Orzeł wylądował

Orzeł wylądował

Koniec kariery Adama Małysza oznacza, że kończy się dekada zachwytów nad wielkim mistrzem i prób zrozumienia jego tajemnicy. Tajemnicy, która wciąż nie została rozwikłana.
Co się śni Adamowi Małyszowi? Trudno zgadnąć… Skoki narciarskie! Ale nie takie zwykłe, owe osławione „dwa dobre skoki" w zwyczajnym konkursie. Kiedyś podczas długiej rozmowy opowiedział nam, że często mu się śni, jak leci w czarną dziurę. Leci i nie może sięgnąć dna. Aż w końcu budzi się przed lądowaniem.

Jakim człowiekiem jest jeden z najlepszych polskich sportowców w historii, a na pewno najbardziej przez Polaków kochany? Dlaczego właśnie jego obdarzyli Polacy miłością i uwielbieniem, jakich nie zaznał i pewnie nie zazna żaden inny idol, sportowiec, piosenkarz czy aktor?

– Patrzę w lustro i co widzę? Widzę siebie. Widzę Adama Małysza. Normalnego, zwykłego faceta. Choć wiem, że jestem kimś rozpoznawalnym, że sport wyniósł mnie na piedestał. Chciałbym się po prostu zapisać w pamięci ludzi z jak najlepszej strony – napisał w autobiografii. Cały Małysz. Gdybyśmy mieli znaleźć jedno określenie dla jego charakteru, byłoby to słowo „poczciwy". Drobny chłopak z niemodnym wąsem. Skromny do bólu, onieśmielony, jakby zaskoczony sukcesami. Tyle że uprawiający jedną z najbardziej romantycznych dyscyplin świata: śnieg, wiatr, odważny skok, długi lot. To nie coś, czego każdy może spróbować w wolnym czasie. Stańcie na szczycie skoczni Bergisel w Innsbrucku i spójrzcie w dół: z miejsca miękną nogi, kręci się w głowie i ciarki przechodzą po plecach.

A jednocześnie Małysz to człowiek dokładnie wiedzący, czego chce i z kim chce pracować, żeby to osiągnąć. Potrafiący rozstać się ze współtwórcami sukcesu, jeśli współpraca się wypaliła, i wybrać nowych. Sprawny biznesmen, który doskonale potrafi przekuć gigantyczną popularność na sukces finansowy i bezwzględnie pilnować interesu. A równocześnie ktoś, kogo sława i pieniądze nie zmieniają ani na jotę. Kto mimo sukcesów haruje na kolejne, jak wtedy, kiedy zaczynał.

Tak to wszystko się zaczęło

Styczeń 2001. Wraz z kolegą z „Gazety Wyborczej" Robertem Błońskim całą noc gnamy rozklekotanym fordem naszego fotoreportera Kuby Atysa z Warszawy do Innsbrucku. Chcemy zdążyć na konkurs Turnieju Czterech Skoczni, bo wszystko wskazuje, że po raz pierwszy w historii wygra Polak. W kwalifikacjach Adam Małysz dosłownie przeskoczył skocznię. Po 14 godzinach jesteśmy na miejscu, konkurs już trwa, a tu jeszcze kawał drogi pod górę, na Bergisel. Skok Adama w pierwszej serii oglądamy w wozie transmisyjnym RTL, który stoi po drodze. Gdy inni nie potrafią przekroczyć bariery stu metrów, Polak skacze 111,5! Niemcom opadają szczęki, nie wiedzą, jak to komentować, proszą o wyjaśnienia. Ale my sami nie wiemy.

Drugi skok, który daje Małyszowi miażdżące zwycięstwo, oglądamy już na własne oczy. I przecieramy je ze zdumienia. – On skacze, jakby spadł tutaj z innej planety – mówi nam najlepszy wówczas skoczek, Niemiec Martin Schmitt. – Fenomen! Nikt nigdy nie wygrał tu z taką przewagą – kręcą głowami ze zdziwienia kibice. Widzimy austriackie dzieci, które odcinają od austriackich flag czerwony kawałek, by zamienić je na polskie. Mijamy grupę innych, z wymalowanymi biało-czerwonymi barwy na twarzach, które skandują po kibicowsku „Aaa-dam Maaaalisz" i klaszczą trzy razy w ręce. Choć za nami setki zawodów, w tym trzy olimpiady, nigdy nie widzieliśmy, żeby cudzoziemcy tak fetowali polskiego sportowca.

