Prezes prezesów

Prezes prezesów

Każda kolejna władza musi się ze mną liczyć i rozmawiać - podkreśla z mocą Zbigniew Komorowski, właściciel Bakomy i szara eminencja PSL.
To nie Jarosław Kalinowski, prezes PSL i wicepremier, ma najwięcej do powiedzenia w ludowej partii. Faktycznym szefem stronnictwa jest szeregowy poseł Zbigniew Komorowski. Tyle że ów szeregowy poseł jest jednocześnie właścicielem firmy Bakoma, kontroluje dużą część rynku zbożowego w Polsce, daje pracę byłym PSL-owskim premierom, ministrom i wojewodom, a także przedkłada własne projekty ustaw. Utopił 500 tys. zł w PSL-owskim tygodniku, ale sam nie utonął. Gdyby stan konta decydował o stanowisku szefa partii, Zbigniew Komorowski byłby prezesem ludowców. Twierdzi, że czuje obrzydzenie do supermarketów, choć sprzedaje w nich większość swoich produktów. Ekspansja kapitału niemieckiego to dla niego początek IV rozbioru Polski, choć gdyby nie inwestorzy zza Odry, nie znalazłby się w gronie najbogatszych Polaków.

- To nie mój pomysł, to Waldek za tym lata! - zarzeka się Zbigniew Komorowski. Waldek to Waldemar Pawlak, a lata za tym, by rozkwitał zbożowy biznes. Prezes Bakomy wykupuje kolejne zakłady zbożowe i związał ze swoimi firmami już kilkadziesiąt tysięcy rolników. Pawlaka uczynił zaś w ubiegłym roku szefem Warszawskiej Giełdy Towarowej, gdzie handlowano głównie zbożem i mięsem. Były premier nie zawiódł swego chlebodawcy i nakreślił ambitny plan: zboże i mięso owszem, ale też handel strategicznymi produktami - paliwem, węglem, żelazem, drewnem i cukrem. I zaczął namawiać Polską Izbę Paliw Płynnych, huty, cukrownie, kopalnie, by to właśnie na jego giełdzie wystawiały swoje towary. Gdy władzę sprawowała prawica, namawiał z marnym skutkiem. Ale teraz jego formacja współrządzi krajem. Komorowski zapewnia, że nie pielgrzymuje do ministerialnych gabinetów, by coś załatwić. - To każda kolejna władza musi się ze mną liczyć i rozmawiać - podkreśla z mocą. Głośno zastanawia się, co by się działo, gdyby przestał skupować mleko (na jogurt) i zboże - rolnicy roznieśliby gmach ministerstwa, a szef resortu czmychnąłby, gdzie pieprz rośnie.

Nos do interesów

Zbikomi nie brzmi tak dobrze jak Bakoma, dlatego dwanaście lat temu Zbigniew Komorowski zgodził się, by to z imienia i nazwiska żony poskładać nazwę firmy. Barbara Komorowska słynie z tego, że szybko poznaje się na ludziach. Potrafi też przewidzieć przyszłość - drugiego takiego eksperta wróżbiarstwa i numerologii w gminie Teresin nie ma.

Wszyscy, którzy znają Komorowskiego, podkreślają jedną jego cechę: nos do interesów (wspominają też o zamordyzmie, ale szeptem). Pierwsze duże pieniądze inżynier budownictwa Zbigniew Komorowski zarobił w latach 70., uprawiając cebulę. Pod koniec lat 80. produkował 25 tys. ton suszu z jabłek, który doskonale sprzedawał się w RFN. Tak doskonale, że w kasie Zakładów Przetwórstwa Owoców i Warzyw Zbigniewa Komorowskiego tuż przed zmianą systemu leżał milion marek. Bakomę założył w 1989 r. Wniósł swoją ziemię i budynki w rodzinnym Elżbietowie, a zagraniczny wspólnik dał sto tysięcy dolarów gotówką oraz zaciągnął w zachodnich bankach kredyt w wysokości dwóch milionów dolarów. Wspólnik to Edward Mazur, Polak z amerykańskim paszportem, odwiedzający regularnie Warszawę, mający doskonałe kontakty z naszymi VIP-ami. - Mazura poznałem w 1989 r., kiedy kręcił się po centralach handlu zagranicznego - opowiada Komorowski. - Zapewniał, że załatwi pieniądze i kontakty. Ja na to przystałem, bo szukałem kogoś z zagranicznym kapitałem. Dzięki temu przez trzy lata nie płaciłem podatków - dodaje. Przez dziesięć lat Mazur był jedynym współudziałowcem Bakomy spoza rodziny Komorowskich. W 1999 r. skusił się na propozycję Danone'a i odsprzedał za ponad 100 mln zł francuskiemu koncernowi 25 proc. akcji firmy.

