Tajne przez poufne

Tajne przez poufne

Prezydent Obama obiecał powrót do normalności po epoce Busha. Najnowsze odkrycia portalu WikiLeaks dowodzą jednak, że zajadle krytykowane pomysły poprzednika okazały się całkiem pociągające. Może i są trochę nieetyczne, ciut niedemokratyczne, ale za to jak ułatwiają życie!
Szok? Skandal? Otóż niekoniecznie. Określenia typu „nagi cesarz" Sarkozy, „teflonowa" Merkel czy „Batman” Putin – używane przez amerykańskich dyplomatów, a wydobyte na jaw w ostatnich dniach przez specjalizujący się w przeciekach serwis internetowy WikiLeaks – to przecież w dzisiejszych czasach poppolityki raczej komplementy niż powód do obrazy. Ujawnione depesze Departamentu Stanu nie zawierają żadnych wstrząsających sekretów, których nie odkryliby wcześniej dziennikarze korzystający z tradycyjnych źródeł. Z czego więc wynika zamieszanie, którym właśnie żyje cały świat? Głównie z tego, że urzędowo potwierdzone zostało to, co wszyscy wiedzą albo podejrzewają.

Powszechnie wiadomo, że politycy kłamią, problem w tym, jak ich na kłamstwie przyłapać. Szef WikiLeaks Julian Assange dostarczył dziennikarzom gotowy wykaz cytatów na każdą okazję. Kiedy George W. Bush, promując nową książkę, przekonuje, że „świat jest lepszym miejscem bez Saddama Husajna" i zdanie to podzielają „wszyscy bliskowschodni przywódcy", można przytoczyć słowa króla Jordanii Abdullaha: „Wojna podała Irak Iranowi jak dar na złotej tacy”. Gdy polscy dyplomaci twierdzą, że dzięki twardej postawie wytargowali od Amerykanów tarczę antyrakietową w kształcie korzystniejszym dla Polski niż pierwotny, warto sięgnąć po depeszę „MOSCOW 001111 sygn. VZCZCXRO 2069” wysłaną z ambasady USA w Moskwie 29 kwietnia 2009 roku. Dowodzi ona, że rozgrywka toczyła się wyłącznie między USA a Rosją. Obama proponował nawet Miedwiediewowi rezygnację z tarczy w Europie Wschodniej w zamian za skłonienie Iranu do wyrzeczenia się broni jądrowej. Ambasador USA pisze, że rosyjski minister Siergiej Ławrow odrzucił taką opcję. 

Jego ekscelencja szpieg

W lawinie plotkarskich lub potwierdzających to, czego wszyscy się domyślali, depesz jest też garstka naprawdę kompromitujących dla USA. Z okólników podpisanych przez Condoleezzę Rice i Hillary Clinton w latach 2008-2009 wynika, że amerykańscy dyplomaci mają obowiązek zbierać „humint" (w szpiegowskim slangu: „human intelligence"), czyli dane osobowe zagranicznych polityków i informacje dotyczące ich pracy. M.in. numery telefonów, faksów, kont bankowych, kart kredytowych, a także adresy e-mailowe, internetowe loginy i rozkłady zajęć, np. zapisane w organizerach. Zdaniem ekspertów zainteresowanie Departamentu Stanu tymi danymi świadczy o zamiarze objęcia zagranicznych dyplomatów ścisłą obserwacją, włącznie z włamywaniem się do ich komputerów i podsłuchiwaniem rozmów telefonicznych. Co to oznacza w praktyce? Że polski wiceminister nie może zjeść obiadu z ambasadorem USA, bo jeśli będzie musiał pójść z toalety, Amerykanin wyciągnie mu portfel i spisze numery kart kredytowych? A co się stanie, jeśli zaprosi jego ekscelencję do domu? Dostojny gość zacznie grzebać po kryjomu w szafach?

Gromadzeniem niejawnych informacji zajmuje się tradycyjnie i otwarcie Centralna Agencja Wywiadowcza. Nie jest tajemnicą, że rząd USA umieszcza agentów wywiadu w każdej ambasadzie i tak samo postępują wszystkie inne kraje. Niepisany obyczaj gwarantował jednak, że pracownicy Departamentu Stanu działalnością stricte wywiadowczą, czyli wykradaniem tajemnic gospodarzy, się nie parają.

Prezydent Obama obiecał powrót do normalności po epoce Busha, a tutaj mamy kolejny dowód, że zajadle krytykowane pomysły poprzednika okazały się całkiem pociągające. Może i są trochę nieetyczne, ciut niedemokratyczne i niezgodne z prawem międzynarodowym, ale za to jak ułatwiają życie!

Kpiny i biadania

Amerykańscy komentatorzy w zasadzie podzielili się na dwa obozy. Pierwsi bagatelizują przeciek, drudzy są oburzeni. Oczywiście nie na rząd, tylko na WikiLeaks. To reakcja typowo amerykańska. Kiedy biją naszych, media nie mają wątpliwości, po czyjej stronie jest słuszność. Refleksja przychodzi później.

