Jestem dziwnym stworem

Jestem dziwnym stworem

Dodano: 5
Kiedy była mężczyzną, marzyła, by zmienić płeć. Została kobietą i wreszcie jest sobą. Jednego tylko nie przewidziała: że będzie jeszcze bardziej samotna.
Barbara nie poda prawdziwego imienia ani nazwiska. Nie chce, by ludzie patrzyli na nią i myśleli: to ta transseksualistka. Ona przecież nie  jest transseksualistką. – Jestem kobietą. Byłam chora, zostałam wyleczona. I wreszcie mogę przestać myśleć o płci – mówi.

Wygląda kobieco, wręcz dziewczęco mimo swoich 42 lat. Zdradza ją tylko głos: czasem zbyt wysoki, a chwilę później niski, prawie męski. Ale ćwiczy go, ściągnęła sobie z internetu specjalne kursy, więc w końcu nauczy się mówić jak prawdziwa kobieta.

Barbara wie jedno: gdyby nie zmiana płci, źle by się to dla niej skończyło. – Pewnie by mnie już ryby gryzły gdzieś w oceanie – lekko się uśmiecha. Bo w jej poprzednim życiu, tym męskim, były momenty, gdy chciała zanurzyć się w głębokiej wodzie i już nigdy nie wypłynąć. W tym czasie uczyła się nurkować i kusił ją wielki błękit. Myślała: gdybym została pod wodą, skończyłaby się wreszcie ta  udręka. To dziwne poczucie dyskomfortu, które mnie nigdy nie opuszcza.

Dr Stanisław Dulko, seksuolog, który od kilkudziesięciu lat prowadzi terapię transseksualistów: – Osoby transseksualne żyją w ogromnym napięciu. Społeczeństwo oczekuje, że będą się zachowywały zgodnie ze  swoją płcią anatomiczną, a w nich toczy się nieustanna walka, by być kimś innym, sobą. Żyć zgodnie z płcią mózgu. Ci ludzie czują się odrzuceni i niezrozumiani; ponad 90 proc. transseksualistów ma myśli samobójcze, a 65 proc. próbowało targnąć się na swoje życie. Nie znam żadnej innej populacji, gdzie ten odsetek byłby aż tak wysoki.

Brat nie żyje

Nawet kiedy Barbara opowiada o czasach sprzed operacji, mówi o sobie w  rodzaju żeńskim. Nie umie i nie chce już mówić inaczej. Imienia z  poprzedniego wcielenia też nie poda. Tamten chłopak – tak sobie to  wymyśliła – to był jej brat. I ten brat umarł. – Bardzo trudno mi było zdobyć nowe imię, więc jak już je w końcu mam, to nie chcę wracać do  starego – tłumaczy.

Zaraz po zmianie płci w euforii zaczęła wyrzucać zdjęcia „brata", kilka jednak zostało i teraz czasem patrzy na nie z  mieszaniną niechęci i czułości. Bo tamten człowiek jej się nie podoba, właściwie to nawet ją brzydzi, ale równocześnie go rozumie i chyba trochę kocha.

Inna czuła się już w przedszkolu. Nie chciała się bawić z  chłopcami, ale i z dziewczynkami nie było jej dobrze. A przede wszystkim było jej źle z sobą. Jakoś tak niewygodnie. – Gdy miałam osiem lat, na  obozie żeglarskim podkochiwałam się w trenerze. I bardzo mnie bolało, że  jego ulubienicą jest jedna z dziewczynek. Zazdrościłam jej, nie  rozumiejąc, co się ze mną dzieje. Przecież nie byłam dziewczyną, tylko chłopakiem – wspomina.

Potem przez wiele lat próbowała tę dziewczynę w  sobie stłumić, jakoś ją z siebie wyprzeć, ale ona ciągle była w pobliżu.

Barbara pamięta, że jako nastolatka (a raczej nastolatek) zaczęła szukać źródeł swojej inności. Ale w tamtych czasach, w połowie lat 80., nie  było jeszcze internetu, a z nielicznych dostępnych książek mogła się dowiedzieć, że prawdopodobnie cierpi na schizofrenię.

Nie było jednego momentu, gdy powiedziała sobie: jestem transseksualistką. – To rosło i  rosło, aż w końcu musiało ze mnie wyjść. Bo można oczywiście przebrać się za kobietę, pomalować sobie paznokcie albo założyć stanik, wypchać go watą i na jakiś czas rozładować napięcie. Ale ono zawsze wraca –  opowiada. A zresztą z tymi przebierankami wcale nie czuła się dobrze. Wiedziała, że wygląda dziwnie, że ludzie na nią patrzą i ją oceniają. –  To było dla mnie samej przykre, że muszę tak się zachowywać. A niestety, musiałam, to było silniejsze ode mnie.

