Przegląd kadr światowej polityki, czyli co oni knują

Przegląd kadr światowej polityki, czyli co oni knują

Są wśród nich prawdziwi drapieżcy sprytni rozgrywający jest tercet egzotyczny i podstarzali tyrani. Kto będzie kim w 2011 r.?
Przywódcy polityczni spod każdej szerokości geograficznej, spod wszelkich sztandarów, spod jasnej albo ciemnej gwiazdy lubią przypisywać sobie zdolność kreowania wydarzeń, czyli „moc sprawczą". Istotnie, wiele od nich zależy – ale dalece nie wszystko. Jednocześnie każdy z nich uważa się za osobę wyjątkową. Wątpliwe, by poniższa klasyfikacja, zastosowane w niej kryteria i sam jej układ przypadły do gustu wszystkim sklasyfikowanym. To jednak nie nasze zmartwienie.


1. €-BANKRUCI

Euroland – od stycznia poszerzony o 17. państwo, Estonię – nie obchodzi hucznie dziewiątych urodzin wspólnej waluty. Może następne, okrągłe będą radośniejsze. Na razie przyszłość euro jest niepewna, a forma mizerna. Kryzys jest jak pożar lasu. W ogniu stanęły już finanse Grecji i Irlandii. Strażacy z Unii Europejskiej (także z Międzynarodowego Funduszu Walutowego) skierowali strumień pieniędzy na Ateny i Dublin, co jednak pożaru nie ugasiło. Gorzej: ogień stopniowo trawi budżety Portugalii, Włoch i Hiszpanii.

Greckiego premiera Jeoriosa Papandreu czekają trudniejsze chwile niż Irlandczyka Briana Cowena. Temu drugiemu własny naród, nietraktujący oszustw i nadużyć jako norm społeczno-gospodarczych, zdaje się bardziej ufać. W Grecji nie zanosi się na to, by uliczne bitwy i strajki miały rychło wygasnąć.

Zarazem drugi front otwierają anarchoterroryści, nie przypadkiem wybierając słabe państwa – Włochy. Silvio Berlusconi zapewnia o dobrej kondycji finansów swego kraju; wtórują mu Portugalczyk José Sócrates i Hiszpan José Luis Rodríguez Zapatero. Wciąż nie widzą konieczności występowania o międzynarodową, w tym unijną, pomoc finansową. Ale według prognoz agencji ratingowej Moody’s Investors Services (MIS) ich apel o ratunek usłyszymy lada tydzień.

Utracjusze (względnie marni zarządcy lub ofiary spekulantów) dostaną kredyty, zapłacą za nie jednak słono: poddaniem się zewnętrznej kontroli wydatków publicznych, to jest utratą jeszcze jednego – arcyważnego – obszaru suwerenności. Kto kogo będzie kontrolował? Za podpowiedź niech służą prognozy Komisji Europejskiej na 2011 r. W Niemczech wzrost gospodarczy wyniesie ok. 2,2 proc., w Grecji – minus 3 proc. Gwardia broniąca euro będzie dowodzona z Berlina i Paryża, za zwiadowcę i przewodnika posłuży jej zaś minister finansów Luksemburga Jean-Claude Juncker.

2. Eurodyplomaci

Czy uruchomienie Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych przyda Unii znaczenia w świecie? Wątpliwe. Określanie tego korpusu mianem „unijnej dyplomacji" pozostaje równie umowne jak nazywanie Catherine Ashton szefową tejże, aHermana Van Rompuya – prezydentem UE.

Spośród wszystkich eurokratów najwięcej do powiedzenia będzie miał nadal przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso. Dyplomacja unijna jest ułudą z podstawowego powodu: UE nie ma wspólnej polityki zagranicznej i w bliskiej perspektywie jej się nie dopracuje. Żadna z ok. 140 ambasad UE w świecie (Polacy pokierują dwiema: w Jordanii i w Korei Południowej) nie stanie się ważniejsza od lokalnych placówek największych państw członkowskich UE. Eurodyplomacja nie zastąpi dyplomacji narodowej nigdzie. Skoro już jednak ten korpus powstał, dobrze, że wysoko w jego hierarchii – jako formalnie numer trzy – znalazł się Maciej Popowski.

Na pierwsze półrocze przypada debiutancka prezydencja Węgier. Premier Viktor Orbán zdaje się zacierać ręce: teraz my! Tymczasem przewodnictwo węgierskie może wypaść jeszcze gorzej niż czeskie, którego głównymi atrakcjami były upadek rządu Mirka Topolánka i blokowanie ratyfikacji traktatu lizbońskiego przez prezydenta Václava Klausa. Może wypaść wręcz antyeuropejsko, bo Orbán chce teraz forsować interesy Węgier kosztem priorytetów Unii. Zamierza zająć się problemem mniejszości narodowych, czytaj: nadać przywileje diasporze węgierskiej, zwłaszcza w Słowacji i Rumunii.