Ojciec chrzestny premiera Pawlaka

Jedenaście lat temu Komorowski został wybrany na senatora z listy PSL. Wtedy również wyjechały z jego fabryki pierwsze jogurty. Komorowski wiele zawdzięcza umowie licencyjnej z niemieckim gigantem mleczarskim Onken. Układ był prosty: Niemcy dają technologię, a Komorowski produkuje jogurty z ich znakiem firmowym. Współpraca miała trwać pięć lat, ale zakończyła się wcześniej - rozróbą. W połowie 1995 r. Komorowski postanowił bez zgody Niemców przechrzcić jogurty z logo Onkena na produkty Bakomy. Pięć lat trwała wojna prawników obu firm - Onkenowi nie udało się uzyskać odszkodowania. Jogurty Bakomy zapełniały sklepowe półki, a senator Zbigniew Komorowski zaczął zdobywać polityczne salony. Wybrany na wiceszefa klubu ludowców, stał się zaufanym współpracownikiem świeżo upieczonego prezesa stronnictwa Waldemara Pawlaka. W latach 1991-1993 przewodniczył ponadto senackiej Komisji Obrony, dzięki czemu nawiązał dobre kontakty z Belwederem. - Cenił go Wałęsa, lubił go Wachowski - twierdzi partyjny kolega Komorowskiego. Dzięki temu senator stał się jednym z architektów "33 dni Pawlaka". To Komorowski podsuwał Lechowi Wałęsie kandydaturę Pawlaka na szefa rządu, a potem pełnił funkcję negocjatora między prezydentem a premierem. Wtedy po raz pierwszy zawiódł się na liderze swojej formacji. - Zbychu nie mógł zrozumieć, co Waldek wyprawia - opowiada bliski znajomy Komorowskiego. - Na przykład taka sytuacja: napięcie na linii Wałęsa-Pawlak jest coraz większe. Komorowski namawia ich do spotkania w cztery oczy. Wałęsa na umówione spotkanie w niedzielę specjalnie przylatuje z Gdańska. Premier w ogóle się nie pojawia. Komorowski użył wtedy wobec Pawlaka paskudnego epitetu i nie chciał go znać. Ale Komorowski nie jest pamiętliwy, bo już rok później, kiedy ponownie został senatorem (na kadencję 1993-1997), znowu był przy Pawlaku. A Pawlak znowu był premierem - tym razem koalicyjnego rządu z SLD. Komorowski chciał zbudować dla Pawlaka zespół doradców i stanąć na jego czele. Ówczesny lider PSL zignorował go. Ale nawet to nie zraziło Komorowskiego do współpracy z Waldemarem Pawlakiem.

Danone atakuje

W 1997 r. firma przekształciła się w spółkę akcyjną: 75 proc. akcji należało do rodziny Komorowskich (Zbigniewa, Barbary, Piotra i Katarzyny), jedną czwartą zachował Edward Mazur. Przy okazji tej zmiany Komorowski postanowił przenieść siedzibę firmy z Elżbietowa do Warszawy. W rodzinnej miejscowości została tylko fabryka. - Przez to do kasy gminy wpływa rocznie o 350 tys. zł mniej, bo Bakoma płaci tylko podatek od nieruchomości i gruntów - utyskuje wójt gminy Teresin, Marek Olechowski.

Przeprowadzka firmy do Warszawy zaważyła na dwóch politycznych porażkach Komorowskiego. W 1997 r. przegrał walkę o fotel senatora z kandydatem AWS, a rok później nie został nawet radnym wojewódzkim. - Czuł się upokorzony tymi porażkami - uważa Janusz Piechociński, szef mazowieckiego PSL.

Częściej zaczął bywać w Warszawie niż w Elżbietowie. W lutym 1998 r. jego firma zadebiutowała na stołecznym parkiecie. Jej udział w rynku jogurtów w Polsce sięgał wtedy 25 proc., a zysk netto za rok 1997 r. wyniósł 26 mln zł. Tylko Danone mógł się u nas pochwalić lepszymi wynikami. I to właśnie francuski koncern zdołał wiosną 1999 r. przejąć pakiet akcji Bakomy - za 52 proc. akcji Francuzi zapłacili około 250 mln zł. Dużo, zważywszy że Danone dysponuje jedynie 18 proc. głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. - To chyba jedyna umowa w Europie, która chroni interesy krajowego producenta - cieszy się Zbigniew Komorowski.

- On wie, że wcześniej czy później będzie musiał skapitulować. Że po wejściu do Unii Europejskiej, po otwarciu granic, Danone przejmie jego firmę. Przyznaje to w prywatnych rozmowach - twierdzi jeden z bliskich znajomych Komorowskiego.


Jarosław Gajewski

Pełny tekst artykułu w najnowszym 1002 numerze "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku 4 lutego.

Czytaj także

 1
  • Zbyszek IP
    A jednak nie wypad z rynku pomimo pojawienia się naszego kraju w UE.