Jakieś 12 lat temu ostatecznie zrozumiała, kim jest. Barbara związała się z kobietą i nagle, nieoczekiwanie zaczęła się z nią dla zabawy zamieniać rolami. Tamta próbowała męskiej roli, a ona, dla świata wciąż mężczyzna, udawała dziewczynę. – Wtedy dotarło do mnie, jak dobrze czuję się w roli kobiety.

Choroba F64.0

Rodzice chyba coś przeczuwali, ale nigdy nie poruszyli tego tematu. Oficjalnie dowiedzieli się o wszystkim dopiero, gdy Barbara poszła na  terapię i dostała diagnozę. – Bo zanim lekarz nie da kwitka, nie możesz powiedzieć, że jesteś transseksualny. Dopiero diagnoza na piśmie daje ci potwierdzenie: tak, jesteś chory – mówi.

Dr Stanisław Dulko: – Transseksualizm jest zaburzeniem tożsamości płciowej. Figuruje w międzynarodowej statystycznej klasyfikacji chorób i  problemów zdrowotnych pod numerem F64.0.

O to, żeby zostać sklasyfikowana jako F64.0, Barbara starała się kilka lat. Najtrudniejszy był tzw. test realnego życia, gdy przez rok musiała zachowywać się zgodnie z odczuwaną płcią, mimo że wciąż była mężczyzną. Wspomina ten czas jako koszmar: – Przede wszystkim dlatego, że straciłam pracę. Żyłam chyba powietrzem, bo oszczędności szybko się skończyły. Nie miałam dokumentów, bo w sądzie trwał już proces o ustalenie płci, a bez papierów trudno normalnie funkcjonować. Zapuściłam włosy, zaczęłam usuwać owłosienie z twarzy, ale i tak wyglądałam źle. To był straszny okres, ale dziś wiem, że konieczny, by udowodnić, że naprawdę musiałam zmienić płeć.

Zapisała się wtedy na podyplomowe gender studies na  Uniwersytecie Warszawskim. Po zajęciach czasem płakała. – Bo oni tam udowadniali, że płci nie ma, że jest tylko wymyślonym przez społeczeństwo konstruktem. A ja właśnie próbowałam udowodnić lekarzom, że mam płeć. I to całkiem inną niż ta fizyczna.

Gdy pewnego dnia lekarz prowadzący zapytał, czy jest absolutnie pewna, że chce się poddać operacji zmiany płci, Barbara się zawahała. – Dlaczego? No bo masz pracę, przyjaciół i wiesz, że jeśli zdecydujesz się zmienić swoje życie, stracisz wszystko. A przecież w sumie fajnie jest być facetem, mistrzem sportu, królem świata po prostu. I głupio to wszystko stracić.

Dlaczego więc zdecydowała się na zabieg? – Traciłam w życiu sens. Brzydziłam się swojego męskiego ciała. Musiałam pójść do końca.

Z tygodni tuż po  operacji Barbara pamięta głównie ból. To, co się wydarzyło, dotarło do  niej dopiero szóstego dnia, gdy po raz pierwszy usiadła na sedesie i wysikała się jak kobieta. Czuła euforię. Szoku pokastracyjnego nie  miała, nie żałowała utraconego penisa. A co z seksem teraz? – Może być udany. Wiem, bo raz mi się już przytrafiło. Wszystko działa – chichocze.

Znowu pomiędzy

We wrześniu 2010 r. minęły dwa lata od operacji. Barbara przestała już czujnie sprawdzać, czy ludzie widzą, że była kiedyś mężczyzną. Czasami jeszcze przez telefon ktoś nazwie ją panem i wtedy, w zależności od  dnia, albo jest jej przykro, albo odpowiada żartem.

– A gdy idę na plażę i widzę, że świat nie wybucha, nikt na mnie nie patrzy, to wiem, że  wygrałam – mówi. – Zwykły człowiek nie myśli bez przerwy o swojej płci, nie wstaje rano z okrzykiem: jestem kobietą, jestem mężczyzną. To jest dla niego naturalne. A ja wcześniej ciągle o tym myślałam.

Tłumacząc, jak jej świat zmienił się po operacji, Barbara starannie dobiera słowa. – Nawet jeśli formalnie należysz już do grona kobiet, wcale nie oznacza to, że one cię przyjmą. Wydaje mi się, że często nie umiem się zachować, gdy z nimi jestem. I nie nadrobię tego, że nie miałam miesiączki, nie  urodziłam dziecka. Matka dwojga dzieci wie wszystko o kobiecości, ja jestem dziwnym stworem.