Kiedy Fidesz, hegemon w budapeszteńskim parlamencie, zakneblował media ustawą, jakiej nie powstydziłby się dyktator Białorusi, lider grupy socjalistów w Parlamencie Europejskim, Martin Schulz, powiedział otwarcie: – Węgry nie są godne przewodzenia Unii, łamią bowiem jej zasady… Ale już Komisja Europejska wstrzymała się od komentarzy, a „prezydent" Van Rompuy orzekł po wizycie nad Dunajem, że Węgry są dobrze przygotowane do nowej roli. Wlipcu prezydencję obejmie Polska, również po raz pierwszy. Rząd Donalda Tuska – jeśli wierzyć jego zapewnieniom – jest bardzo starannie przygotowany. Ogłosił światłe priorytety (budżet UE na lata 2014-2020, partnerstwo wschodnie, energetyka, polityka bezpieczeństwa i obrony) iwogóle obiecuje przewodnictwo, że ho ho! Zobaczymy, wiadomo, że wcale nie jesteśmy skazani na sukces, a na głowie będziemy mieć dodatkowo sprzątanie po Węgrach i własne wybory.

3. Samopowtarzalni

W rok przedwyborczy wkraczają prezydenci Stanów Zjednoczonych, Rosji i Francji. Różnymi krokami, ale w tym samym celu: zapewnienia sobie reelekcji w 2012 r. Jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, nie zmienią się lokatorzy Białego Domu i Pałacu Elizejskiego, natomiast na Kreml znowu wprowadzi się jego poprzedni gospodarz. Władimir Putin ma najłatwiejsze zadanie. Konstytucję Federacji Rosyjskiej przykrojono na jego miarę; umożliwia już manewr roszady na szczycie władzy, powrót po przerwie na trzecią, a może i czwartą kadencję. Dmitrij Miedwiediew może być prezydentem tymczasowym, strzegącym dla Putina należnego mu miejsca przez cztery lata jego „karencji" w roli premiera. Może, ale nie musi, bo najwyraźniej ma ochotę na drugą kadencję. Dziś większe szanse ma Putin, ale to przecież jeszcze rok z okładem.

Ten rok będzie decydujący dla ewentualnej reelekcji Baracka Obamy. Wkońcu ubiegłego roku nieco się politycznie odkuł po porażce demokratów w wyborach do Kongresu (ratyfikacja START II dzięki grupce skaperowanych republikanów; obalenie tabu „don’t ask, don’t tell", tajemnicy orientacji seksualnej w armii), ale to były raczej wyjątki od reguły. Republikanie skoczą mu do gardła już w pierwszych dniach stycznia i nic tu się nie zmieni do 31 grudnia. Latem oddziały US Army (100 tys. ludzi), a wraz z nimi kontyngenty sojusznicze (50 tys.), mają rozpocząć odwrót z Afganistanu, rozłożony w czasie do 2014 r.

Jeśli jednak ten rok okaże się dla aliantów równie krwawy jak poprzedni (zginęło ponad 700 żołnierzy koalicji), to tych terminów nie uda się dotrzymać. Postęp w Afganistanie jest kruchy i niepewny – przyznaje prezydent USA. Władza prezydenta Hamida Karzaja kończy się na rogatkach Kabulu. Obama ma więc na razie tylko jeden wielki atut – prawdopodobną rywalkę. Na Sarah Palin patrzą z nadzieją tylko ludzie zwadą wzroku.

Ten rok, choć niewyborczy, będzie też decydujący dla Nicolasa Sarkozy’ego. Prezydenta Francji pochlebnie ocenia zaledwie ok. 30 proc. obywateli. Co drugi Francuz chciałby za półtora roku ujrzeć w Pałacu Elizejskim Dominique’a Strauss-Kahna, zwanego skrótowo DSK. Lepszego kandydata socjaliści nie znajdą, choć pretensje do najwyższej władzy roszczą zwłaszcza dwie panie: ponownie Ségolène Royal i po raz pierwszy Martine Aubry, szefowa PS. Kierownictwo tej partii podjęło decyzję o przeprowadzeniu uczciwych prawyborów, w których kandydaci nie rzucaliby się sobie do gardeł, jak w 2007 r. DSK powinien je wygrać, byle przestał hamletyzować.