Publicysta „The Washington Post" Dana Milbank pisze: „Spójrzmy na plusy sytuacji: gdzieś w szeregach korpusu dyplomatycznego kryje się literacki geniusz. Jego tajny wkład do kanonu nosi niezbyt obiecujący tytuł »MOSCOW 009533«. Podtytuł »Kaukaskie wesele« jest już bardziej pikantny. W 3,4 tys. słowach, nieustępujących powieściom Grahama Greene’a, anonimowy autor depeszy z Moskwy opowiada, jak ślub brał syn Gadżiego Machaczewa – szefa firmy naftowej i członka Dumy". Czytamy o: dojeździe na imprezę rolls-royce- ’em phantomem należącym do Gadżiego („wyciągnięcie nóg utrudniał kałasznikow spoczywający na podłodze”), uczcie weselnej („dzień i noc kucharz gotował w olbrzymim kotle całe owce i krowy, rzucając na stół kawały tuszy za każdym razem, gdy ktoś wchodził do jadalni”) i rozrywkach („główną atrakcją wieczoru miał być syryjski piosenkarz Awraam Russo, ale nie mógł dojechać, bo kilka dni wcześniej go zastrzelili”). Prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow „tańczył ospale ze złoconym pistoletem wciśniętym za pasek dżinsów” i dał młodej parze w prezencie „bryłę złota ważącą pięć kilo”. Potem zrobiło się niebezpiecznie, bo „pułkownik siedzący obok, pijany w sztok, poczuł się urażony, gdy nie chcieliśmy, by lał nam koniak do wina”. „Przeciek był może i nielegalny, lecz ukrywanie przed światem »Kaukaskiego wesela« stanowiłoby zbrodnię” – kończy Milbank.

Redakcyjna koleżanka Milbanka, Anne Applebaum uważa z kolei, że akcja WikiLeaks podjęta w imię wolności słowa, wolność tę ograniczy. „Nie należy się spodziewać lepszych rządów, tylko głębszych sekretów. Czy ambasador USA w kraju X przedstawi Waszyngtonowi szczerą ocenę prezydenta X, wiedząc, że zostanie wydrukowana w jutrzejszej gazecie? Czy obcy przywódca powie amerykańskiemu dyplomacie, co naprawdę myśli o prezydencie Iranu, wiedząc, że jego opinię może ujawnić WikiLeaks? Wkrótce już tylko przywódcy autorytarni będą rozmawiali z sobą bez ogródek".

Redakcja „The New York Times", który dostał od WikiLeaks komplet wykradzionych depesz, stoi na stanowisku, że ujawnienie dokumentów „leżało w ważnym interesie publicznym, ponieważ rzucają one światło na cele, sukcesy, kompromisy i frustracje amerykańskiej dyplomacji jak żadne inne źródła". O interesie w postaci wzrostu nakładu nie wspominając.

Zbrodnia i kara

Jaki będzie zakres i rozmiar zniszczeń? Tego na razie nie wie nikt. WikiLeaks ujawnia depesze w tempie 80 na dobę. Dziennikarze gazet, które uzyskały dostęp do całości materiałów, czyli – poza „The New York Times" – „Guardian", „Spiegel”, „Le Monde” i „El Pais”, pracują szybciej, lecz sortują informacje zgodnie z zainteresowaniami swoich czytelników. Przedstawiciele administracji zapewniają, że amerykańska polityka jest przejrzysta i żadne knowania nie wyjdą na jaw, co najwyżej zobaczymy nieco więcej pomyj z dyplomatycznej kuchni. Faktycznie, o ile dokumenty Pentagonu ujawnione przez WikiLeaks w kwietniu i lipcu szokowały opisami tortur, doniesieniami o plutonach śmierci i mordowaniu cywilów, o tyle obecny przeciek to tylko gadanina. Ale z gadaniny tej, depesza po depeszy, wyłania się coraz wyraźniej obraz starzejącego się mocarstwa. Nadal dzieli i rządzi, ale powoli traci kontrolę nad światem, który po zakończeniu zimnej wojny przestał być dwubiegunowy: skomplikował się, rozczłonkował. Depesze pokazują, jak krucha jest równowaga tego świata. Jak wiele zależy od neurotyków i zwykłych bandziorów przez przypadek rządzących całymi państwami, przy wsparciu „najwspanialszej demokracji świata”, która nie ma wobec nich alternatywy.

Departament Stanu odłączył swoją sieć komputerową od ogólnorządowego systemu SIPRNet, z którego depesze wykradł szeregowiec Bradley Manning. Departament Sprawiedliwości zastanawia się, czy założyciela WikiLeaks Juliana Assange’a można osądzić w USA pod zarzutem szpiegostwa. Interpol wpisał go na listę najbardziej poszukiwanych przestępców w związku z zarzutami dotyczącymi gwałtu stawianymi przez dwie Szwedki. Nie jest wykluczone, że jeśli policja złapie Assange’a, a zarzuty się nie potwierdzą, zostanie przekazany USA. A prawo amerykańskie chadza krętymi ścieżkami. Z oskarżenia wytrychu „zmowa przestępcza" („conspiracy to commit a crime"), które najłatwiej udowodnić, można dostać sto albo nawet dwieście lat.

Afera dopiero się rozkręca i wiele przed nami. Jakiegoś kozła ofiarnego na pewno trzeba będzie znaleźć, bo każdy grzech publiczny musi odkupić publiczna ofiara. Choć może światu i Ameryce wystarczy złożenie w ofierze za przeciek jego twórcy.

Okładka tygodnika WPROST: 50/2010
Więcej możesz przeczytać w 50/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0