Ten straszny islam

Ten straszny islam

Ostatni mecz Niemcy – Turcja w Berlinie. Kilkadziesiąt tysięcy Turków cały czas wygwizduje Mesuta Özila, niemieckiego piłkarza pochodzenia tureckiego. Özil strzela gola i dobija Turków. Kanclerz Merkel nie ukrywa euforii. Premier Turcji nie kryje wściekłości.
Jaka jest różnica między Turkiem a jeleniem? Przed jeleniem widać na  jezdni ślady hamowania – brzmi jeden z niemieckich dowcipów. Muzułmańscy przybysze znad Bosforu nie cieszą się w RFN sympatią, co potwierdzają liczne sondaże. Ten dowcip staje się metaforą.

Niemcy nigdy nie  przepadali za Turkami, ale teraz coraz częściej nawet nie próbują tej antypatii ukryć. Potwierdzają to badania, z których wynika, że Turcy są najbardziej nielubiani ze wszystkich imigrantów w RFN. Najbardziej denerwuje Niemców turecka „kultura macho". Antypatia jest zresztą obustronna: co czwarty Turek wyznał, że lżył Niemców, 4,7 proc. przyznało się do ich bicia, a 2,1 proc. do świadomego niszczenia niemieckich domów. W tej sytuacji wizyta w Berlinie premiera Recepa Tayyipa Erdoğana w  minionym tygodniu miała szczególne znaczenie. Kanclerz Angela Merkel i  jej gość starali się, jak mogli, ocieplić atmosferę. Niestety, mogli niewiele. Nie tylko dlatego, że za sobą nie przepadają.

Erdoğan jest zły na Niemcy za to, że nie chcą Turcji w UE. Do tego zarzuca im  islamofobię. Pani kanclerz z kolei wytyka tureckim imigrantom brak poszanowania dla Niemiec i niemieckiego prawa. Jak podkreśliła w jednym z wystąpień, w Niemczech „obowiązuje konstytucja, a nie szariat".

Merkel i Erdoğan obejrzeli w Berlinie mecz reprezentacji obu krajów, ale  podczas gry nie zamienili z sobą ani słowa. Na koniec każdy ruszył w  swoją stronę – premier do otaczających go polityków, kanclerz do  niemieckich piłkarzy, by pogratulować im zwycięstwa 3 : 0. W  późniejszych, oficjalnych rozmowach Erdoğan i Merkel obstawali przy swoim: ona mówiła o konieczności integracji, on o „asymilacji" będącej „zbrodnią przeciw ludzkości”.

Islam biurowy

W tych okolicznościach rządowi komentatorzy wyławiali jak rodzynki z  ciasta to, co pozytywne: że Erdoğan wezwał niemieckich Turków do  respektowania „wartości i sposobów życia społeczeństwa" RFN, a prezydent Christian Wulff upomniał rodaków, że „islam należy także do Niemiec”. Tyle słów. A rzeczywistość? Niemieccy Turcy czują się obywatelami gorszej kategorii, a przeciętni Müllerowie mają dość przekształcania ich kraju w „republikę islamską”. Głośnym echem odbiło się niedawno ustanowienie przez muzułmańskiego właściciela biurowca przy placu Ernsta Reutera w Berlinie tzw. klauzuli islamskiej – kto chce wynająć pomieszczenie w tym obiekcie o powierzchni 6 tys. mkw., musi podpisać zobowiązanie, że będzie przestrzegał zasad jego religii. W przypadku obiektów użytkowych jest to zgodne z niemieckim prawem.

Spory wpływ na wzrost niechęci Niemców do wyznawców Allaha miały ostatnie ostrzeżenia wywiadu USA przed rzekomymi zamachami przygotowywanymi przez muzułmańskich bojowników na berliński Dworzec Główny, Bramę Brandenburską i wieżę telewizyjną. Dla obywateli RFN islam znaczy dziś tyle co terroryzm, w czym upewniają ich m.in. meldunki z  afgańskiego frontu. Kilka tygodni temu żołnierze sił sprzymierzonych zabili ośmiu członków al Kaidy – Turków z niemieckimi dokumentami. Niektórzy znani byli niemieckim służbom specjalnym, które wzięły pod  lupę zamknięty niedawno meczet al Kuds w hamburskiej dzielnicy St. Georg, gdzie terroryści przygotowywali m.in. zamach na World Trade Center.

