„Mario” wraca

„Mario” wraca

Absolutnie radykalizujący się PiS potrzebuje absolutnych radykałów. Któż nadaje się do tej roli bardziej niż były szef CBA Mariusz Kamiński?
Wrócił, choć tak naprawdę nigdy nie odszedł. Ustawa o CBA, którą sam pisał, wymaga od szefa służby bezpartyjności. Kilka lat temu musiał więc oddać legitymację. Serca nie oddał. Pozostał człowiekiem PiS.

O jego losach po dymisji ze stanowiska szefa CBA jesienią 2009 r. wiadomo niewiele. Zniknął z życia publicznego, kontaktował się tylko z  najbliższymi przyjaciółmi i wieloletnimi współpracownikami. Resztę dopowiadają krążące po Warszawie plotki – że Kamiński nie potrafi odnaleźć się w życiu, jest samotny (kilka lat temu się rozwiódł), nadużywa alkoholu.

Ale jesienią ubiegłego roku, przed wyborami samorządowymi, można było już dostrzec, że środowisko Kamińskiego odzyskuje wpływy. Kilku jego współtowarzyszy z CBA trafiło na stołeczne listy wyborcze, a ten najważniejszy, niedawny wiceszef Biura Maciej Wąsik, został szefem klubu radnych w radzie Warszawy.

W okołopisowskich kręgach można usłyszeć, że to wstęp do dalszych ruchów tektonicznych w  PiS. – Mariusz nie wraca ot tak sobie, on ma być w partii ważną figurą. Jedną z najważniejszych – mówią ci, którzy od środka śledzą życie wewnątrzpartyjne. – A jego środowisko, choć złożone z ludzi publicznie mało znanych, już wkrótce stanie się jednym z dominujących.

Podobno łaskami prezesa Kaczyńskiego przestaje się cieszyć stary druh Adam Lipiński. Bo odpowiada za wizerunek PiS w mediach, który jak zawsze jest fatalny. A być może też dlatego, że pragmatyczna, zwana nieraz „biznesową", grupa Lipińskiego jakoś nie pasuje do posmoleńskiego wizerunku PiS. Za to bezkompromisowy Mariusz Kamiński, podobnie jak drugi z „szeryfów" Zbigniew Ziobro – jak najbardziej. I dlatego to jego ludzie mają przejmować wpływy po ludziach Lipińskiego. A na samego Kamińskiego, od niedawna członka komitetu politycznego PiS, czeka ponoć gabinet szefa organizacji warszawskiej.

Scena pierwsza

Maj 1988 r., nielegalny NZS wywołuje strajk na Uniwersytecie Warszawskim. Właśnie dogasają protesty robotnicze w Stoczni Gdańskiej i  w Nowej Hucie. Wychodząca z podziemia „Solidarność" jest słaba, wielki mit chwieje się. Nadzieja w młodych – na uniwersytecie bywają więc ważne figury opozycji.

Strajk studencki ma być 24-godzinny. Zaskoczyło, więc Mariusz Kamiński żąda, aby jeszcze nie kończyć. Trwać i dociskać komunę tak długo, jak się da. Dochodzi do głosowania, Kamiński przegrywa. Porażka zawsze boli, ale w przypadku kogoś takiego jak on boli szczególnie.

Opozycyjną karierę Mariusza Kamińskiego (rocznik 1965) streszcza notatka Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych z maja 1988 r. (dziś w zbiorach IPN, wykorzystana w książce Andrzeja Anusza „Wokół Marszałka"): „Zatrzymany dn. 1.05.1983 r. za wrogie okrzyki w  nielegalnej manifestacji. W 1981 r. karany (w zawieszeniu) przez Sąd dla  Nieletnich w Żyrardowie za działalność antypaństwową. W dn. 13.11.86 r. ukarany przez Kolegium ds. Wykroczeń Dzielnica Śródmieście karą grzywny 50 tys. zł oraz 1 tys. kosztów procesowych". I tak dalej. Chodziło zawsze o udział w ulicznych zadymach. Bo Mariusz niemal od małego chciał się bić z komuną. Dosłownie. Choć niewielkiej postury i zawsze w  okularach, nigdy nie bał się zwarcia z uzbrojonym po zęby ZOMO-wcem.

Na Wydziale Historycznym UW tworzą paczkę: Kamiński, Andrzej Anusz, Piotr Ciompa i Marek Gessel. Wydają pisemko „Kurier Akademicki", chodzą na  zadymy, piją wódkę.

