Po wygranej walce

Po wygranej walce

Mieszka w lesie, ale filmowe nagrody odbiera w Wenecji. Pojechaliśmy sprawdzić, jak czuje się sprawca jednego z większych sukcesów naszego kina. Sprawdziliśmy. Jerzy Skolimowski czuje się świetnie. Maluje obrazy i planuje przeprowadzkę do Brazylii.
Dotarcie do samotni Jerzego Skolimowskiego nie jest proste. Najpierw autostrada, potem dwupasmówka i wąska droga asfaltowa, w końcu skręt przy krzyżu, jeszcze trochę asfaltu i już wąska leśna dróżka. – Musicie być uważni, mój dom nie stoi przy drodze. Trzeba wypatrzeć czerwony dach między drzewami – uprzedza reżyser. W końcu coś miga w głębi lasu –  wcale nie dach, ale soczyście zielone okiennice. Kiedy parkujemy przed bramą, Bufon już jest przy nas. Wesoły, merda ogonem. Jerzy Skolimowski stoi na werandzie pięknie odrestaurowanego podmurowanego drewnianego domu. Mazurska dwuskrzydłowa leśniczówka z małym domem dla gości i  wielką stodołą to ostatnie domostwo na skraju lasu. Potem wokół wiele kilometrów przestrzeni, na której nie ma nic oprócz drzew i jezior.

Wchodzimy do wysmakowanego wnętrza. Na środku salonu wielki stół, fotele, kanapa. Przed solidnym telewizorem szezlong. Obok telewizora filmy i płyty – muzyka poważna i jazz. O jedną ze ścian stoją oparte ogromne obrazy gospodarza. W bezpośrednim kontakcie robią spore wrażenie.

Oscar na horyzoncie

Nasz bohater siada w wygodnym fotelu, jest rozluźniony. Nagroda na  festiwalu w Wenecji na pewno poprawia samopoczucie. Pierwsze pytanie nasuwa się samo: – Jest pan usatysfakcjonowany nagrodami w Wenecji? –  Całkowicie – pada odpowiedź. To jak wyraz satysfakcji po kolejnej wygranej walce.

Przed wyjazdem do Wenecji nic nie wydawało się takie pewne. – Sądziłem, że film nie ma szans na nagrody. Przewodniczącym jury był Quentin Tarantino, który jest bardzo proamerykański. A tego nie  można powiedzieć o „Essential Killing". Poza tym aktor odtwarzający główną rolę w moim filmie nazwał go publicznie dupkiem – Skolimowski uśmiecha się szelmowsko. – Nie sądziłem, że Tarantino wzniesie się ponad to i nie okaże się małostkowy. Ale tak się stało. Zaimponował mi.

Kiedy pojawiły się pierwsze znaki, że film może odnieść sukces? – Po  premierowym pokazie odbyła się, jak mówią niektórzy, 20-minutowa owacja na stojąco. Może 20 minut to przesada, ale nawet jeśli trwała 15 minut, to i tak fantastycznie. Zaraz potem wokół filmu zrobiło się gorąco i  wiedziałem już, że coś się wydarzy. Mówiło się nawet o nagrodzie głównej. Ale ostatecznie dostaliśmy dwie nagrody: specjalną jury i aktorską – Puchar Volpi dla Vincenta Gallo.

Teraz „Essential Killing" (na ekrany polskich kin wchodzi w najbliższy weekend) może stanąć do walki o Oscara. – To zasugerował Tarantino. Stwierdził, że  skoro film jest anglojęzyczny, może mieć szanse na nominacje do nagrody Akademii. Zwłaszcza nagroda dla Gallo może mu pomóc – mówi reżyser. Aby  film Skolimowskiego mógł być nominowany do Oscara, musi być pokazywany w  amerykańskich kinach przez minimum tydzień. Rozmowy z amerykańskimi dystrybutorami trwają.

Gallo, mój Gallo

– Przykro było panu, że Gallo nie przyszedł na uroczystość rozdania nagród w Wenecji? – Nie… Rozstaliśmy się w nie najprzyjemniejszy sposób i przyznam, że nie chcę go więcej oglądać – Skolimowski znowu uśmiecha się przekornie. – Poza tym doskonale wiedziałem, czego się po nim spodziewać. To skomplikowany człowiek. Gdy poszedłem na uroczystość wręczenia nagród, nie mogłem się powstrzymać od uszczypliwości. Rozejrzałem się po sali i powiedziałem: „Vincent! Powiem za ciebie to, co – jak sądzę – chciałbyś powiedzieć: a więc dziękuję reżyserowi Skolimowskiemu, dziękuję scenarzyście Skolimowskiemu i dziękuję producentowi Skolimowskiemu za to, że udało mu się dla mnie wykroić tak przyzwoitą gażę". Na sali rozległy się śmiechy i okrzyki. Gallo oglądał wszystko w telewizji w hotelu.

