Uciekinier z Hollywood

Uciekinier z Hollywood

Na świecie jest gwiazdą. W Polsce uważa się go za ekscentryka balansującego na krawędzi kiczu. Do kin wchodzi właśnie najnowszy film Lecha Majewskiego „Młyn i krzyż”, a pod koniec marca Muzeum Narodowe w Krakowie zaprezentuje retrospektywę jego twórczości.
Jest reżyserem filmowym, malarzem, pisarzem i poetą. Doczekał się indywidualnej wystawy retrospektywnej w prestiżowym Museum of Modern Art w Nowym Jorku, a na jego londyńską inscenizację „Odysei" pieniądze wyłożył Samuel Beckett. W Hollywood kręcił filmy z producentami Davida Lyncha, a Miloš Forman zaliczył jego „Lot świerkowej gęsi” do dziesięciu najciekawszych produkcji wszech czasów. Mimo to Lech Majewski uciekł z Fabryki Snów do Europy i zaczął kręcić offowe, artystowskie filmy. Dziś jest uwielbiany przez intelektualistów na całym świecie, tylko nie w Polsce. – Najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju – mówi. – Ale nie jestem jedyny. Pamiętam, jak chciałem kupić bilety na amerykański koncert Henryka Góreckiego, który odbywał się w mieszczącym wielotysięczną widownię Hollywood Bowl. Okazało się, że wszystkie są wyprzedane, chociaż nawet na Rolling Stones były wolne miejsca. Tymczasem w Polsce Górecki nie mógł zapełnić znacznie mniejszych sal – dodaje.

Również najnowszy projekt Majewskiego, „Młyn i krzyż", wchodzący na nasze ekrany 18 marca, został na Zachodzie przyjęty entuzjastycznie. Film, w którym ożywa obraz Petera Bruegla, miał światową premierę na Sundance, najważniejszym festiwalu filmów niezależnych, potem europejską w Rotterdamie, a dwa dni później odbył się pokaz w paryskim Luwrze. „Wizualne olśniewający” – pisał o nim Dennis Harvey z „Variety”, a David D’Arcy ze „Screen Daily” zachwalał: „To eksperyment, którego nie można przegapić”.

Gwiazda emigracji

Majewski chciał być malarzem. Rozpoczął nawet studia na akademii sztuk pięknych. Paradoksalnie to Biennale Sztuki w Wenecji sprawiło jednak, że przeniósł się na łódzką filmówkę. Artysta wybrał się do Gallerie dell’Accademia i zobaczył „Burzę" Giorgionego. – Stwierdziłem, że gdyby Giorgione żył, to kręciłby dziś filmy, takie jak Antonioni i jego „Powiększenie”, tajemnicze i metafizyczne – mówi Majewski.

Jeszcze kiedy studiował na PWSFTViT, spotkał włoskiego reżysera. Kręcił swoją pierwszą etiudę u Wojciecha Hasa, gdy do Łodzi przyjechał mistrz kina. Antonioni obejrzał pokaz i życzył debiutantowi „buona fortuna". I rzeczywiście, Majewskiemu na początku szczęście sprzyjało. Jego nowela „Grand Hotel” zdobyła główną nagrodę na międzynarodowym festiwalu szkół filmowych, potem 24-latek został zaangażowany przez samego Józefa Szajnę, dyrektora teatru Studio, gdzie miał wystawić „Odyseję”. Wydawało się, że kariera czeka dosłownie za rogiem. Ale fabularny debiut Majewskiego, poetycko-fantastyczny „Rycerz”, został zmiażdżony przez krytykę i uznany za kicz. W tym czasie reżyser został zaproszony do Anglii na festiwal filmów o średniowieczu i tam zastał go stan wojenny.