Scena druga

Kwiecień 1989 r. Już po Okrągłym Stole. Toczy się gra o wysoką stawkę. Ale studentom trudno ukryć niezadowolenie. Czują się zdradzeni przez dorosłą opozycję, która przy Okrągłym Stole, jak już wywalczyła legalną „Solidarność", zapomniała o legalnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. A  przecież nie tak dawno Wałęsa im obiecywał, że „S" będzie wsparta na  trzech nogach – robotniczej, rolniczej i studenckiej.

Ogłaszają więc strajk na Uniwersytecie Warszawskim. Przybywa do nich Zbigniew Bujak. Spotkanie w sali numer 17 na Wydziale Historycznym, tłoczy się ponad dwieście osób. Gość apeluje, by poszli po rozum do głowy i zakończyli protest. Czuć, że sala wielbi Bujaka.

I wtedy mikrofon przejmuje 24-letni Mariusz Kamiński, jeden z liderów podziemnego NZS. Wbrew sali i  dominującym na niej nastrojom naciera na Bujaka. Chodzi nie tylko o  pacyfikację autentycznego protestu, ale o całokształt. To rozliczenie całej „dorosłej" opozycji – za jej gnuśność, minimalizm, rozmycie ideałów w taktycznej rozgrywce z komuną.

– Ci z NZS zawsze ciągle byli niespełnieni – irytuje się Andrzej Celiński, który przy okrągłym stole prowadził obrady podstolika młodzieżowego (Kamiński reprezentował tam NZS). – Piekielnie roszczeniowi, gdziekolwiek się znaleźli. W „Solidarności", przy okrągłym stole, w Komitecie Obywatelskim. Wszędzie chcieli rządzić albo czegoś żądali. Gdy powstanie rząd Mazowieckiego, a kumple z NZS stopniowo zaczną wchodzić do polityki, mediów i specsłużb, „Mario" straci zainteresowanie polityką. Zostawi nieskończone studia i wyjedzie do  Holandii zarobić trochę grosza przy tulipanach. Gdy wróci, toczyć się już będzie „wojna na górze”. Kamiński głosuje na Tadeusza Mazowieckiego.

Scena trzecia

Jesień 1992 r. Informacja o odwołaniu Witolda Marczuka ze stanowiska szefa Generalnego Inspektoratu Celnego jest jak grom z jasnego nieba.

– Prowadziliśmy z Mariuszem dużą sprawę przemytniczą, w którą zamieszany był syn prominentnej działaczki SLD z Gorzowa. Ewidentne związki z  mafią. Ale po odejściu Marczuka sprawę nam odebrano i chyba ukręcono jej łeb – wspomina Piotr Ciompa. Przyszli do GIC w ślad za Marczukiem, zasłużonym działaczem opozycyjnym, związanym wówczas z Porozumieniem Centrum.

Poznali go w kancelarii Wałęsy, w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, do którego na krótko trafili w 1991 r. Pracowali w wydziale analitycznym pod Lechem Kaczyńskim. I odeszli niemal równo z nim. Ale  dopiero GIC jest sprawą poważną. Służba specjalna, robota operacyjna. Pod okiem Marczuka powstaje spora ekipa. Większość również związana z  PC, niektórzy nawet pracowali w zespole Macierewicza, który szukał agentów w archiwach MSW.

Ciompa: – Ale prócz nas, ludzi Marczuka wywodzących się z podziemia, trafiło też do GIC pełno dawnych ubeków, których nie chcieli w UOP. Oni nam tylko przeszkadzali.

Scena czwarta

A raczej kilka scen z połowy lat 90. Na Uniwersytecie Jagiellońskim jajka trafiają w głowę ministra edukacji Jerzego Wiatra. Na UW podczas rozpoczęcia roku akademickiego prezydenta Kwaśniewskiego wita grupa młodych ludzi krzyczących „Kwach, pokaż dyplom". W Sandomierzu zaszokowana Jolanta Kwaśniewska ogląda młodziaków skandujących: „mąż pijak". Kilku wyprawia się nawet do Rzymu, aby tam upolować jajkiem „Kwacha”. Gdziekolwiek się pojawią, słychać: „SLD – KGB”, „Magister Olek – sowiecki pachołek”, „Disco-Olo”, „Sojusz Lewych Dochodów”, „Agenci do  Moskwy”. Oto Liga Republikańska – najgłośniejszy przejaw ulicznego antykomunizmu lat 90. Założona pod koniec 1993 r. przez Mariusza Kamińskiego. Na co dzień – pracownika biura kontroli w TVP Wiesława Walendziaka.