Na Vincenta Gallo Skolimowski zdecydował się po obejrzeniu filmu „Tetro" Francisa Forda Coppoli. Od razu wiedział, że będzie idealny w roli uciekiniera. Ale praca z amerykańskim aktorem nie mogła być łatwa. Czy Skolimowski przypuszczał, że będzie aż  tak trudno? – Skoro przeżyłem z Klausem Marią Brandauerem, Nastassją Kinski i Giną Lollobrigidą, dlaczego miałbym sobie nie poradzić z  Vincentem? – Skolimowski znowu się śmieje. – Było ekstremalnie ciężko, ale też warto było to wszystko wytrzymać. Jego zachowania były wpisane w  tę sytuację i w jego rolę.

Gdy pytam, czy w Wenecji Gallo ciągle nie  wyszedł z roli, Skolimowski poważnieje. – Znajdował się tam w trudnej sytuacji. W konkursie pokazywano także jego własny film, który krytycy ocenili bardzo źle. Dla kogoś o takim ego musiało to być trudne. Gallo ma wielki talent. I także silny element autodestrukcyjny. „Buffalo ’66" to świetny film. Widziała pani „Brown Bunny”? – Widziałam. Scena seksu z  Chloe Sevigny wydaje mi się zbędna. Chociaż zgadzam się z Coppolą, że  przez jej intensywność nikt nie zauważa,iż to tylko wizja… – Też mam poczucie, że to było zbędne. A w „Promises Written in Water” jest jeszcze bardziej skupiony na sobie. Właściwie filmuje głównie siebie, w  zbliżeniach. I powtarza te same kwestie bez końca – Skolimowski kręci głową. Wie, że Gallo stać na więcej.

Polityki nie tykam

Reżyser mówił wielokrotnie, że „Essential Killing" to nie jest film o  wojnie. A jednak musiał o niej myśleć, skoro opowiedział historię o  uciekinierze z amerykańskiego konwoju. Może uda się przekonać go do  jakiejś politycznej deklaracji. – Jaka jest pana opinia o naszym udziale w wojnach w Iraku i Afganistanie? – Polityka mnie nie interesuje. Albo inaczej: sama polityka czy wojna nie jest dla mnie tematem. Natomiast ludzkie doświadczenie – tak – stwierdza. I dodaje: – Nie ma znaczenia, czy mamy jakieś opinie na ten temat. Przecież nikt z nas nie ma na  decyzje polityczne żadnego wpływu. Ostatnio używam metafory, która moim zdaniem doskonale oddaje charakter życia politycznego. Polityka to taka śnieżna kula, która się toczy i która po drodze porywa różne, przypadkowe rzeczy. Nie możemy ani jej zatrzymać, ani zmienić jej toru.

– A jednak w pana filmie mamy do czynienia z doświadczeniem bohatera uwikłanego w wojnę, w politykę… – upieram się. – To jedynie pretekst, by  pokazać człowieka w sytuacji ekstremalnej. Pomysł narodził się, gdy jechałem samochodem wieczorem i tu, w mojej okolicy, wpadłem w poślizg. Niewiele brakowało, a mój samochód, porządny, z napędem na cztery koła, stoczyłby się. Jako że znajdowałem się niedaleko lotniska w Szymanach, na jedynej drodze, która stamtąd prowadzi do Starych Kiejkut, uświadomiłem sobie, że właśnie taka sytuacja mogła się zdarzyć podczas przewożenia więźniów. Bo przecież już wiemy, że samoloty tu lądowały. Gdy przyszło mi to do głowy, natychmiast pomyślałem, że to jest kino.

–  I przystąpił pan do planowania scenariusza, produkcji. Zawsze pan tak szybko działa?

– Lubię pracować szybko. Kiedy wiem, że coś jest tematem, nie ma się nad czym zastanawiać.

