Władca butów

Władca butów

Gdy ekonomiści straszyli nas kryzysem, a giełda spadała na łeb, na szyję, cyferki na koncie Dariusza Miłka aż wirowały. Złe czasy dla gospodarki to dobre czasy dla firm oferujących towary dla oszczędnych.
Zgromadzonym majątkiem dogania Jana Kulczyka, Zygmunta Solorza czy Leszka Czarneckiego tak szybko, jakby nadal był mistrzem sprintu wygrywającym etapy kolarskich wyścigów. Gdy w 2008 r. zaczynał się kryzys, to właśnie Dariusz Miłek, władca obuwniczego imperium, odkupił od firmy innego z grona najbogatszych Polaków wart około 50 mln zł pałac w Łącku niedaleko Płocka. Niedawno wprowadził się do biur w hotelu Marriott opuszczonych przez Ryszarda Krauzego – tych samych, w których rozgrywała się część „afery przeciekowej".

Czy to znak, że idzie nowe? Że polscy książęta biznesu zrobionego na prywatyzacjach i państwowych kontraktach zaczynają ustępować miejsca młodszemu pokoleniu, właścicielom nowych fortun, zbitych na zaspokajaniu potrzeb konsumentów?

– Polityka nigdy mnie nie interesowała, a ja też nie byłem interesujący dla polityków. Wicepremier Waldemar Pawlak pięć razy wręczał mi nagrody biznesowe. Za każdym razem musiałem być mu przedstawiany. Niech tak zostanie, bo ja pracuję dla statystycznych Kowalskich – mówi o sobie Dariusz Miłek, były kolarz, współwłaściciel i prezes obuwniczego potentata NG2, do którego należy sieć sklepów z butami CCC.

Kończący się kryzys wykatapultował go do pierwszej dziesiątki najbogatszych Polaków. W ubiegłym roku na liście 100 najbogatszych Polaków „Wprost" zajmował dziewiąte miejsce. W tym roku wyceniany jest na kilkaset milionów więcej i znowu ma szansę awansować.

Cuda i ceny

Kiedy pod koniec 2008 r. media ogłaszały nadejście gospodarczych turbulencji, giełdowe majątki Romana Karkosika, Michała Sołowowa czy Zbigniewa Jakubasa topniały niczym bałwan wystawiony na wiosenne słońce. W telewizji ekonomiści mówili o zaciskaniu pasa i zachęcali do oszczędności, a klienci szturmowali sklepy sieci CCC. Przed laty reklamowano je hasłem Cena Czyni Cuda. No i faktycznie stał się cud. Wciągu 2010 r. 180 milionów klientów odwiedziło sieć sklepów CCC. Co prawda tylko co dziewiąty z wchodzących do sklepu robi zakupy, a i to za niewiele – średnio 53 zł., ale jeśli te liczby przemnożyć, to uzbiera się całkiem ładny miliard złotych.

Inwestorzy giełdowi wartość spółki NG2 (kontrolującej sklepy z butami) wyceniają na 2,5 mld zł. Ten największy producent, importer i sprzedawca butów w Polsce w połowie należy do Miłka. Główny rywal – niemiecka sieć obuwnicza Deichmann – sprzedaje niewiele ponad połowę tego co firma Miłka. Polska firma Wojas pod względem zysków i pozycji rynkowej jest 20-krotnie mniejsza.

To już drugi kryzys, który pomaga Miłkowi wspinać się po biznesowej drabinie. W1998 r. – był wtedy właścicielem kilkunastu hurtowni obuwniczych – przez rynek przetoczył się „kryzys rublowy". Nastawione na eksport do Rosji polskie fabryki obuwnicze zaczęły jedna po drugiej wpadać w tarapaty. Dławiły się towarem, za który kontrahenci ze Wschodu nie byli w stanie zapłacić. Miłek wyczyścił magazyny Polanii Gniezno, radomskiego Radoskóru, Juniora zNowej Soli i wielu innych fabryk. Za grosze kupował setki tysięcy par butów od syndyków upadłych zakładów obuwniczych. Na swój towar nie tylko znalazł kontrahentów, ale jeszcze wymyślił dla ich sklepów wspólną nazwę Żółta Stopa. – Był to taki obuwniczy kiermasz, gdzie powiązane sznurowadłami buty wystawione były w koszach. Para butów kosztowała 10-20 zł – wspomina dziś Miłek.

Jednak Żółta Stopa szybko padła ofiarą własnego sukcesu. Sklep otwarty w niewielkim mieście był w stanie w ciągu trzech miesięcy obuć 30-40 tys. osób. Tyle że potem przez wiele miesięcy ludzie nie potrzebowali nowych butów.