Dyskusja w studiu telewizyjnym u Moniki Olejnik. Prezydencki minister Marek Siwiec do Kamińskiego: „Jesteście zaprzeczeniem demokracji". „Takie dziwolągi jak pan…". „Mam wrażenie, że  pan zwariował”. Kamiński sucho i spokojnie: „Prezydent nie zasługuje na  szacunek”. Marian Krzaklewski, który właśnie buduje AWS, zaprasza „republikanów” na pokład. Ale wtedy jeszcze nikt nawet nie przypuszcza, że to oznacza koniec Ligi. Anna Sikora, poseł PiS, niegdyś w Lidze Republikańskiej: – Pojawiły się stanowiska, zwłaszcza w samorządach, i  zaczął się nowy etap. Trochę nam kariery od tamtej pory urosły.

Scena piąta

Styczeń 1998 r. Ekipa Jerzego Buzka rządzi dopiero od dwóch miesięcy. AWS jest u szczytu swej potęgi, a liderzy prawicy rozkoszują się władzą.

„Życie" publikuje artykuł Mariusza Kamińskiego, w którym zarzuca kierownictwu rozliczne „zaniechania" oraz „impotencję”. Tekst budzi u  wielu zdumienie. Jakiż jest bowiem mandat 33-latka z Ligi Republikańskiej, który dopiero debiutuje w roli posła, a zawdzięcza to  wyłącznie Marianowi Krzaklewskiemu? Kamiński wszedł do Sejmu tylko dzięki miejscu na liście krajowej, arbitralnie ułożonej przez przywódcę AWS. Młody domaga się dekomunizacji, „oczyszczenia” środowiska sędziowskiego, „zdecydowanego uderzenia w gospodarczych aferzystów”.

Wyjaśnia: „Impotencja prawicy nie pozostaje bez związku z powszechnie znanym w świecie politycznym faktem finansowania kampanii wyborczej wielu deklaratywnie antykomunistycznych polityków przez wielki biznes. Biznes przynajmniej częściowo związany z postpeerelowskim układem interesów". Chwilę później wybucha afera żelatynowa. Media piszą, że  ktoś w rządzie przeforsował rozwiązania sprzyjające „królowi żelatyny", przedsiębiorcy Kazimierzowi Grabkowi. Podobno ma to być akt wdzięczności za pomoc w finansowaniu kampanii wyborczej. Podobno stał za tym wicepremier Janusz Tomaszewski.

Podobno przeciek wyszedł od jego zajadłego wroga Wiesława Walendziaka, szefa kancelarii Buzka. Mariusz Kamiński jest kojarzony z grupą Walendziaka w AWS.

Scena szósta

Październik 1999. Mariusz Kamiński w debacie nad ustawą dekomunizacyjną: – Jeśli się okazuje, że kiedyś można było dla korzyści i pieniędzy zostać funkcjonariuszem kolaboracyjnego reżimu, funkcjonariuszem Bieruta, Gomułki czy Jaruzelskiego, to dlaczego teraz nie można byłoby też dla korzyści i pieniędzy zostać tzw. żołnierzem struktur przestępczych, żołnierzem „Dziada" czy „Pershinga"? Jak wytłumaczyć młodzieży moralną różnicę między pałką ZOMO-wską a kijem bejsbolowym? Już wkrótce rozpoznamy te same tropy w znacznie bardziej sugestywnych wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego. Na razie Kamiński bezsilnie jednak obserwuje, jak głosami koalicjanta z UW dekomunizacja przepada. Napisali ten projekt młodzi prawnicy związani z Ligą Republikańską. Firmują posłowie AWS Mariusz Kamiński i Stefan Niesiołowski.

– Przypomnieliśmy społeczeństwu, jak wielu przedstawicieli obecnej elity wywodzi się z  moralnego i politycznego rynsztoka – złości się „Mario" po głosowaniu. Ale nie odpuszcza. Z Władysławem Stasiakiem, młodym kontrolerem z NIK, wiele dyskutują o pomyśle stworzenia urzędu antykorupcyjnego. Elitarnego, zwalczającego korupcję na szczytach władzy. Piszą projekt ustawy. Szefem MSWiA zostaje właśnie Marek Biernacki. Dobry znajomy o  wyrazistej, antykomunistycznej tożsamości. Zaprasza „Maria" do resortu i  pozwala mu zaprezentować mediom projekt ustawy o urzędzie antykorupcyjnym.

