Numer 43 patrzy wstecz

Numer 43 patrzy wstecz

„Robi mi się niedobrze” zawsze, kiedy pomyślę, że w Iraku nie udało się znaleźć broni masowego rażenia – pisze George W. Bush w swojej książce „Punkty zwrotne” („Decision Points”). Jednak swoje najważniejsze decyzje uważa za słuszne.
"Kurde, pewnie" („Damn right") – odparł Bush zapytany, czy uczynił słusznie, podejmując decyzję o przytapianiu (waterboarding) Khalida Sheikha Mohammeda. „Pewnie, że procedury były ostre, ale eksperci medyczni zapewniali, że nie wywołają trwałego kalectwa” – podkreśla były prezydent. Okazały się również „bardzo efektywne”, bo aresztanci ujawniali „wiele informacji”. Najtrudniej było złamać właśnie Mohammeda, lecz „kiedy już pękł, ujawnił bardzo wiele”.

Bush twierdzi, że w sumie autoryzował waterboarding trzech podejrzanych. Ta metoda śledcza polega na unieruchomieniu delikwenta głową w dół i laniu mu wody do gardła bądź na szmatę, którą obwiązana jest twarz. Osoba przesłuchiwana ma wrażenie, że się topi. „Zrobiłbym to ponownie, by ocalić życie ludzi" – pisze Bush.

Były prezydent w wywiadach udzielonych tuż po opublikowaniu książki mówi, że nie interesuje go to, czy ludzie go lubią, czy nie. Najwyraźniej nie jest mu jednak obojętne, co będą o nim i o jego prezydenturze sądzili potomni. I dlatego Bush broni swych najważniejszych politycznych decyzji. Podkreśla, że były one „oczywiście słuszne". Nawet jeśli uważa, że popełnił błędy, to przekonuje, że w  każdym wypadku były to potknięcia na słusznej drodze.

Nie ma wątpliwości w sprawie słuszności ataku na Irak. „Mimo całej tej dyskusji, która potem nastąpiła, Ameryka jest bezpieczniejsza bez morderczego dyktatora dążącego do posiadania broni masowego rażenia i wspierającego terror w  sercu Bliskiego Wschodu". Żałuje tylko jednego: że nie zareagował „szybciej i bardziej zdecydowanie, kiedy sytuacja po upadku reżimu Saddama zaczęła się pogarszać”. Poza tym zawsze kiedy pomyśli, że w  Iraku nie udało się znaleźć broni masowego rażenia, „robi mu się niedobrze”.

Kwestia więzienia podejrzanych o terroryzm w Guantanamo? Bush podkreśla, że każdy jeniec dostał „własny egzemplarz Koranu" i miał dostęp do biblioteki z tak interesującymi pozycjami jak „arabskie tłumaczenie >Harry’ego Pottera<”.

Sprawa tortur więźniów w Abu Ghraib? Sekretarz obrony Donald Rumsfeld „powiedział mi o raportach armii na temat nadużyć w więzieniu, ale nie miałem pojęcia, jak drastyczne i kuriozalne okażą się te zdjęcia. (...) Pierwszy raz zobaczyłem je, kiedy zostały pokazane w programie ?60 minut?". Motyw zaskoczenia przewija się przez całą książkę, szczególnie w kontekście zapaści gospodarczej roku 2007. „Zaskoczył nas kryzys finansowy, który dojrzewał przez ponad dekadę” – przyznaje Bush. Prezydent bywał więc zaskakiwany i bywało, że popełniał pomyłki, ale  nigdy nie były to jego zdaniem zasadnicze błędy.

Sami swoi

W większości wydanych dotychczas książek na temat poprzedniej administracji autorzy – czy to jej byli członkowie, czy dziennikarze –  charakteryzowali sposób podejmowania decyzji przez Busha jako pełną improwizację. Richard N. Haass, dawny dyrektor do spraw planowania strategicznego w Departamencie Stanu, twierdzi, że prezydent, idąc na  wojnę z Irakiem, nie opierał się na żadnych analizach potencjalnych strat i zysków. Od wiedzy i doświadczenia bardziej cenił lojalność. „Punkty zwrotne" potwierdzają te opinie. Bush, który określa się często mianem „decydenta” („decider”), przy ocenie kandydatów na stanowiska w  administracji kierował się ich „charakterem i osobowością”, by stworzyć „środowisko, w którym najwyższą wartością była lojalność – nie wobec mnie, ale wobec kraju i naszych ideałów”.