Próba transformacji sieci Żółta Stopa w normalne sklepy obuwnicze – z ladami i elegancko wyeksponowanymi na półkach butami – nie udała się. Starzy klienci, przyzwyczajeni do koszy i bałaganu, na widok lad i półek zawracali na pięcie zaraz po wejściu, wzdychając: „taki luksus to nie dla mnie". Z kolei lepiej sytuowanym klientom dawna Żółta Stopa – choć przypudrowana – wciąż zalatywała tanim butem.

– Potrzebowałem biznesu, który można pokazać, zareklamować, zglobalizować, a z czym kojarzy się „żółta stopa"? – śmieje się Miłek.

Wtedy powstał słynny slogan Cena Czyni Cuda i sklepy CCC. Biznes rozwinął się dzięki powstającym jak grzyby po deszczu hipermarketom. Obok marketu spożywczego obowiązkowo musiały się w nich znaleźć apteka, drogeria Rossmann – no i tanie buty CCC.

– Podpatrywałem, jak wyglądają sklepy na Zachodzie. Regularnie zaglądałem do sklepu Deichmann, który otworzył się w Realu w moim rodzinnym mieście. Krokami mierzyłem długość regałów, patrzyłem, jaka jest głębokość półek, pracowałem po 20 godzin na dobę, myśląc, jak to wszystko ulepszyć. Dziś to ja jestem dla innych punktem odniesienia – mówi przedsiębiorca.

Miłek zorientował się, że nawet na najtańszych butach można naprawdę dobrze zarabiać, jeśli tylko kontroluje się wszystkie części biznesu. Nie tylko handel i import, ale także produkcję. W 2001 r., gdy Chińczycy zalewali Europę tanim obuwiem i wydawało się, że produkowanie butów w Polsce nie ma sensu, Miłek otworzył w Polkowicach nowoczesną fabrykę. Odpowiedzią na chińską tandetę miały być dobrej jakości buty skórzane. Żeby podeprzeć się dobrą marką, kupił firmę Lasocki. Chińczykom zlecił produkcję taniej masówki ze sztucznej skóry.

Lotne premie

Firmę zorganizował na wzór kolarskiego teamu – na sukcesy lidera pracuje kilku innych mocnych zawodników. Leszek Gaczorek (dawny partner i dostawca butów) jest dziś znaczącym akcjonariuszem NG2 i organizuje produkcję na Dalekim Wschodzie. Mariusz Gnych kiedyś jako burmistrz Polkowic namawiał Miłka do inwestycji w tym mieście – potem rzucił posadę urzędnika i dziś kieruje fabryką CCC.

Te nawiązania do kolarstwa mają sens, bo Miłek w latach 80. był jednym z najzdolniejszych juniorów w kadrze kolarzy. Wtedy też odebrał pierwsze lekcje biznesu. Dzięki temu, że regularnie wyprzedzał na finiszu Joachima Halupczoka, Cezarego Zamanę i inne późniejsze gwiazdy kolarstwa, często wysyłany był na zagraniczne wyścigi. Tak długo, jak długo wyścig jechał po płaskim, silny sprinter Miłek walczył o lotne premie albo „woził się" w peletonie, by zawalczyć na ostatniej prostej. Gdy wyścig wjeżdżał w góry, spadał na koniec stawki. Albo w ogóle wycofywał się z wyścigu i miał czas, żeby pomyśleć, jak spożytkować zarobione pieniądze. Do dziś pamięta, że premia w wyścigu w Wielkiej Brytanii wynosiła 500 funtów. Uruchomił wówczas prywatne przedsiębiorstwo importowo-eksportowe towarzyszące kolarskiemu peletonowi. W Rosji kupował gumy do kolarzówek, aparaty fotograficzne i inne eksportowe hity, po czym na Zachodzie sprzedawał je za twardą walutę. Był w tym tak dobry, że działacze zabierali go na wyścigi nawet wtedy, gdy był w słabej formie, żeby pomógł sprzedawać towar całej ekipy.

Ostatecznie w 1996 r. wybrał jednak biznes, bo w kolarstwie oprócz medali dorobił się także czterokrotnego złamania obojczyka i dwukrotnego złamania podstawy czaszki.

W szczękach biznesu

Zaczynał na targowisku w Lubinie od łóżka polowego. Handlował dżinsami, kurtkami puchowymi, skarpetkami i zegarkami. W buty wszedł przypadkowo. Sąsiad ze stoiska obok zaczął opowiadać, jakie pieniądze zarabia na sprzedaży obuwia. Dwa dni później Miłek był już w fabryce obuwniczej. Dostał jeden rabat za płatność gotówką, a kolejny za buty drugiego i trzeciego gatunku. – Za towar zapłaciłem tyle co nic, ale pieniądze ze sprzedaży były konkretne – wspomina.

