Kultura 2010

Kultura 2010

„Kapuściński non-fiction”, „The social network”, nowa płyta Kanye Westa. Jeśli tego nie czytaliście, nie widzieliście, nie słyszeliście, musicie szybko nadrobić zaległości. Bo zdaniem naszych recenzentów w kulturze w mijającym roku nie zdarzyło się nic ważniejszego.
FILM
Ocenia JACEK RAKOWIECKI
Redaktor naczelny "Filmu"

Podsumuj rok 2010 w polskich kinach – powiedzieli. Ułóż własną listę 10 najlepszych filmów. Czyli „zrób to", czego nie cierpię. Poza przypadkami ewidentnymi trudno mi wyrokować: ten obiektywnie świetny, ten skończenie zły. Bo wiem, że najtrudniej wymądrzać się o gustach i że ten sam film może nam się jednego dnia spodobać, a innego nie. Poza tym jedni w  filmach szukają głównie odpoczynku i rozrywki, inni w pogardzie mają komedie czy melodramaty, bo ich zdaniem liczy się tylko kino trudne i  nowatorskie. Dlatego wcale nie muszą państwo przejmować się tą listą. Wykorzystajcie ją, żeby się pośmiać albo oburzyć. Albo – co byłoby najlepsze – żeby spróbować do któregokolwiek z tych filmów dotrzeć, w  telewizji bądź na DVD. Są bowiem filmy, które warto mieć na półce i  wracać do nich jak do starego przyjaciela. W 2010 roku kilka takich też się nam przydarzyło. Oto one – alfabetycznie.

„Autor widmo" Romana Polańskiego
„Doktryna szoku" Michaela Winterbottoma
„Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego
„Incepcja" Christophera Nolana
„Joanna" Feliksa Falka
„Prorok" Jacques’a Audiarda
„Prosta historia o miłości" Arkadiusza Jakubika
„The Social Network" Davida Finchera
„Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha
„Wyjście przez sklep z  pamiątkami" Banksy’ego

Dziwna lista? Owszem, nie ma na niej np. „Avatara" Jamesa Camerona, bo  uważam ten film jedynie za efektowną technicznie, ale wtórną opowieść, choć skądinąd tematy s.f. i fantasy bardzo lubię. Z pewnym wahaniem umieściłem za to „Incepcję", bo też – poza technicznymi efektami – nie  rzuciła mnie na kolana. Jednak stawia ona dużo ciekawsze pytania o  ludzką kondycję niż infantylne rozważania Camerona o matce Ziemi.

Są za  to na liście aż trzy filmy polskie, co może wzbudzić śmiech pusty tych, którzy uważają nasze kino za nieciekawe. Za „Joanną" przemawia prostota rangi greckiej tragedii wypływająca z tematu: myślenie schematami prowadzi do napiętnowania za niepopełnione winy. A także wielka kreacja Urszuli Grabowskiej, dla niej samej warto ten film obejrzeć. „Prosta historia..." z kolei to najinteligentniejsza u nas od lat zabawa formą, konwencją, cytatem i pastiszem; film dowcipny i lekki prawie jak dobra komedia romantyczna, a równocześnie pozwalający na analityczne zabawy erudycyjne. Do tego koncert gry aktorskiej tercetu Aleksandra Popławska – Rafał Maćkowiak – Bartłomiej Topa.

Trzecia z polskich produkcji, „Wszystko, co kocham", to bardzo udany film formacyjno-inicjacyjny, umiejscowiony w tym momencie polskiej historii, który wciąż wywiera ogromny wpływ na naszą społeczną świadomość. To swego rodzaju postscriptum albo cdn. do „Człowieka z żelaza". Ale też po prostu urocza historia pierwszej miłości wzruszająco odegrana przez Olgę Frycz i  Mateusza Kościukiewicza. Wszystkie pozostałe filmy zagraniczne na liście – zauważyłem to właściwie dopiero po ich wyborze – dotyczą najważniejszych problemów współczesnego świata. Cieszy to, że aż dwa z nich są po trosze polskie: opowiadający pesymistycznie o mechanizmach współczesnej władzy „Autor widmo" – przez reżysera, a „Essential Killing” – także przez finansowanie. W dodatku oba zgarnęły kilka najbardziej prestiżowych nagród festiwalowych. U Skolimowskiego, dużo trudniejszego w oglądaniu w porównaniu z bezbłędną atrakcyjnością thrillera Romana Polańskiego, dodatkowo cieszy jego nonkonformistyczna wizja świata: kiedy wszyscy nauczyli się bać i nienawidzić każdego podejrzanego o terroryzm, polski reżyser potrafi stanąć w obronie jego ludzkiej godności.

Skolimowskiego z innymi filmami światowymi łączy jeszcze coś – dokumentalne podejście do fabuły. Co prawda wymyślił ją od  początku do końca, ale opierając się na informacjach o „polskim Guantanamo", stworzył historię, która naprawdę mogła się wydarzyć, i sfilmował ją jak ascetyczny dokument. Konwencję bliską dokumentowi ma również laureat Złotej Palmy w Cannes „Prorok" – historia więźnia stanowiąca metaforę przekształcania się współczesnego świata przestępczego, przy którym zbrodnie i cynizm mafiosów z „Ojca chrzestnego" są kaszką z mlekiem.