Pamięta, że pewnego razu robiła z kolegą serwis internetowy dla jakiejś firmy. Oni w jednym pokoju, panie z sekretariatu i recepcji w drugim. Osobno. Jakoś tak zatęskniła za byciem razem z tymi kobietami. Chciała się do nich zbliżyć, więc wymyśliła, że ubierze się tak jak one. Następnego dnia założyła szpilki, przeszła w nich przez całą Świętokrzyską, potem Ogród Saski, na Stare Miasto. Było ciężko, zwłaszcza że na ramieniu niosła laptopa. – Nie miałam kobiecego doświadczenia, które by mi podpowiedziało, że na wycieczki nie chodzi się w butach na obcasach. Skąd miałam wiedzieć? – pyta bezradnie.

A na  dodatek dziewczyny z recepcji i sekretariatu w ogóle nie zwróciły na nią uwagi. Tylko kolega, z którym pracowała, trochę się z tych szpilek podśmiewał. Barbara pomyślała wtedy, że nie jest już z mężczyznami, ale  do kobiet też nie umie się zbliżyć. – No i wyszło jakoś smutno, ale to  jest fakt. Choć wreszcie jestem sobą, do żadnej grupy teraz nie  przynależę. Jestem jakoś pomiędzy.

Poczucie obcości pogłębia jeszcze to, że jako inżynier informatyk pracuje w branży tradycyjnie zarezerwowanej dla mężczyzn. Dopóki była facetem, wszystko było dobrze. Teraz nie ma  dla niej pracy, a jeśli jest, to dostaje za nią znacznie mniej niż  wcześniej. Zdarza się również, że mężczyźni, z którymi współpracuje, ostentacyjnie ją lekceważą i dają do zrozumienia, że na niczym się nie  zna. To ją frustruje. Z problemem braku zleceń poradziła sobie, wchodząc w spółkę z kolegą. On dzwoni do firm, oferując im usługi, a całą robotę wykonuje ona.

W tym nowym życiu różne rzeczy ją zaskakują. Na przykład to, że kobiety nie potrafią się tak fajnie przyjaźnić jak faceci. – Nie  wiedziałam, że jest między nimi tyle niechęci. Jak faceci coś do siebie mają, to dadzą sobie po twarzy, a kobiety nic nie powiedzą, ale z  uśmiechem otrują.

Czy mimo wszystko jest szczęśliwa? – No, tak –  odpowiada z namysłem. – Jestem szczęśliwa, choć byłoby mi lżej, gdyby nie konsekwencje finansowe mojej choroby. Mam sporo długów z czasów, gdy się leczyłam. Majątek kosztowały mnie wizyty u specjalistów i sama operacja, która w Polsce nie jest refundowana. Ale powoli zaczynam już wychodzić na prostą, więc wszystko jest dobrze.

– Mam zupełnie nowe życie, jestem kobietą. Trochę tylko samotną. Współpraca Katarzyna Iwanicka

Okładka tygodnika WPROST: 12/2011
Więcej możesz przeczytać w 12/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 5
  • Lilla   IP
    Koszmarny artykuł oderwany od życia i pełen stereotypów. A cała historia potwornie smutna, bez szans na happy end...
    • erasmus   IP
      Brawo polska medycyna seksualna! Duński doktor w ogóle nie wiedział co to jest.Niedouczeni jacyś.
      • TNTC   IP
        chora psychicznie narcyzka. Tylko o sobie i swoim ciele myslala az jej sie zmysly pomieszaly. Szkoda gadac i szkoda czasu na taki artykul.
        • dagobah68@gmail.com   IP
          Piękna opowieść z happy endem! Jednak, droga Barbaro, jestem Twoją rówieśniczką i sprzeciwiam się Twoim kryteriom kobiecości - nie mam dzieci i nawet nie wiem czy chciałabym mieć. A może po prostu wręcz nie mogę. Zatem to nie dzieci definiują mnie jako kobietę. Z moich - różnych od Twoich doświadczeń - wynika, że poczucie obcości towarzyszy człowiekowi niezależnie od kategorii płci. Można czuć się obco między kobietami, mając od urodzenia \"wszystko na miejscu\". Zatem, hej, może czujesz się samotna, ale nie jesteś sama. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę znalezienia spokoju na powierzchni miło kołyszącego morza.
          • lalka.podobinska@transfuzja.org   IP
            Cudowna historia i jednak optymistyczna. Pokazuje, że można być sobą, jeśli bardzo się tego pragnie.
            A samotność po przemianie? Cóż, to zdarza się nie tylko osobom, które przeszły taką drogę.
            Życzę Barbarze, by znalazła swoją \"połówkę\", tak jak odnalazła swoje \"pierwsze ja\"