– Tworzyliśmy wtedy CBŚ i uważałem, że dobrze będzie, jeśli jednym z filarów Biura będzie walka z korupcją – wspomina Biernacki, dziś poseł PO. – Ale projekt Kamińskiego nie wszedł wtedy w  życie. Wrócił w podobnej postaci dopiero w czasach PiS. Wtedy jednak wydałem kolegom z Platformy opinię negatywną. CBŚ już bowiem działał i  nie było sensu tworzyć konkurencyjnej służby.

Scena siódma

Jesień 2005 r. Kampania wyborcza. W zalewie niemal takich samych plakatów z nienaturalnie wygładzonymi facjatami polityków,jeden naprawdę się wyróżnia. Na czarno-białym rastrze widać pół twarzy Mariusza Kamińskiego oraz – jakby przystawione stemplem hasło „Państwo bez korupcji". Zaprojektował znajomy grafik, dawny kolega z Ligi Republikańskiej.

Po wyborach poseł PiS Mariusz Kamiński opowiada tylko o  planach powołania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. „Naszym celem nie  jest ściganie korupcji na poziomie pielęgniarek czy lekarzy, tylko skorumpowanych polityków, zwłaszcza z partii aktualnie rządzącej. Zwłaszcza dla tych ostatnich nie będzie litości" („Ozon"). „Są w Polsce tzw. wielcy biznesmeni, którzy kolekcjonują w swoich spółkach byłych ministrów, byłych posłów. Widzimy to zjawisko i chcemy powiedzieć takim panom jak pan Kulczyk, pan Gudzowaty, pan Krauze: jeśli liczą na to, że dzięki temu będą ponosili korzyści w biznesie, to są w wielkim błędzie” (podczas konferencji prasowej). W komisji sejmowej eksperci mają wątpliwości co do niektórych zapisów powołujących CBA.

Kamiński, znany z  tego, że na ogół mówi bardzo cicho, teraz niemal krzyczy: – Panowie przekraczają swoje uprawnienia! Projekt przechodzi błyskawicznie, w maju 2006 r. można już tworzyć urząd. Jarosław Kaczyński ogłasza powstanie „pierwszej instytucji IV RP". Na czele staje Mariusz Kamiński. – Jako działacz opozycji wiem, czym była policja polityczna, czym była SB w  rękach PZPR. I wiem, że do nadużyć nie dojdzie – uspokaja coraz powszechniejsze obawy. Już w grudniu 2006 r. pierwsze zatrzymania. Ludzie w kominiarkach wloką dwóch mężczyzn, którzy mieli wyprowadzić z  zakładów tłuszczowych sporą gotówkę.

Funkcjonariusz z kamerą, jak zauważą świadkowie, po kilka razy kręci wnętrza biura firmy. Chce mieć jak najlepsze ujęcia. Ujęcie pokazujące wyprowadzanego w kajdankach doktora G. będzie już w pełni profesjonalne. Znanemu kardiochirurgowi zarzucono korupcję oraz – jak się potem okazuje bezpodstawnie –  zabójstwo pacjenta. Ciąg dalszy jest znany. Ktoś ostrzeże wicepremiera Leppera, że dwóch facetów załatwiających w jego resorcie odrolnienie działki jest „prowadzonych" przez agentów CBA.

Z prowokacji nici, żałosna partanina amatorów. A do tego rozpadnie się koalicja, będą przyspieszone wybory. Posłanka PO Beata Sawicka zostanie złapana na  gorącym uczynku. Tylko czemu szef CBA będzie czekał z ujawnieniem nagrań aż do tygodnia poprzedzającego wybory? Dlaczego z długiego stenogramu nagrań Sawickiej wyeksponuje tylko jej przechwałki o robieniu „biznesu" na prywatyzacji służby zdrowia? Czyż nie dlatego, że akurat w  tym samym czasie telewizja pokazywać będzie klip wyborczy PiS atakujący PO za rzekomą chęć sprywatyzowania szpitali? I zdanie, po którym co do  intencji Kamińskiego nie ma już żadnych wątpliwości: „Ta konferencja każe się zastanowić, na kogo oddać swój głos"?.

