Świąteczna okazja

Świąteczna okazja

Premier Donald Tusk, gdy ma pustą kasę, zawsze napada na ten zamek w królestwie, który jest najsłabiej broniony.
Okazja to zjawisko, które już od dawna w przyrodzie nie występuje i pewnie dlatego tak żywo na nią reagujemy. Okazja jest jak wymarły przed laty gatunek egzotycznych zwierząt, o którym ciągle tylko czytamy w gazetach. Jak mówi stare, tajne powiedzonko ludzi uodpornionych na urok sprzedawców używanych samochodów, jeśli ktoś zapewnia cię, że kupno wskazanego auta to niebywała okazja, to ten ktoś na pewno chce cię oszukać. Okazja w perlistych ustach sprzedawców to zawsze coś, co u konkurencji jest drogie, w złym kolorze i bez gwarancji, a u nas jest tańsze, lepsze, większe i bardziej opłacalne, bo w wybranym pakiecie i z superdodatkiem oraz bezpłatnym dowozem do domu. Okazje zmieniają się w zależności od epok historycznych. To, co w jednej epoce jest okazją, w drugiej może być pechem, o czym wie nie tylko Zbigniew Chlebowski.

Dawno temu, gdy straż na zamku opiła się miodu, była to doskonała okazja dla konkurentów, by napaść na zamek, a tym samym podreperować swój budżet przed świętami. Rabunki i gwałty przez stulecia były świetną okazją do łatania dziur w państwowych skarbcach i tak jest do dzisiaj. Oczywiście, są pewne różnice. Gdy książę Mieszko I miał pustą kasę, wiedział dokładnie, kogo złupić. Zwykle byli to Niemcy lub Czesi. Gdy premier Donald Tusk ma pustą kasę, zawsze napada na ten zamek w królestwie, który jest najsłabiej broniony, np. na fundusze emerytalne.

Jakie czasy, takie okazje. W PRL okazje w sklepach się nie trafiały, bo i tak ludzie brali wszystko, co rzucili na rynek. Hasło „promocja" czy „obniżki cen" występowało w jakiejś szczątkowej formie i zwykle przybierało kształt mało atrakcyjnej przeceny. Okazją nazywano wówczas jedynie darmowy środek transportu. Zabrać się okazją do Suwałk znaczyło tyle, co załapać się na podwiezienie czyimś autem. Dziś wyjazdowa okazja to zwykle promocyjny wyjazd w dalekie, egzotyczne miejsce. Głośno ostatnio było o pewnym frajerze z Wałbrzycha , który miał okazję wyjechać darmowo na Dominikanę, a przy okazji załatwić sobie i żonie posadę, co obiecywał w kwiecistej mowie niezwykle pomocny ludziom senator Platformy Obywatelskiej Roman Ludwiczuk. Niestety, ów nierozsądny obywatel nie tylko nie skorzystał z okazji, ale też nagrał Ludwiczuka na taśmę i tym samym pozbawił Platformę cennego senatora.

Mówi się, że okazja czyni złodzieja. I to jest prawda, bo jak można ukraść, to większość skorzysta. Skoro okazja czyni złodzieja, to co czyni okazję? Najlepsze okazje mają zawsze władza i służby specjalne. Taką okazją miał być zapewne agent Tomek, słynny idol z CBA, który nadskakiwał posłance i celebrytce tak bardzo, że ich randki skończyły się najpierw interwencją facetów w kominiarkach i oskarżeniami korupcyjnymi, a obecnie serią ckliwych książek.

Dziś nawet totalny niewypał policyjno-szpiegowsko-procesowy jest okazją do napisania o tym książki. Pech agenta Tomka i jego nadmuchane sukcesy potwierdzają dzisiejszą mizerię tej służby. Od dłuższego czasu oficerom CBA udało się złapać co najwyżej anginę. Tymczasem nagrania z okazyjnymi propozycjami senatora Ludwiczuka potwierdzają, że obecnie korupcja na szczytach władzy jest jak małe dziecko, które na witaminach Platformy szybko rośnie.

Czas świątecznych wyścigów po prezenty to raj dla wszystkich strategów mamiących nas okazjami. W tym pędzie wielu z nas, oślepionych gwiazdką z nieba, bierze kredyty konsumpcyjne, których odległość od okazji jest większa niż jazda zaspanym pociągiem PKP ze Skierniewic na Marsa. Ludzie, którzy zatrudniają się jako święci mikołaje w hipermarketach, twierdzą, że gdy na zapleczu młoda śnieżynka ściągnie majtki, to hasło „świąteczna okazja" dopiero wówczas ma coś wspólnego z prawdą, ale zdarza się to niezwykle rzadko i tylko po wypłacie.

Okładka tygodnika WPROST: 51/2010
Więcej możesz przeczytać w 51/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także