Czas na trochę wspomnień: – Tak było z  „Fuchą". Mieszkałem przy Kensington Park. Rano wyszedłem po „Timesa” i  na pierwszej stronie zobaczyłem tytuł „Martial Law In Poland” (Stan wojenny w Polsce). Nie chciałem denerwować rodziny, więc poszedłem na  spacer, by trochę ochłonąć. Po drodze spotkałem ludzi z bagażami, którzy mówili po polsku. Byli wzburzeni, kobiety płakały, nie wiedzieli, co z sobą zrobić. Mieli rano lecieć do Polski, loty odwołano, a oni już wydali wszystkie pieniądze. Zabrałem ich do domu, zrobiłem herbatę i po kilku godzinach telefonowania do polskich znajomych udało mi się ich jakoś rozparcelować u różnych ludzi. Poza panem Gieniem, którego umieściłem na strychu. Potem pan Gienio chciał oglądać wszystkie informacje o Polsce, a ja, by go nie denerwować, łagodziłem ich charakter. Jak zabili górników w Wujku, mówiłem mu: „Były strzały, ale chyba nikt nie jest ranny”. Funkcja, jaką wobec niego spełniałem, zainspirowała mnie do napisania scenariusza. Zresztą polska ekipa remontowa też była prawdziwa – wcześniej przeprowadzała remont mojego kensingtońskiego domu.

Elementy autobiograficzne od początku kariery Skolimowskiego były jego wizytówką. W pierwszych filmach, niemal jak Gallo, filmował głównie siebie i swoje życie. Ale potem coś się zmieniło. – Ta zmiana nastąpiła naturalnie. Jeszcze „Najlepszą zemstą jest sukces" był w jakiś sposób o mnie. Ale kiedyś trzeba przestać być egocentrykiem – rozbrajający uśmiech. Czyżby? W każdym razie, by powstał film „Cztery noce z Anną”, wystarczyła notatka prasowa znaleziona przez żonę. – Oba moje ostatnie filmy mają taką tematykę również dlatego, że  jestem leniwy i chciałem pracować blisko domu. Nie znoszę jeżdżenia na  zdjęcia, mieszkania w hotelach. Nawet te luksusowe potrafią być męczące. Najchętniej w czasie zdjęć mieszkałbym w domu. „Cztery noce z Anną” mi to zapewniły, pierwszy szkic „Essential Killing” – również. Dopiero potem produkcja się rozrosła.

Wajda mnie namówił

Skolimowski powtarzał w wywiadach, że nie nadaje się do pracy zespołowej. Scenariusze ostatnich dwóch filmów napisał z żoną Ewą Piaskowską, ich współproducentką. – Więc umie pan działać w teamie? –  Mamy wypracowane zasady. Doskonale się uzupełniamy. Ja pracuję w dzień, Ewa jest nocnym stworzeniem. Często ja coś wymyślam, potem ona wieczorami to pisze, następnego dnia ja znowu poprawiam, zmieniam – mówi reżyser. – Podobnie pracowałem z Polańskim przy „Nożu w wodzie". Pisaliśmy scenariusz cztery noce. W dzień miałem egzaminy do szkoły filmowej. Nie bardzo nawet miałem świadomość, co się dzieje podczas tych dwutygodniowych, wieloetapowych eliminacji. A tymczasem z ponad stu kilkudziesięciu osób, które przystąpiły do egzaminów, przyjęto cztery, w  tym mnie. A poszedłem tam trochę z ciekawości. To Wajda mnie namówił.

Dość niefrasobliwe podejście do decyzji, która miała zaważyć na całym życiu. Ale Skolimowski nie tylko teraz emanuje spokojnym przekonaniem o własnym talencie. Zapewne wtedy było tak samo. Nie miał kompleksów, gdy poszedł do szkoły filmowej, a nawet wymyślił rewolucyjny sposób na jej ukończenie. – Jak pan wpadł na pomysł zrealizowania pierwszego pełnometrażowego filmu jeszcze podczas studiów? – To był wynik prostej kalkulacji. Byłem najmłodszym członkiem Związku Literatów Polskich, wydałem dwa tomiki wierszy, napisałem sztukę. Jeden mój scenariusz „Niewinni czarodzieje" już został zrealizowany, z Polańskim napisałem drugi. Tymczasem po pięcioletniej szkole zostałbym najpierw asystentem asystenta, potem asystentem, wreszcie drugim reżyserem. Zadebiutowałbym po jakiś dziesięciu latach. To mi się nie bardzo podobało. Więc postanowiłem robić film po kawałku. Napisałem zarys scenariusza. Obsadziłem się w głównej roli, więc aktora miałem pod ręką. – Aktorkę również. Elżbieta Czyżewska była pana dziewczyną. – Właśnie. Wystarczyło tylko korzystać z okazji, kiedy był dostęp do kamery. Tak powstał „Rysopis”.