4. Drapieżcy

Tzw. analitycy powołali do życia na papierze byt o wdzięcznej nazwie BRIC (z angielska, fonetycznie: cegła), nieformalny związek wschodzących potęg gospodarczych: Brazylii, Rosji, Indii i Chin. Koncepcja to osobliwa, bo nawet spotkania na szczycie ich przywódców nie uzasadniają kojarzenia z sobą tych państw. Rosyjska potęga gospodarcza jakoś nie wschodzi i nic nie zapowiada, by się wkrótce miała pojawić na geopolitycznym firmamencie. Jeśli już więc skrót, to raczej BIC, co i tak będzie zaszczytem dla Brazylii, odstającej potencjałem i ambicjami od dwóch gigantów.

Niewykluczone, że światem rządzi już nie G8 czy G20, lecz duet G2: USA i Chiny. Prezydent Hu Jintao i jego laufer, premier Wen Jibao, dowodzą światu, jak bardzo pomylił się prof. Francis Fukuyama. Prorokował, że wraz z upadkiem komunizmu w Europie i ZSRR zakończy się Historia. Tymczasem w Chińskiej Republice Ludowej zerwała się z łańcucha i pędzi po „trzeciej drodze", po szlaku kapitalizmu komunistycznego. Sztywny kurs juana spędza sen z powiek amerykańskim politykom i skarbnikom, więc tłumnie pielgrzymują do Pekinu. Ruch się w tym roku nasili, naciski na uwolnienie kursu chińskiej waluty będą rosły. A smok na pewno nie zrobi niczego, co nie będzie po jego myśli. Nie musi zionąć ogniem, byśmy się go bali.

5. Rozgrywający

Nie ma polityków niezatapialnych. Całe ich zastępy odejdą prędzej czy później w publiczny niebyt. Niektórzy zrobią to jednak później, w każdym razie nie w tym roku. Sprawnie rozgrywa swoją partię na własnym boisku ina terenie przeciwnika premier Turcji Recep Tayyip Erdoğan. Jego stronnictwu, Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, nie pokrzyżuje planów socjaldemokratyczna opozycja. AKP, choć ostatnio jej notowania nieco spadły, wygra wybory w lipcu, i to z taką przewagą, że znowu będzie mogła rządzić samodzielnie.

Zachód, zwłaszcza zaś przeciwne przyjęciu Turcji do UE Francja i Niemcy, zarzucają Erdoğanowi islamizację laickiej republiki, odejście od wzorów ojca narodu, Mustafy Kemala Atatürka. Istotnie, premier nie wypiera się przynależności do świata muzułmańskiego; więcej – być może widzi się nawet w roli jego nowoczesnego lidera. Zarazem broni przecież tureckiej demokracji, nie tylko przed zakusami radykalnych islamistów. Gdy idzie o unijną grę na zwłokę w kwestii tureckiej akcesji, Ankara, zdaje się, straciła już złudzenia.

Karty doskonale rozgrywa również premier Izraela, Beniamin Netanjahu. Nie jest zakładnikiem Amerykanów, już prędzej oni muszą się liczyć z jego temperamentem, ale i racjami. To Izrael zdecyduje, w którym momencie nie będzie już można przedłużać śmiertelnego ryzyka dla jego bytu państwowego. Inaczej mówiąc, jeśli uzna to za niezbędne, decyzję o uderzeniu na irańskie instalacje atomowe Izrael podejmie bez oglądania się na sojusznika. Netanjahu dał już Amerykanom do zrozumienia, że samodzielny może być także w rozmowach z Palestyńczykami – tym bardziej że pośrednictwo Waszyngtonu w tym dialogu okazało się nieskuteczne.

6. Słabosilni

Tę kategorię warto było stworzyć już choćby dla jednej postaci: Silvio Berlusconiego. Trzykrotny premier Włoch, urzędujący najdłużej spośród szefów powojennych rządów w swoim kraju, musi zacząć układać elegię na odejście. W grudniu co prawda uniknął klęski w parlamencie, jego gabinet ocalał dzięki kilku głosom, zwycięstwo było jednak pyrrusowe. Rozsypał się obóz prawicy. Berlusconi zraził do siebie utożsamiających się z nim przez lata rodaków. Kościół i wierni mają już dosyć newsów o przygodach erotycznych premiera.

W Niemczech Angeli Merkel nie grozi ani zawalenie się rządowego gmachu, ani utrata fotela kanclerza. Ściślej: jeszcze nie grozi. Odnowienie składu Bundestagu dopiero za trzy lata, za to już za kilka miesięcy wybory do krajowych landtagów. I spodziewane razy, jakie w nich zbiorą chadecy. Notowania pani kanclerz są słabiutkie – 38 proc. pozytywnych opinii. Merkel płaci utratą popularności i zaufania za śmierć żołnierzy Bundeswehry w Afganistanie i pieniądze pompowane do oszukańczej Grecji. Im bardziej topnieje sympatia dla Angeli Merkel, tym więcej zaskarbia jej sobie szef resortu obrony, Karl-Theodor Zu Guttenberg. Baron z zacnego rodu ma wielki majątek, doktorat prawa, piękną żonę, jest poliglotą. Na dodatek jest przystojny i umie postawić na swoim. Warto na niego patrzeć, bo może to być przyszła twarz Niemiec.