Na rynku w Lubinie rozpychał się równie skutecznie jak w kolarskim peletonie. Z łóżka szybko przeskoczył do metalowej szczęki, następnie wybudował pierwszy drewniany pawilon, potem zajął się hurtem, aż wreszcie awansował do ligi ogólnopolskiej.

Po latach wrócił na targowisko w Lubinie jako inwestor. Odkupił plac i wybudował na nim centrum handlowe Cuprum Arena – wyceniane dziś na 100 mln euro, architektonicznie nie gorsze od warszawskich Złotych Tarasów. Złośliwcy mówią, że sam sobie wybudował pomnik. Przedsiębiorca zaprzecza: – Inwestycja ma solidne podstawy biznesowe.

Zatrudnieni w KGHM mieszkańcy Lubina windują średnią płac w regionie do niebotycznych 8 tys. brutto, a jak dotąd nikt z rekinów handlu galeryjnego nie chciał się pochylić nad ich pieniędzmi. Takich słabo zagospodarowanych handlowo regionów Miłek szuka w całej Polsce. Na celowniku ma m.in. Kielce i Olsztyn. Robi to w swoim stylu, czyli bardzo metodycznie. Zna liczbę mieszkańców wszystkich większych miast w Polsce. Sprawdzamy.

– Bydgoszcz?

– 380 tysięcy.

– Olsztyn?

– 180 tysięcy, ale w regionie mieszka ponad milion.

– A Kruszwica?

– 11 tysięcy.

Znajomi mówią o Miłku, że mimo prezesowania wielkiej firmie nie zatracił kupieckiego zmysłu. Ma nosa do biznesu, nie daje się nabierać na ściemę, a wszystkich biznesowych gawędziarzy odprawia po kilku minutach. Do nietypowego biznesu zdołał go namówić jedynie aktor Piotr Adamczyk, z którym utworzył spółkę produkującą filmy. Już pierwszy obraz Aperto Films – „Rezolucja 819" – otrzymał główną nagrodę na festiwalu w Rzymie.

Oszczędny miliarder

Miłek wyłamuje się ze stereotypowego wyobrażenia o miliarderach. Jako były kolarz nie żałuje grosza na sponsoring sportowy. Wspiera m.in. drużynę koszykarek z Polkowic i kolarską grupę CCC Polsat oraz team kolarzy górskich z Mają Włoszczowską, aktualną mistrzynią świata. Ale jednocześnie – jak sam podkreśla – jest człowiekiem praktycznym. Nie ma bajeranckiego telefonu komórkowego, tylko zwykłą Nokię, jaką w ramach abonamentu dostaje przeciętny Kowalski. Nie znosi zakupów, więc zamiast u Armaniego zamawia garnitury i koszule na miarę u dobrego krawca. Nie lubi bywać „w Warszawce", więc mieszka w domu 25 km od swojej fabryki w Polkowicach. Samolot kupił z oszczędności. – Minuta mojej pracy przekłada się na 1000 zł zysku w firmie. Nie mogę sobie pozwolić na marnowanie czasu i wielogodzinną jazdę samochodem do Warszawy – tłumaczy.

Oszczędności z tego powodu muszą być spore, bo wydatki są niebagatelne – odkąd prezesi KGHM zrezygnowali z wystawnego życia i lotów samolotem, Miłek sam utrzymuje pas startowy Portu Lotniczego w Lubinie i zatrudnia trzech pilotów.

Kupił dom nad jeziorem Garda we Włoszech. W sąsiedztwie mieszkają przedstawiciele rodziny Beretta (od znanej włoskiej marki zbrojeniowej) oraz Swarovscy (biżuteria). Jednak biznesmen twierdzi, że to nie żadna wystawna rezydencja, ot, wakacyjny dom. Bawi tam głównie jego rodzina, Miłek rzadko znajduje czas.

Nie cierpi pogaduszek o nartach, golfie i grze w tenisa. – To wszystko hobby pochłaniające zbyt wiele czasu. Na przykład tenis jest jak dla mnie zbyt powolny. Jeden zaserwuje w siatkę, drugi pośle piłkę w krzaki, trzeba czekać, szukać piłki. Wolę godzinkę szybkiego squasha, po której jestem tak samo dobrze zmęczony – mówi.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2011
Więcej możesz przeczytać w 2/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0