A to dopiero początek. Jak wszyscy Polacy powoli odkrywamy Małysza. Słyszymy anegdoty o pierwszym skoku w życiu, po którym wylądował na śniegu w skarpetach, bo buty były za duże dla sześciolatka. O tym, że jeszcze niedawno zastanawiał się, czy nie rzucić sportu i nie wrócić do wyuczonego zawodu dekarza, bo pieniędzy ze skoków nie ma, a rodzinę utrzymać trzeba. Ale ciężko z niego cokolwiek wyciągnąć. Jest oszołomiony zwycięstwem, nie do końca świadomy, co się dzieje. A nawet przerażony sukcesem, jak ktoś, do kogo dociera, że właśnie trafił szóstkę w totka. Pytamy więc fachowców. Ale oni też nie wiedzą. Taka to dyscyplina i już.

Ponieważ nie wiemy nic, pytamy o wszystko. Adam opowiada nam, że w przerwach między seriami zawsze zjada suchą bułkę z bananem. Dajemy taki tytuł do wywiadu. Przybiega do nas Tajner. – Coście narobili! Teraz w strefie dla zawodników banany i bułki są już nie do dostania – śmieje się.

Po zwycięstwie w Bischofshofen, gdzie Małysz pieczętuje zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni, na stronę biorą nas dziennikarze z Japonii. Nie mogą się pogodzić, że Polak zdetronizował ich mistrzów – Funakiego, Okabę, Haradę. W rękach trzymają tłumaczenie naszej rozmowy z Małyszem, w której opowiada, że wjeżdżając wyciągiem na skocznię, o niczym nie myśli, tylko nuci sobie kolędy, bo tak mu doradził psycholog. Japończycy poproszą, żeby im te kolędy... zaśpiewać! Czemu nie. Skupieni, ze ściągniętymi brwiami, nagrywają na dyktafony „Przybieżeli do Betlejem" w naszym wykonaniu. Nigdy nie sprawdziliśmy, czy Funaki z Haradą nauczyli się polskich kolęd.

Och, Adaś, me ciało drży całe

Tymczasem w Polsce wybucha małyszomania. Polacy z miejsca zakochują się w nowym idolu. Staje się chyba pierwszym Polakiem, któremu rodacy nie zazdroszczą sukcesu.

Na temat Małysza powstają dowcipy i wiersze. Jak ten pani Marzeny z Katowic: „Gdy widzę Małysza, to cudo/To chwytam lubego za... udo/Gorąco robi się, jak Adaś w górę mknę…". Na adres Małyszów w Wiśle przychodzi takich mnóstwo. Jakaś kobieta oferuje, że poustawia w domu łóżka zgodnie z rozkładem żył wodnych, żeby mistrz skakał jeszcze efektywniej. Przychodzą rady, jak ta od profesora AGH, żeby Adam przed każdym skokiem wykonywał przysiad. Każdy Polak staje się ekspertem od skoków narciarskich.

Powodów tej fascynacji jest bez liku. Po pierwsze, Polacy rozpaczliwie pragną sukcesu. I oto daje im go bohater pod każdym względem pozytywny. Zawsze onieśmielony sukcesem, nigdy buńczuczny, nigdy nie zapowiadający, że znokautuje rywali. On zawsze tylko chciał „oddać dwa dobre skoki". Skrajnie odmienny niż dotychczasowy największy sportowy idol polskich mas, bokser Andrzej Gołota, który lubił bić poniżej pasa, a zdarzało mu się też w kompromitującym stylu rejterować z ringu. A przecież w gazetowej milenijnej sondzie na Polaka XX wieku zajął drugie miejsca za Janem Pawłem II!

Historia Małysza to spełnienie „polish dream" o zwykłym, szarym człowieku z małego miasteczka, mówiącym gwarą, który rzucił na kolana cały świat. Małysz zadziwił, bo z szacunkiem mówił o rywalach, nigdy nie irytował się po niepowodzeniach, nie ciskał nartami, nie obwiniał wszystkich wokół, tylko zwyczajnie brał się do ciężkiej pracy.

Nigdy nie daje się sprowokować. Niemiecka prasa brukowa, zawiedziona detronizacją swoich idoli Schmitta i Svena Hannawalda wielokrotnie próbowała prowadzić z nim wojnę psychologiczną. Jeszcze podczas pierwszego zwycięskiego TCS brukowiec „Bild" napisał, że Małysz każde zwycięstwo opija wódką, libacje polskiej kadry trwają do nocy i dziwne, że sponsorem Polaka został Red Bull, a nie któryś z producentów alkoholi. – Śmiać mi się z tego chce. A jaki przyniosło to efekt, to sami widzieliście na skoczni – mówił nam wtedy w Bischofshofen.