7. Kamraci

Z trzech kontynentów wyciągają ku sobie ramiona prezydenci Iranu, Wenezueli i Białorusi. Koalicja nie z tego świata, tercet egzotyczny, święte przymierze przeciwko imperialistycznej Osi Podłości. Wspólnie nie wytyczą żadnej nowej drogi: zabrną w ślepy zaułek izolacji. W miarę przewidywalny jest właściwie tylko jeden z nich – prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad. Nie on rządzi krajem, wypełnia jedynie polecenia tzw. duchowego przywódcy, ajatollaha Alego Chamenei i Strażników Rewolucji. A ci linię postępowania wytyczyli na dziesięciolecia.

W porównaniu z Ahmadineżadem prezydent Wenezueli Hugo Chávez to harcerzyk. Zgoda, i chłopiec w mundurku może narobić szkód, zwłaszcza gdy uważa się za nowe wcielenie Simóna Bolívara. Szkody wyrządza głównie swojemu krajowi. Przestroił gospodarkę Wenezueli wyłącznie na naftową nutę, na której nie da się grać w nieskończoność. To się nazywa gospodarka rabunkowa. Podczas ibero-latynoskiego spotkania, gdy gość z Caracas gardłował nad miarę, zirytowany Juan Carlos rzucił: „Chávez, zamknij się!". Tak się niestety niespecjalnie da potraktować trzeciego z kamratów, prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenkę, bo mówi niewiele i rzadko. Robi też nie za dużo, za to wyłącznie to, co mu się podoba. Problem, przed którym znowu staje Unia, streścił brytyjski „The Guardian”: Łukaszenkę można kupić, ale nie można na nim polegać.

8. Gerontokraci

W politycznym hospicjum dożywają swych dni sędziwi schorowani tyrani (Korea Północna, Kuba, Zimbabwe), autokraci (Egipt, Algieria) i kochani przez poddanych monarchowie (Tajlandia, Arabia Saudyjska). Śmierć każdego z nich przyniesie zmiany w ich krajach. Niekoniecznie na lepsze. Zanim seniorzy odejdą, muszą zapewnić właściwą sukcesję.

Pieczołowicie zabrał się do dzieła Drogi Przywódca (oficjalny tytuł) Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Il, lat 70. Ciężko chory Kim Dzong Il wygląda jak mumia. Mózgu mu najwyraźniej nie zabalsamowano, bo postępuje logicznie, w każdym razie zgodnie z przykazaniami dżucze, ideologii azjatyckiego stalinizmu stworzonej przez jego ojca Kim Ir Sena. Na dziedzica pierwszej w dziejach – i niechybnie ostatniej – dynastii komunistycznej został namaszczony najmłodszy syn Drogiego Przywódcy, 27-letni Kim Dzong Un. Pobłogosławili Chińczycy, którzy nie potrafią zrezygnować z koreańskiego jokera. Podobno istnieje też plan uderzenia na KRLD przez połączone siły amerykańsko-chińskie i wspólnej dziesięcioletniej okupacji, która dałaby Północy czas na przemiany niezbędne przed zjednoczeniem z Południem. Nie wiadomo, czy autorzy planu wzięli poprawkę na stan świadomości mieszkańców KRLD, poddawanych przez kilka pokoleń intensywnemu praniu mózgów.

Problemu zjednoczenia kraju i władzy nie mają natomiast Kuba i jej przywódcy Fidel (84 l.) i Raul (80 l.) Castro. Mniejsza o ich tytuły, nieważne, który akurat choruje, a który dogląda spraw państwa: stanowią jedność. Tyle że jedność coraz bardziej uległą wobec opozycji i żądań demokratycznego świata, także Kościoła katolickiego. W kwietniu zbierze się zjazd partii komunistycznej. Jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy wznieść okrzyk „Socialismo omuerte!", dla braci Castro zabrzmi on złowrogo. Kuba nie ma na świecie pozycji strategicznej, ale gdyby tak komunistyczny reżim na Kubie, oczywiście przez przypadek, padł, wiadomo by było, co jest największym wydarzeniem… mijającego 2011 roku.

Okładka tygodnika WPROST: 1/2011
Więcej możesz przeczytać w 1/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0