– Nie planowałem emigracji, ale nastała wojna polsko-jaruzelska. Nie widziałem powodu, aby wracać. Więc zostałem w Londynie – tłumaczy Majewski. – Któregoś razu reżyser Lindsay Anderson zabrał mnie na przyjęcie, gdzie spotkałem córkę irlandzkiego dramaturga, Shivaun O’Casey. Opowiadała, że widziała w BBC dokument kręcony w Polsce o przygotowaniach do wystawienia „Odysei" na Wiśle. Przyznałem, że to mój spektakl, ale nie doszło do premiery. Wtedy ona zaproponowała, aby wystawić go na Tamizie – wspomina reżyser. I tak też się stało. Widowisko, które rozgrywało się na płynących barkach, zebrało świetne recenzje i zostało uznane za wydarzenie sezonu, a młody twórca szybko stał się gwiazdą w środowisku artystycznym. – Przed premierą dostałem od Samuela Becketta liścik wielkości wizytówki, w którym życzył mi, aby moja podróż skończyła się równie szczęśliwie co Odysa – mówi autor. Inscenizacja zwróciła też uwagę Michaela Hausmana, producenta filmów Miloša Formana, który zaprosił Majewskiego do Stanów Zjednoczonych.

Pod prąd

Za oceanem spełnił się american dream reżysera. Oczarowany „Rycerzem" i „Odyseją” Hausman zdecydował się wyprodukować pierwszy komercyjny film Polaka, „Lot świerkowej gęsi”. Produkcja powstała na bazie opublikowanej jeszcze w Polsce powieści Majewskiego „Kasztanaja”, ale górniczy Śląsk z książki zmieniono na Pittsburgh, a główny bohater nie uciekał do Sopotu, lecz do Hollywood. – Na castingu pojawili się m.in. Patrick Swayze, Kevin Costner i Tom Hanks. Wtedy jeszcze nie byli gwiazdami i nie pasowali mi do roli górnika – raczej surferów. Do tej pory mam taśmę z nagraniem – wspomina twórca. Film odniósł spory sukces komercyjny, a gratulacje reżyserowi składał sam Robert Redford.

Potem był „Więzień Rio" o Rolandzie Biggsie, mózgu tzw. napadu stulecia z 1963 r. (15-osobowy gang zatrzymał w Wielkiej Brytanii pociąg i ukradł rekordowe 2,6 mln funtów). Złodziej uciekł z więzienia i ukrył się w Brazylii, gdzie odnalazł go Majewski. Wspólnie napisali scenariusz do filmu, który zachwycił krytykę i cieszył się sporą frekwencją. Polski twórca szybko podbił amerykańskie środowisko filmowe. – Żyłem tam wtedy bardzo intensywnie i poznałem sporo ciekawych ludzi. Gdy pracowałem nad „Basquiatem”, Dennis Hopper opowiadał mi o świecie twardych narkotyków, Jimie Morrisonie i Janis Joplin. Nieopodal mnie na Mulholland Drive mieszkał Marlon Brando. W jego samochodzie było wyjęte siedzenie pasażera, bo był wtedy już tak gruby, że się nie mieścił: na noc jego koreański służący przykuwał go kajdankami do łóżka, bo aktor miał napady obżarstwa i potrafił na raz zjeść 15 hamburgerów i 5 pizz – opowiada reżyser. – Najbardziej zaskoczyło mnie jednak, gdy na jedną z premier przyszła Elizabeth Taylor i obskoczył ją tłum fotografów, a kwadrans później aktorka stała sama, opuszczona z kieliszkiem szampana w ręku. Nikt do niej nie podszedł, żeby porozmawiać. – dodaje.

Do Polski reżyser wrócił na chwilę, gdy szukał plenerów do filmu „Ewangelia według Harry’ego". Film stał się kolejnym sukcesem, więc zaskoczeniem było, gdy reżyser postanowił wyjechać z USA. – Ja idę pod włos typowego myślenia: sława, pieniądze. Przyjrzałem się temu z bliska w Hollywood i zrezygnowałem. Dostałem się tam do elitarnego klubu, ale mnie to uwierało, nie dawało satysfakcji. Wycofałem się z robienia takich filmów, jak „Więzień Rio”, który nie jest co prawda zwykłym komercyjnym filmem, ale zarobił pieniądze, sprawdził się na rynku. Ruszyłem w inną stronę – tłumaczył w jednym z wywiadów. Ostatnią rzeczą, którą zrealizował przed wyjazdem do Europy, było napisanie scenariusza do filmu o Jean-Michelu Basquiacie, którym Majewski był zafascynowany. „Basquiat. Taniec ze śmiercią” z 1996 r. to historia ekscentrycznego czarnoskórego malarza, przyjaciela Andy’ego Warhola, który zmarł w wieku 27 lat po przedawkowaniu narkotyków.