„Prawdziwe" dokumenty stają się w  ostatnich latach ważną częścią światowej kinematografii, o czym polski widz masowy jeszcze mało wie, dlatego brawa należą się tym dystrybutorom, którzy go do tej zmiany przygotowują. Stąd na mojej liście jest i „Wyjście przez sklep z pamiątkami", które oryginalnie opisuje powstawanie i komercjalizację sztuki streetartowej (dla niewtajemniczonych: chodzi o te różne bazgroły na murach miast), i  „Doktryna szoku". Ten dokument jest dość konwencjonalnie nakręcony, lecz porusza jeden z  najgorętszych dziś tematów: kwestię „kapitalizmu katastroficznego”, teorii wielbionego wciąż u nas ekonomicznego noblisty Miltona Friedmana. Rozprawia się z nią Naomi Klein – guru światowego alterglobalizmu.

I na  koniec zostawiłem film, który w tym roku oceniam najwyżej, a który łączy w sobie wszystko, o czym już pisałem. „The Social Network" opowiadający o początkach kariery twórcy Facebooka, dziś multimilionera Marka Zuckerberga, jest fabułą, jednak opartą na faktach. Jest filmem „gadanym", ale ogląda się go jak najlepszy film akcji. Jest przez cały prawie czas filmem nieodparcie dowcipnym i lekkim, ale z kina wychodzi się z nosem na kwintę: dość paskudnie wygląda i w parszywą stronę toczy się cały nasz światek.

KSIĄŻKI
Ocenia ROMAN KURKIEWICZ

Największe wydarzenie – „Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego. Od dawna cieszę się  zasłużonym sukcesem tej książki. Mam nadzieję, że będzie miała swoje kolejne życia, niechby burzliwie dyskutowane, w każdym z języków, na które jest tłumaczona. Mam też przeczucie, że za jakiś czas niezrozumiały będzie dzisiejszy ton oporu wobec niej.

Wielkim wydarzeniem jest niewątpliwie inna biografia, biografia środowiska buntu, czyli „Anatomia buntu" Andrzeja Friszkego, modelowo napisana historia narodzin w opresji (politycznej, więziennej) opozycji politycznej w Polsce w latach 60. Friszke jest tym autorem, który rozumie i potrafi wielostronnie pokazać newralgiczne punkty naszej najnowszej historii i opisać je z werwą szwedzkich autorów kryminałów. Chciałoby się życzyć jak najliczniejszej rzeszy rozumiejących czytelników.

Jestem zaprzysięgłym wielbicielem literatury faktu, książek wyrastających z ciekawości, która wspomagana kompetencją i pracowitością jest nie do zatrzymania. Spośród wielu dobrych, lepszych i niezwykłych opowieści reporterów wybieram dwa tytuły: Witolda Szabłowskiego „Zabójca z miasta moreli" i Marka Kęskrawca „Czwarty pożar Teheranu". Podobnie jak bestsellerowy Domosławski tak ci dwaj autorzy przywracają wiarę w dziennikarstwo, które jest dziś coraz częściej szybką pogonią za jeszcze szybszym niczym, gra pozorów, świętem powierzchowności i bezużyteczności. Książka Szabłowskiego z reportażami tureckimi i irańska osobność uchwycona przez Kęskrawca są jakże niezbędnymi dowodami na istnienie świata prawdziwego, tragicznego i pociągającego poza Polska. 

A jeśli o jedzeniu mowa, to nie sposób nie zatrzymać się przy „Dzienniku pisanym później" Andrzeja Stasiuka. Choć tradycyjny malkontent powie: jedzie, jedzie Stasiuk, tam, dokąd chyba nie bez powodu nikt inny nie jeździ, nic się nie dzieje, snują się dymy papierosowe, unoszą się opary egzotycznych alkoholi i jakbyśmy już w tej podroży byli. Nie jest to prawda, każda z tych Stasiukowych bałkanowych wypraw przynosi nowe światło, nawet jeśli jest to ta nadaremnie wypatrywana, ciemna, unosząca się w czerni nocy połyskująca deszczem matowość asfaltu.

Po tych światowych podróżach chciałbym na powrót zanurzyć się w kosmogenicznej kamienicy krakowsko-europejskiej, która znajdujemy w „Chochołach" Wita Szostaka. Doceniam rozmach i brak wstrzemięźliwości, hasowsko-schulzowską wyobraźnię i nieokiełznanie, perecowską miłość do domu jako figury wszelkiego istnienia. Z tymi chochołami tak się chce zatańczyć, że aż strach.