Choć próbuje się zaprezentować jako przywódca stanowczy i zdecydowany, fakty, o których opowiada, zdają się raczej świadczyć o pasywności połączonej z dziwną nonszalancją. Kiedy pogarszała się sytuacja w Iraku, trwały ciągłe wojny podjazdowe między Departamentem Stanu a aroganckim sekretarzem obrony Rumsfeldem, w  2004 r. Bush postanowił go wymienić. Nie potrafił jednak znaleźć następcy. W Iraku działo się zatem coraz gorzej, aż ostatecznie w 2006 r. kilkunastu emerytowanych generałów zwróciło się do Busha z prośbą o  wyrzucenie Rumsfelda.

„Choć rozważałem możliwość zmiany personalnej, za nic nie mogłem pozwolić, by grupa generałów wpuszczała mnie w wymianę cywilnego sekretarza obrony. Wyglądałoby to  jak przewrót wojskowy i stanowiło katastrofalny precedens". Rumsfeld zatem został, póki dawny kolega prezydenta ze studiów nie podsunął mu kandydatury Roberta Gatesa. „Dlaczego nie pomyślałem o Bobie?” –  zastanawia się Bush.

Najpotężniejszy wiceprezydent w historii USA Dick Cheney przez liberalnych komentatorów uznawany był nie tylko za szarą eminencję Białego Domu, lecz także za złego ducha Busha. Nawet ludzie sympatyzujący z prezydentem uważali, że jego zastępca jest bezduszny i  ma negatywny wpływ na politykę Białego Domu. Bardziej cyniczni twierdzili, że nieważne, jaki jest, ale psuje wizerunek szefa. Bush ujawnia w „Punktach zwrotnych", że kiedy niewygodny wice złożył ofertę rezygnacji, przez pewien czas poważnie ją rozważał: „Przyjęcie propozycji byłoby demonstracją, że to ja rządzę. (...) Ale im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej byłem przekonany, że powinien zostać. Nie  wybrałem go, żeby zapewniał mi popularność, tylko aby pomagał. I to właśnie robił”. „Miło mi zakomunikować, że jesteśmy przyjaciółmi po dziś dzień” – podsumowuje.

Nie ma mocnych

Bush nie ukrywa swoich problemów z alkoholem w latach 70. i 90. Wspomina, że pijąc, tracił kontrolę i robił rzeczy, których później żałował, czasem latami. Potem jednak uznał, że woli bliskość Boga niż  flaszki, i przestał. Przytacza parę anegdotek ilustrujących, co się działo, nim odnalazł wiarę. Kiedyś podczas obiadu w rezydencji rodziców spytał ich przyjaciółkę: „No i jak to jest z seksem po pięćdziesiątce?". Na tyle głośno, że pytanie usłyszeli wszyscy goście i przy stole zapadła głucha cisza. George zebrał wówczas cięgi nie tylko od rodziców, ale  również od żony. Obrażona dama przyjęła jednak przeprosiny, a kiedy Bush skończył 50 lat, napisała do niego krótki liścik: „Drogi Panie Gubernatorze, i jak brzmi odpowiedź?”.

A co z błędami Busha, tymi popełnionymi już zupełnie na trzeźwo? Były prezydent uważa, że popełnił „wielki błąd", nie reagując na huragan Katrina i nie pojawiając się natychmiast w Nowym Orleanie. Przypomnijmy: Katrina wdarła się na ląd w  poniedziałek 29 sierpnia 2005 r. Bush spędzał wówczas wakacje na swoim teksańskim ranczu i mimo alarmujących informacji został w Crawford do  środy. We wtorek rozegrał jeszcze partyjkę golfa i pośpiewał przy grillu z piosenkarzami country. Wracając do Waszyngtonu, kazał przelecieć pilotowi nad Luizjaną, Alabamą „Barney upatrzył sobie trawnik sąsiadów, po czym szybko załatwił tam swoją potrzebę. I oto ja, były prezydent Stanów Zjednoczonych, z  plastikową torebką w ręku podnoszę z ziemi to, czego przez osiem lat unikałem” i Mississipi. Fotografia prezydenta zerkającego od niechcenia przez małe okienko boeinga obiegła cały świat.

Komentatorka Arianna Huffington pisała: „To doskonały symbol całej jego prezydentury. Bierny, nieporuszony, obojętny, woli przypatrywać się cierpieniu – czy to  wywołanemu wojną w Iraku, czy huraganem – z dystansu. W tym wypadku 2,5 tysiąca stóp". Bush zgadza się, że źle rozegrał sprawę: „Powinienem był powiedzieć: A) nie róbcie mi zdjęć, B) lądujemy w Baton Rouge, niedaleko Nowego Orleanu. Następne miejsce, w którym powinienem być widziany, to  sztab antykryzysowy w Waszyngtonie. Popełniłem błąd”.