Od pana reżysera

Skolimowski wrócił do Polski po latach. Ostatnio mieszkał w Malibu nad oceanem. Mazury to nie Kalifornia, ale okolica, w której zamieszkał, jest wyjątkowo piękna. Tymczasem obraz Polski w jego ostatnich filmach jest radykalny, brutalny. Dlaczego? Reżyser zamyśla się, poważnieje. –  Polska jest smutna. Im dalej od mojego domu, tym gorzej. Tutaj w okolicy jeszcze wiem, kto jest kto, co wszystko oznacza. W Warszawie jestem rozdrażniony. Ostatnio myślę o Brazylii. Dlaczego? – Coś pani pokażę –  wraca z kuchni z dwoma zielonymi owalnymi owocami wielkości melonów. –  Wie pani, co to jest? Awokado! Przynajmniej pięć razy większe od tych u  nas. Tam jest tak z wszystkim!

Przekonujący argument. – Pojechaliśmy ostatnio z żoną do Rio na festiwal filmowy, na którym „Essential Killing" miało bardzo dobre przyjęcie. I spotkałem przyjaciela, Mikę Kaurismäkiego. To w jego filmie „L.A. Without a Map” zagrałem kiedyś z Gallo. Dwadzieścia lat temu też przyjechał do Brazylii na festiwal filmowy i już został. Chyba go rozumiem. Tam wszystko jest jaśniejsze, radośniejsze. Widziała pani, co się działo w Chile wokół zasypanych górników? Oni wszystko znoszą z godnością, nie tracą nadziei i potrafią się cieszyć, kiedy odniosą sukces. U nas taka sytuacja spowodowałaby histerię, rozdzieranie szat.

– Mają więcej słońca. A my więcej zimy. Pan chyba bardziej pasuje do naszych warunków. Porozmawiajmy o najbardziej dramatycznej scenie w „Essential Killing".

Znowu uśmiech. – O tej scenie? Nie chciałbym o niej zbyt wiele mówić. Wolałbym, by widzowie zobaczyli ją bez uprzedzenia. Tak, były dyskusje o  tym, czy powinna się znaleźć w filmie, ale wydawało mi się, że jeśli opowiadamy o człowieku w skrajnej sytuacji, to muszą go spotykać ekstremalne rzeczy.

– A pan lubi mocne doświadczenia? Przypomina mi się historia o nartach z Polańskim w Alpach, którą opisał we wspomnieniach Gene Gutowski. Nie bał się pan, gdy jechał na jeden z najtrudniejszych stoków z nartami, których nie miał pan nigdy na nogach? – Nieprawda. To  nie był pierwszy raz. Pierwszy raz jechałem na nartach w Zakopanem. Miałem 16 lat i grałem w pokera. A w tamtych czasach nie było lepszego miejsca na pokera niż Zakopane – wspomina. I puszcza oko. – Grało się o  wszystko. Miałem partnera. Razem dokonywaliśmy drobnych oszustw podczas gry, dając sobie znaki. Niestety, pewnego razu trafiliśmy na lepszych od  nas. Przegraliśmy wszystko. Nawet mieliśmy jakieś długi. Pojawiła się potrzeba szybkiego zarobienia pieniędzy. I wtedy zobaczyliśmy ogłoszenie, że szukają statystów do filmu. Okazało się, że to Munk kręci „Pasażerkę". Zgłosiłem się. Zapytali mnie, czy uprawiam sport, więc powiedziałem, że boksuję. O narty nie pytali. Okazało się, że mam dublować Krzysztofa Janczara zjeżdżającego na nartach. Miałem wjechać za  stodołę, zza której już wyjechałby Janczar. Więc przypiąłem deski, stanąłem na górze, ruszyłem, nabrałem szybkości i oczywiście minąłem tę  stodołę. Zatrzymałem się dopiero na dole na światłach, które poprzewracałem. Munk stanął nade mną i zapytał: „A który raz masz na  nogach deski?”. „Pierwszy” – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Rozbawiłem go, a potem się zaprzyjaźniliśmy.

Teraz zdjęcia. Skolimowski z  profesjonalną cierpliwością daje się ustawiać we wszystkich wymyślonych przez Maksymiliana miejscach. Bufon też chce być w kadrze. Ma  doświadczenie, bo grywał już w filmach. Więc ostatecznie jest. W końcu odprowadzają nas do samochodu. Dowiadujemy się jeszcze, że mamy koniecznie zjeść obiad w karczmie w Burdągu. Tylko kilkanaście kilometrów dalej. W karczmie, zgodnie z nakazem, powołujemy się na  Jerzego Skolimowskiego. Właściciel patrzy na nas chwilę. – A, od pana reżysera! Oczywiście – woła. Za chwilę przychodzi jeszcze do naszego stolika: – Wszyscy jesteśmy zadowoleni z tej nagrody, wie pani?

Okładka tygodnika WPROST: 43/2010
Więcej możesz przeczytać w 43/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0