.

Kiedy władze New Jersey rozluźniły przepisy o hazardzie, w 1977 r. kupił, przebudował i ochrzcił dzisiejsze Trump Plaza Hotel and Casino, Trump’s Castle i Trump Taj Mahal –  największy kompleks hotelowo-kasynowy świata. W Nowym Jorku Barbizon-Plaza Hotel przy Parku Centralnym przemianował po renowacji na Trump Parc. Kupił też jeden z najbardziej luksusowych hoteli na Manhattanie – Plaza Hotel, za 407 milionów. Kolejne 365 milionów wydał na Eastern Air Lines Shuttle, które nazwał Trump Shuttle. Sielanka skończyła się w roku 1989. Zarówno firma, jak i sam Trump znaleźli się na granicy bankructwa. W  pewnym momencie miliarder był 900 milionów na minusie, ale udało mu się częściowo spłacić długi i zaciągnąć nowe pożyczki. W sumie pod ochronę przepisów o bankructwie uciekał trzy razy.

Trump House

Czy Trump ma szanse na prezydenturę? Bardziej sensowne jest pytanie: czy  w ogóle stanie na starcie? Nie ma politycznego doświadczenia, a co gorsza, nie umie „grać drużynowo". Ponadto nie odpuszcza swoim przeciwnikom, póki nie wdepcze ich w ziemię, a prawyborcze potyczki w  USA to raczej subtelna rozgrywka strategiczna, w której adwersarzy, owszem, należy niszczyć, lecz kulturalnie i „prezydencko”. Trzeba więc demonstrować, że ma się kwalifikacje nie tylko na wodza, lecz także na  męża stanu.

Trump pokazał, jakie ma w tej mierze kwalifikacje, podczas tabloidowej pyskówki z królową przedpołudniowych talk-show Rosie O’Donnell. Prezenterka zarzuciła mu nadmierną pobłażliwość, bo pozwolił zatrzymać koronę Miss Universe Tarze Conner – nieustannie imprezującej i  dającej zły przykład niewinnym dziewczętom. Miliarder obleciał konkurencyjne programy, obrzucając Rosie epitetami, informując, że jest brzydka i gruba, a sieć ABC żałuje, że podpisała z nią kontrakt.

Trump nie za bardzo wyczuwa też, skąd wieje wiatr. W każdym razie w polityce. W 2007 r. u Larry’ego Kinga przepowiadał, że prezydencką nominację Partii Demokratycznej zdobędzie Hillary Clinton, a Republikańskiej –  były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. Amerykańska prawica szuka nowych twarzy, ale trzykrotnie żonaty miliarder słynący z zamiłowania do  młodziutkich modelek, zwolennik legalnej aborcji, pełnego równouprawnienia gejów i powszechnej opieki medycznej, raczej nie  wpisuje się w ultrakonserwatywny etos Partii Herbacianej. Zwłaszcza że z  403 tysięcy dolarów, które wpłacił od roku 1999 na konta wyborcze polityków, 64,4 procent przypadło demokratom, a 35,6 – republikanom.

Wszystko to wyborcy mogliby mu jednak wybaczyć, gdyby nie obawa, że po  przeprowadzce do Białego Domu mógłby go przemianować na Trump House.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2010
Więcej możesz przeczytać w 43/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • PO IP
    Donald T. - czyżby myśleli o Tusku?;)