Sam przez całą karierę stara się być fair wobec wszystkich. Przykład z igrzysk w Salt Lake City: producent nart, Elan, przygotował dla niego specjalne deski na olimpijski konkurs. Pod zwykłą, zieloną powłoką były całe złote – z napisem „Adam Małysz". – Tuż przed skokiem miałem tę naklejkę zedrzeć i wystartować w złotych nartach. To miało wpłynąć deprymująco na rywali. Miałem im pokazać, że czuję się już zwycięzcą i dlatego mam złote narty. Ale według mnie to byłoby poniżej pasa. Nie zgodziłem się – opowiadał.

Serce boli, kiedy odmawiam

Kiedy trzeba było, potrafił być stanowczy. Po raz pierwszy przekonaliśmy się, że wcale nie jest taki zahukany, po jego zwycięstwie w Bischofshofen. Wręczając Adamowi kluczyki do nagrody głównej – sportowego audi – rzecznik FIS, Szwajcar, zapytał, czy Małysz zabierze auto do Polski, bo przecież tam tak strasznie kradną. – To w Szwajcarii samochodów nie kradną? – odparował Polak.

Dla kibiców zawsze serdeczny, ciepły, cierpliwy. Opowiedział nam kiedyś, że wielki norweski skoczek Espen Bredesen obserwował, jak Małysz w nieskończoność rozdaje autografy. Później powiedział: „Adam, jesteś wielki, ale byłbyś jeszcze większy, gdybyś się nauczył odmawiać". – Postanowiłem się nauczyć, ale nie za bardzo to idzie. Gdy odmówię komuś zdjęcia czy autografu, serce mnie boli – przyznał.

Ale kibiców potrafił sobie wychować. W 2002 r. takich tłumów, jakie dotarły pod Wielką Krokiew „na Małysza", nikt w Tatrach nie pamiętał. Kiedy o czwartej nad ranem ochroniarze przybyli pod skocznię, na trybunach było już 20 tys. ludzi (niestety, głównie bez biletów), 50 tys. musiało się rozlać wokół trybun. Niestety, okazało się, że fani przenieśli pod skocznie obyczaje szalikowców ze stadionów piłkarskich. Podczas konkursu gwizdali na Schmitta i Janne Ahonena. W powietrzu latały nie tylko przyśpiewki, że „Hannawald to stara k…, którą trzeba p…”, lecz także śnieżki. Obrzucano nimi Niemca wjeżdżającego wyciągiem na start.

Małysz stanął w obronie rywala, jasno dając do zrozumienia, że na skoczniach nie ma miejsca dla szowinizmu i chuligaństwa.

Rok później wszystko się zmieniło. Hannawald kłaniał się w pas widowni w Zakopanem, płacząc ze wzruszenia, że nigdy publiczność za granicą nie okazywała mu takiej sympatii. Do dziś wszyscy skoczkowie powtarzają, że tak obiektywnych fanów jak w Zakopanem nigdzie nie ma.

Polacy kochają Małysza, bo sukces w ogóle go nie zmienia, jak to się zdarzyło z wieloma idolami przed nim. Choćby Matti Nykänen – Diego Maradona skoków narciarskich. Geniusz, któremu sukcesy uderzyły do głowy jak szampan. Po zakończeniu kariery był striptizerem, z biedy sprzedał wszystkie swoje medale i nawet trafił do więzienia za próbę zamordowania żony. Małysz jest na przeciwnym biegunie. Wzór profesjonalisty, któremu niezłomny charakter i ciężka praca pozwalały wspinać się na szczyt i wracać na niego wiele razy. Nie było porażki, której nie przekułby w zwycięstwo.

A przecież osiągnął prawie wszystko: cztery Kryształowe Kule, cztery mistrzostwa świata, cztery medale igrzysk. Ile trzeba determinacji, by wracać na szczyt? Zwłaszcza gdy było się już na nim tak wiele razy. Na ostatni triumf w Pucharze Świata czekał prawie cztery lata, ale nawet na chwilę nie porzucił nadziei. Wreszcie wygrał po raz 39. w karierze, w styczniu, oczywiście w Zakopanem.

I tak pana kochamy

Sam nie uwierzył w swoją legendę – zawsze taki sam: czasem mniej, czasem bardziej zamknięty, niezmiennie potrafiący jednak zachować kontakt z rzeczywistością, nawet podczas najwyższych lotów, kiedy 40-milionowy kraj nosił go na rękach. W 2001 r. odmówił przylotu na bal mistrzów sportu, choć prezydent Aleksander Kwaśniewski był gotów wysłać po niego helikopter.

Sława zawsze mu ciążyła. Przez pierwsze lata był nią autentycznie przerażony. Dopiero z czasem się oswoił, choć nie do końca. – Nigdy nie czuł się idolem i nie chciałem nim być. Nie jestem ideałem ani człowieka, ani sportowca. Moja żona wie o tym najlepiej – mówił nam.