Scena ósma

– CBA nie pęka! – buńczucznie zapewnia szef CBA Mariusz Kamiński, wchodząc na przesłuchanie do prokuratury. Jest październik 2009 r. Właśnie postawiono mu zarzuty przekroczenia uprawnień i fałszowania dokumentów przy aferze gruntowej. Palce ułożone w literę „V" i  zapowiedź: – CBA będzie działać do ostatniej chwili. Czyli dotąd, aż  premier Tusk nie zdymisjonuje Kamińskiego. Polska właśnie żyje aferą hazardową. Czy ważni ludzie z Platformy chodzili na pasku podejrzanych typów stawiających gdzie popadnie automaty do gry?

Ujawnione przez „Rzeczpospolitą" stenogramy rozmów Ryszarda Sobiesiaka i Zbigniewa Chlebowskiego – choć to ewidentna „wrzutka" od CBA – szokują publiczność. Tusk się nie patyczkuje z własnym otoczeniem: dochodzi w  rządzie do serii spektakularnych dymisji. Ale i kończy się cierpliwość premiera wobec pozostawionego po wyborach szefa CBA związanego z PiS. Czy Mariusz Kamiński zastawił na premiera pułapkę? Dwa miesiące wcześniej informował Tuska, że z pracami nad ustawą hazardową coś jest nie tak.

Według Tuska szef CBA zaznaczył jednak, że nie ma twardych dowodów pozwalających postawić zarzuty Chlebowskiemu i Drzewieckiemu. Chodziło więc tylko o to, aby szef rządu dyskretnie wyczyścił sytuację. Co też się stało, sprzyjające branży hazardowej poprawki do ustawy zostały wycofane. Ale już według Kamińskiego informacja przekazana Tuskowi w sierpniu 2009 r. była poufna. A zatem premier popełnił przestępstwo, ostrzegając swych podwładnych, którzy wycofali korupcyjne propozycje.

Słowo przeciwko słowu. Ktoś kłamie – ale kto? Kamiński spełnia obietnicę złożoną na schodach prokuratury o działaniach „do ostatniej chwili". Zanim odejdzie, w ostatnich godzinach urzędowania będzie zarzucał opinię publiczną kolejnymi donosami na rząd. Ale to  sprawy nieprzygotowane, bez przekonujących dowodów i bez szans procesowych. Chodzi pewnie już tylko o zemstę na Tusku.

Scena ostatnia

Posłanka Anna Sikora od lat jest zaprzyjaźniona z Kamińskim. Niektórzy twierdzą, że wraz z powrotem „Maria" do PiS także ona trafi teraz do  pierwszego szeregu. Sympatyczna i otwarta.

– Nie jestem zawziętą babą z  fobiami. A tak się ocenia ludzi z PiS – utyskuje.

– Bo jesteśmy jednoznaczni. Czasem sobie myślę, że może zbyt jednoznaczni? Ale nic więcej przecież nie mamy poza naszymi wartościami.

– Mariusz Kamiński miewa wątpliwości? – pytam.

– Myślę, że jest w zgodzie z samym sobą.

– Ale mówi się o nim, że to pisowski Robespierre.

– Robespierre? Dla mnie to mały rycerz.

Mały rycerz albo Robespierre, jak kto woli. Wraca. Będzie o nim głośno. Pomimo zaangażowania kilku pośredników nie udało mi się uzyskać od  Mariusza Kamińskiego zgody na rozmowę.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2011
Więcej możesz przeczytać w 5/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 3
  • AWERS IP
    Frustrat powinien iść do frustratów ale żeby do kastratów ? o przepraszam eunuchów ?
    • ewa IP
      Nudy we Wprost - wciąż ta sama opcja: lizać rządzących,walić w opozycję. Obciach.
      • andrzej IP
        Jak go zobaczyłem pierwszy raz od razu jawił mi się jako Dzierżyński PiS-u, taki \"Stachanowiec\" walki z mitycznym \"układem\". Wraz z Kaczyńskimi chciał zrobić z Polski jeden wielki \"areszt śledczy\" hgdzie oczywiście nikt kto jest niewinny nie musiałby się niczego obawiać.Ale o tym kto jest winny decydował by komitet polityczny PiS. Ta polityka insynuacji i bezpodstawnych oskarżeń jest przez PiS dalej twórczo kontynuowana.