Od polskości polskiej możemy uciec do polskości, która wystąpiła tylko w jednym osobowym egzemplarzu, czyli do Janusza Głowackiego „Good night, Dżerzi", opowieści o Jerzym Kosińskim. O polskim żydowskim prestidigitatorze, który omamił, uwiódł i wykorzystał kulturalną Amerykę jak nikt wcześniej. I jak mu się ta Ameryka odwinęła. Ciemne, pełne żądz życie zamknięte kontrapunktem nieoczekiwanej lub planowanej śmierci. Ale mamy tu także odmienną od poprzednich autoopowieść Janusza Głowackiego.

Kiedy już było o Ameryce i mężczyznach, musi być teraz o biedzie i muszą być kobiety. I na koniec, zamykając ten nieobiektywny przegląd książek roku 2010, muszę przywołać małą, niepozorną, a wielką i ważną, książeczkę – „Bieda. Przewodnik dla dzieci" Hanny Gill- Piątek i Henryki Krzywonos, bohaterki sierpniowych strajków w 1980 r. Powiem brutalnie: jeśli nie tylko dzieci, ale i politycy potrafiliby sobie przyswoić, zrozumieć i wyciągnąć wnioski z tej opowieści o naszej biedzie, jej źródłach i konsekwencjach, to rzeczywistość w Polsce mogłaby wyglądać inaczej. I niechby już nawet tych wyżej wymienionych nie czytali. Mocny rok.


MUZYKA
Ocenia PIOTR METZ
redaktor naczelny „Machiny"


1. KANYE WEST
"MY BEAUTIFUL DARK TWISTED FANTASY"
Sony
Wspaniałe podsumowanie wpływu hip-hopu na współczesna muzykę i popkulturę. Taka płytę mógł nagrać, gdyby nie zagubił się gdzieś po drodze, Michael Jackson. Hiphopowy „Thriller", wprowadzający ten gatunek ostatecznie do kanonu kultury XXI w. Obowiązkowe.

2. Arcade Fire
Universal
Najlepszy album zespołu, wręcz anachronicznie idącego pod prąd wszelkim trendom. Przepiękny muzycznie, dojrzały tekstowo, przenoszący muzykę teoretycznie rozrywkowa znów na półkę wysokiej sztuki. Klasyczne.

3. Janelle Monáe
Warner
Zdumiewająco dojrzały debiut, w swym multigatunkowym melanżu prawie doganiający Kanye Westa. Grace Jones ma wspaniałą następczynię, ze znacznie lepszym głosem. Kolorowe i zaskakujące.

4. LCD Soundsystem
EMI
Następca New Order w łączeniu rocka i muzyki dance w swoim najlepszym, płytowym wydaniu. Pop, Pink Floyd, new wave, acid i Rick Rubin wymieszane we wciągającą całość. Zaraźliwe.

5. Neil Young
Warner
Neil Young wciąż zadziwia, kolejny raz udowadniając, ze jedyny ze swego pokolenia nie stracił nic z kreatywności i rebelianckiego ducha. Tylko gitara i głos. Wybitna produkcja Daniela Lanois.  Monumentalne.

6. Ariel Pink’s Haunted Grati
BEFORE TODAY
Sonic
Pierwsza hipisowska płyta XXI w. Pozornie brzmi jak kaseta z kalifornijska muzyka lat 60. Kryje mnóstwo dźwięków z rożnych lat, sąsiadujących z sobą zupełnie jak dziś na iPodach młodzieży. Świeże i oryginalne.

7. Roots
HOW I GOT OVER
Universal
Hip-hop dla dorosłych w najlepszym wydaniu. Bez trudu wkomponowuje w brzmienie płyty wokalistów z innej muzycznej bajki. Poszukujące.

8. The National
HIGH VIOLET
Sonic
Klasyczny, ponury indie pop w mistrzowskiej, definiującej go odsłonie. Oczytanie muzyczne grupy, operowanie nastrojem i kontrastami tworzą całość oporną na powtarzalność i przewidywalność gatunku. Wciągające.

9. M.I.A.
Universal
M.I.A. Na nowo definiuje „world music", mieszając politykę,  terroryzm, internet, media, Facebooka,YouTube, telefonie komórkową, multinarodowość i łatwość podróżowania w najbardziej współczesną całość w obecnej popkulturze
M.I.A. To jedyna obecnie prawdziwa muzyczna „obywatelka świata". Awangardowe.

10. Gorillaz
PLASTIC BEACH
EMI
Damon Albarn w budzący szacunek sposób uwolnił się od spadku epoki Britpopu. Jego nowe projekty już dorównały znaczeniem  dokonaniom Blur. Przewrotna propozycja wirtualnego zespołu, z pozoru jednorazowa, żyje i ma się lepiej niż kiedykolwiek. Inteligentne.

10a. Monika Brodka
GRANDA
Sony
Najciekawsza polska propozycja  roku. Oryginalna, czerpiąca z rodzimej tradycji, zgodnie z duchem czasu – wielogatunkowa muzycznie i zaprojektowana jako całościowe multimedialne dzieło.


Okładka tygodnika WPROST: 52/2010
Więcej możesz przeczytać w 52/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także