W Wiśle latami stacjonowały grupy paparazzich nawet wtedy, gdy nie było go w domu. Czekali, aż żona zrobi coś, co będzie można sprzedać jako sensację. Nie zrobiła. Deweloper, który sprzedawał mieszkania w bloku obok domu Małyszów, reklamował, że są z widokiem na jego ogród. Do Wisły przybywały wycieczki z całej Polski, by zobaczyć jego dom. Wkurzało go to. – Ludzie nieustannie stoją przed domem i zaglądają nam w okna. Wyciągają lornetki, aparaty, kamery. W ogóle nie mamy życia – narzekał nam. W końcu ogłosił, że się wynosi do Zakopanego.

Nie zniechęcały go porażki, choć fora internetowe były pełne głupich wpisów pseudokibiców jakby zadowolonych, gdy mu czasem nie szło. Cóż, internet, większość była Adamowi wierna. Ci zawsze wybaczali mu niepowodzenia. – Kiedy skakałem słabo, nikt mi nie mówił: „Kończ, dziadku, ustąp miejsca młodszym". Od kibiców słyszałem raczej: „Niech pan skacze dla własnej przyjemności. Pan już nic nie musi, pan już tyle osiągnął. I tak pana kochamy”. Dla mnie to była dodatkowa motywacja, żeby dla takich kibiców znów wygrywać – opowiadał.

Do samego końca kariery odmawiał udziału w programach telewizyjnych, choć kilka lat temu cieszył się, gdy dotarła do niego pogłoska, że żona zostanie zaproszona do „Tańca z gwiazdami". Sam bardzo dbał o to, by widziano w nim wyłącznie sportowca skupionego całkowicie na swoich celach na skoczni. Z czasem nauczył się żyć w świecie mediów. Był otwarty, wyluzowany, elokwentny, na skoczni zasypywał nas żartami, niektórym dziennikarzom robił psikusy. Nie pozwalał jednak przekraczać granic prywatności.

Koniec misterium

Trudno wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał bez Małysza polski sport, o skokach narciarskich nie wspominając. Przez prawie dekadę w czasie każdego konkursu przed telewizorami zasiadała cała Polska. Ludzie wpatrzeni w mały punkt na szczycie skoczni, jakby dmuchali mu pod narty, biorąc udział w sportowym misterium nazywanym małyszomanią.

– Adam to wielki sportowiec, najlepszy, z jakim pracowałem. To dla niego wróciłem z emerytury. Nasza współpraca była czystą przyjemnością. Na czym polega fenomen Małysza? Na tym, że w skokach możesz się utrzymywać na topie góra przez siedem lat. Osiem to już wyjątek, a dziewięć – niemożliwe. Nie znam nikogo, komu by się udało. Poza Adamem, który w czołówce utrzymywał się właściwie przez 15 lat. Udało mu się, bo łączył pasję, talent z ciężką pracą. Przeżyłem z nim jeden z najlepszych, jeśli nawet nie najlepszy okres w całej mojej trenerskiej karierze – mówi dziś „Wprost" 65-letni fiński trener Hannu LepistÖ, który prowadził do sukcesów najlepszego skoczka wszech czasów – Nykänena, wprowadził też w wielki sport Janne Ahonena i Thomasa Morgensterna.

Fin postanowił wrócić na emeryturę. – Jestem już za stary do tej roboty, a drugiego takiego jak Adam nie znajdę.

Okładka tygodnika WPROST: 10/2011
Więcej możesz przeczytać w 10/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 5
  • [email protected] IP
    Lis tez tak moze spojrzyc w lustro i co widzi???jakie odbicie czlowieka honoru czy czlowieka z Wyboru;;SALONU;;UBECKIGO.
    • bez-nazwy IP
      Lis tez tak moze spojrzyc w lustro i co widzi jakie odbicie czlowieka honoru czy czlowieka z wyboru;;SALONU;;UBECKIGO.
      • [email protected] IP
        MALYSZ I WPROST.KIEDYS BYLI ROWNI teraz WPROST Mu nie DOROWNUJE Zeszmacila SIE JAK GW michNIKA.ADAS lec do WOLNYCH MEDIOW.
        • [email protected] IP
          ADAM nie pasuje do tej OKLADKI, PATRZCIE JAK WYKRECA WZROK W DRUGA STRONE ???DEMOKRACJI OBIEKTYWIZMU I PRAWDY!!
          • polikarp IP
            jaki sympatyczny ten Adaś, serdeczny pysiol

            Czytaj także