Kto tu jest panem

O tym, jak negatywne jest dziś nastawienie do muzułmanów w RFN, świadczy prezentacja książki byłego członka zarządu Bundesbanku, wcześniej berlińskiego senatora z ramienia socjaldemokratów (SPD) Thilo Sarrazina. Jego 464-stronicowy wywód pt. „Samolikwidacja Niemiec" da się sprowadzić do tego, że polityka integracyjna w RFN to pic na wodę oraz że z powodu imigrantów Niemcy – jak to ujął – „biednieją i głupieją”, przed czym powinni się bronić. Na prezentację książki zgłosiły się ekipy telewizyjne z całego świata, z arabską al Dżazirą włącznie. Sala Bundespressekonferenz pękała w szwach. Na zewnątrz protestowała zaledwie garstka. Książka Sarrazina stała się bestsellerem. Choć kosztuje niemało, bo w przeliczeniu prawie sto złotych, rozchodzi się błyskawicznie. Jej nakład wzrósł dziesięciokrotnie, a autor zarobił do  tej pory ponad 1,5 mln euro. – Musimy pokazać, kto w Niemczech jest panem domu! – zakończył ostatnie spotkanie z czytelnikami Wiesbaden, nagrodzone okrzykami „brawo!” i burzą oklasków.

Chwalony przez neonazistów Sarrazin odcina się od takich ugrupowań: „Gdy ktoś, kim się brzydzę, mówi, że ziemia jest okrągła, ja przyznaję, tak, jest okrągła, a ty mimo to jesteś dupkiem" – przekonuje. Były senator ostrzega, że  strach przed otwartą debatą na temat imigrantów grozi w RFN wzrostem znaczenia partii skrajnie prawicowych, jak m.in. w Austrii, Holandii czy  we Francji. Ale debata toczy się jak śniegowa kula – coraz więcej polityków coraz bardziej stanowczo domaga się interwencji państwa i  podsuwa własne rozwiązania. Na przykład sekretarz generalny liberałów (sic!) z FDP Christian Lindner żąda ustanowienia obowiązku posługiwania w szkołach wyłącznie językiem niemieckim. Szef Niemieckiego Związku Filologów Heinz-Peter Meidinger chciałby wprowadzić kary grzywny za  używanie języków obcych przez uczniów, a lewicowy burmistrz stołecznej dzielnicy Neukölln Heinz Buschkowsky (SPD) wzywa do wprowadzenia mundurków, które „załatwią sprawę chust na głowach uczennic pochodzenia tureckiego”.

Mały Stambuł

W Niemczech jak bumerang wraca postulat wprowadzenia na wzór kanadyjski doboru imigrantów według ich przydatności dla kraju. Argumentem ma być to, że ci, którzy już w Niemczech mieszkają, są średnio przydatni i  powodują głównie kłopoty. Statystyki nie są korzystne dla trzech milionów tzw. Türkendeutsche. Panuje wśród nich ponadprzeciętne bezrobocie, częściej korzystają oni z zasiłków, częściej popełniają przestępstwa, są wykształceni poniżej niemieckiej średniej. Bez mała 200 tys. berlińskich Turków stworzyło w dzielnicach Kreuzberg i Neukölln getto nazywane „małym Stambułem", które boją się nawet patrolować niemieccy policjanci.

Wielu Turków żyjących w Niemczech w drugim, a  nawet w trzecim pokoleniu posługuje się łamaną niemczyzną. Problem dostrzegł nawet turecki minister do spraw europejskich Egemen Bağış prowadzący negocjacje akcesyjne Ankary z UE, który zaapelował do rodaków w RFN: „Uczcie się niemieckiego, przestrzegajcie ustaw i zwyczajów kraju, w którym żyjecie!".

Zwrot nastrojów w Niemczech w prawą stronę jest niewątpliwy. Według najnowszych danych jedna czwarta Niemców ma wrogie nastawienie do  imigrantów, jedna trzecia uważa, że jest ich w RFN za dużo i wolałaby żyć w kraju bez muzułmanów, a aż 58,4 proc. sądzi, że należy im  ograniczyć swobodę praktyk religijnych. Ponadto co czwarty Niemiec chciałby jednej partii ucieleśniającej cały naród, co dziesiąty uważa, że narodowy socjalizm „miał także dobre strony", a 13 proc. życzyłoby sobie „nowego führera”, który rządziłby twardą ręką dla dobra ogółu. W  opinii autorów tego opracowania to „dramatyczna zmiana trendu”. Rzecznik rządu federalnego Steffen Seibert przyznaje, że rezultat tych badań jest „dość zatrważający”.

Kanclerz Merkel pozostaje wybór między dżumą a  cholerą. Jeśli przeciwstawi się społecznym nastrojom, przyspieszy spadek swej popularności, jeśli im ulegnie, okaże słabość i narazi się na  zarzut populizmu. Nie robić nic to czekać na nieszczęście, bo zdaniem wielu nadchodzi chwila, gdy zapłoną domy muzułmanów. Przesada? Może. Ale  opis dzisiejszych nastrojów rok temu też sprawiałby wrażenie absolutnej przesady.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2010
Więcej możesz przeczytać w 43/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • wroclaw1111 IP
    a kto szwabow lubi za 2 wojny swiatowe,oni do konca swiata beda dzwigac ciezar pozogi i ludobojstwa na niewinnych ludziach.