Za „najgorszy moment" swojej prezydentury uważa wypowiedź rapera Kanye’a Westa podczas telewizyjnej zbiórki pieniędzy na rzecz ofiar Katriny: „George Bush nie  lubi czarnoskórych”. Bush: „Po pięciu latach nadal trudno mi pisać te  słowa bez obrzydzenia”. Impertynencja rapera to najbardziej wstrząsające wspomnienia Busha o tragedii, podczas której wskutek nieudolności rządu zginęło co najmniej 1836 osób. Nie tylko West był zdania, że prezydent nie dba o ofiary powodzi. Katrina obnażyła przepaść dzielącą białych i  czarnych obywateli USA. Murzyni żyją z dnia na dzień, nie mają oszczędności i jak stwierdził ówczesny senator Barack Obama: „Nie mogli zapakować rodzin do samochodu, zatankować benzyny za sto dolarów i  zameldować się w hotelu przy użyciu karty kredytowej”. Rząd ogarnięty obsesją na tle terroryzmu zapomniał zaś o walce z żywiołami, które regularnie zagrażają Ameryce.

„Najgorszy moment" był zarazem momentem przełomowym. To był początek gwałtownego spadku poparcia, którego prezydent już nigdy nie odzyskał. Niemniej Biały Dom opuścił w pełni usatysfakcjonowany, że „zawsze robił to, co uważał za słuszne”. Za swoje „najbardziej znaczące osiągnięcie” uważa uniknięcie ponownego ataku na skalę 11 września. Teraz w pełni satysfakcjonuje go „zwykłe życie”.

Prezydent zbiera kupę

„Punkty zwrotne" napisane są językiem pozbawionym ozdobników. Bush pisze tak, jak mówi, krótkimi, jednoznacznymi zdaniami, które mają wyrażać proste koncepty i przekonanie o ich słuszności. Narrator to zwykły facet, który para się polityką, bo Bóg tak chciał. Książka nie zawiera żadnych nieznanych dotychczas faktów ani argumentów, których autor nie  używałby, sprawując urząd.

Największą zaletą publikacji jest to, że do  pewnego stopnia pokazuje, jak ogromne znaczenie w polityce państwa odgrywają prywatne stosunki między ludźmi, którzy ją kształtują. Jeśli miała zmienić ocenę prezydentury Busha przez Amerykanów, to raczej nie  spełni swojej funkcji. Amerykanie nie uznają nagle, że Bush był świetnym prezydentem, choć – to prawda – przypomną sobie w sumie sympatycznego, dobrodusznego i miłego gościa, który tę funkcję sprawował. Jak ujął to  reporter „The New York Times": „pół urwisa, pół fajtłapę, wiecznego chłopaka z bursy, beztroskiego dowcipnisia spędzającego popołudnia w  siłowni, a weekendy na drzemce”.

Prezydent nie zgadza się z tym opisem. Zapewniał kiedyś: „Wiem, w co wierzę. Nadal będę głosił to, w co wierzę, i to, w co wierzę – wierzę, że wierzę, że jest słuszne" („I know what I  believe. I will continue to articulate what I believe and what I believe – I believe what I believe is right”). Głębią refleksji nadal nie  powala. Książkę kończy opowieścią o tym, jak wkrótce po przeprowadzce do  Dallas zabrał na poranny spacer psa. „Barney upatrzył sobie trawnik sąsiadów, po czym szybko załatwił tam swoją potrzebę. I uderzyło mnie, że oto ja, były prezydent Stanów Zjednoczonych, z plastikową torebką w  ręku podnoszę z ziemi to, czego przez osiem lat unikałem”.

43. prezydent Stanów Zjednoczonych dawał i daje wiele powodów do żartów i kpin. Jego wysiłki, by historycy przychylnym okiem spojrzeli na jego prezydenturę, dziś mogą się wydawać bezowocne. Ale jak będzie za kilkadziesiąt lat? Harry Truman opuszczał Biały Dom ze słabymi notowaniami i fatalną opinią. Dziś mówi się o nim jako o całkiem dobrym prezydencie. Czy tak samo będzie z Bushem? Tym razem nie zdecyduje decider. Zdecydują inni.

Autor jest korespondentem Radia Zet

Okładka tygodnika WPROST: 47/2010
Więcej możesz przeczytać w 47/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także