Offowy dziwak

Kino niszowe i mocno artystowskie, a jednocześnie metafizyczne i lekko pretensjonalne – takie były filmy Majewskiego po powrocie na Stary Kontynent. „Obraz Vermeera za jego życia widziało może 200 osób, natomiast wideo Madonny w MTV oglądają dwa miliardy. Siedem zer więcej... Cóż to znaczy, siedem zer więcej? Nic" – pisał w książce „Oficjalne centrum świata” reżyser, który zamieszkał w Wenecji, a filmy kręcił głównie w Polsce.

W kraju zrealizował m.in. czarno-białego, niskobudżetowego „Wojaczka" oraz „Anglusa” o Teofilu Ociepce i tzw. janowskiej gminie okultystycznej, czyli grupie górników, którzy zostali artystami i wtajemniczonymi członkami ezoterycznego zakonu. Tradycyjnie obie produkcje nad Wisłą nie wzbudziły entuzjazmu, ale za granicą zgarnęły sporo prestiżowych nagród – choć mogą dla zagranicznego widza wydawać się niezrozumiałe i zbyt lokalne. W ten sposób Majewskiemu udało się znaleźć swoją niszę.

Cały czas powtarzał jednak, że czuje, jakby zdradził swoje ukochane malarstwo na rzecz filmu. Pewnym kompromisem wydaje się najnowszy „Młyn i krzyż", w którym wystąpili m.in. Rutger Hauer, Michael York oraz Charlotte Rampling. Dzięki zaawansowanym technologiom komputerowym reżyserowi udało się ożywić obraz „Droga krzyżowa” Pietera Bruegla z 1564 r. – Bruegel fascynuje mnie od dawna. Jako nastolatek w każde wakacje jeździłem do wujka w Wenecji i po drodze zatrzymywałem się w Wiedniu. Zawsze szedłem wtedy do Kunsthistorisches Museum do sali nr 10, w której wisiały obrazy niderlandzkiego mistrza. Fascynował mnie, bo potrafił odwrócić perspektywę i pokazywał, że każdy wielki dramat przykryty jest codziennością – mówi Majewski.

Film powstał na bazie eseju „Młyn i krzyż" Michaela Gibsona, profesora i krytyka sztuki. Amerykanin wysłał Majewskiemu swoją pracę po zobaczeniu „Angelusa” z dopiskiem, że widzi u niego „umysł brueglowski”. Potem zaproponował mu wspólną pracę nad scenariuszem.

Śmietnisko sztuki

W kinie Majewski często nawiązuje do dawnych mistrzów malarstwa, ale w sztuce całymi garściami czerpie z nowoczesnych form wyrazu. To właśnie jako przedstawiciel awangardy doczekał się w 2006 r. indywidualnej wystawy retrospektywnej w Museum of Modern Art w Nowym Jorku – i to jako najmłodszy żyjący twórca oraz pierwszy Polak. – To było dla mnie zaskoczenie, bo nigdy nie utożsamiałem się z awangardą. Ale kurator Laurence Kardish uznał, że wyprzedziłem swój czas i jestem prekursorem modnego wideo-artu, bo wtedy wszyscy malarze chwytali za kamery – wspomina artysta, którego najnowsze prace będzie można będzie od 31 marca oglądać w krakowskim oddziale Muzeum Narodowego.

I przyznaje, że nie jest fanem większości rzeczy, które w MoMA można zobaczyć. – Mam raczej negatywny stosunek do sztuki współczesnej. Oczywiście są wspaniałe wyjątki, jak chociażby Górecki czy Tarkowski. Jednak dziś króluje tandeta i bylejakość, panuje przekonanie, że każdy może być artystą i wszystko może być sztuką. Brakuje mi piękna, którego poszukiwanie towarzyszyło dawnym mistrzom – mówi Majewski. I dodaje: – XX wiek zdewaluował sztukę i uczynił z niej śmietnisko.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2011
Więcej możesz przeczytać w 11/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także