Piguła ministra

Piguła ministra

Szef polskiej dyplomacji jest jak sinusoida. Góra, dół, góra, dół. Raz o nim głośno, a potem znika, jakby zapadł się pod ziemię. Teraz mamy czas „górki”. I trwa.
Nie lubi pan już Amerykanów? – pytam ministra Radosława Sikorskiego.

– Oczywiście, że lubię, ale pensję wypłaca mi nie amerykański, lecz polski podatnik – odpowiada minister.

Amerykanom zafundował właśnie zimny prysznic, mówiąc, że „jeśli Stany Zjednoczone chciały coś zrobić dla polskich Żydów, to dobrym momentem były lata 1943-1944, kiedy większość z nich jeszcze żyła, i gdy ustami Jana Karskiego Polska o to błagała. Można było na przykład zbombardować tory wiodące do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Teraz ta interwencja jest cokolwiek spóźniona".

To była ostra riposta na słowa Stuarta Eizenstata, doradcy sekretarz stanu ds. Holocaustu, który skrytykował Polskę za wstrzymanie prac nad ustawą reprywatyzacyjną, na podstawie której miała nastąpić restytucja żydowskiego mienia. – To, że jesteśmy z USA sojusznikami w kwestiach bezpieczeństwa czy promocji demokracji, nie oznacza, że nasze interesy w każdej sprawie są identyczne – tłumaczy minister.

Piguła ministra
– Radek potrafi zaskoczyć. Nieraz to udowodnił – mówią o Sikorskim partyjni koledzy. Wspominają jego konferencję w czerwcu 2008 r. w Kabulu, w czasie której zarzucił Gulbuddinowi Hekmatiarowi, liderowi Hezb-e-Islami, odpowiedzialność za zamordowanie przed laty brytyjskiego operatora Andy’ego Skrzypowiaka (przyjaciela Sikorskiego). W odpowiedzi mudżahedini natychmiast zapowiedzieli atak na polskich żołnierzy biorących udział w operacji w Afganistanie. Na szczęście skończyło się na groźbach.

Sikorski potrafi ostro zagrać także na krajowym podwórku. Jest autorem takich sformułowań jak „moralne karły" czy „dorżniemy watahy”. Pierwsze wygłosił podczas obchodów rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie Nagrody Nobla, mówiąc do jubilata: „Pan się nie przejmuje tym, co wygadują niektóre karły moralne” (w domyśle PiS i jego liderzy). O watahach mówił zaś w trakcie wyborów 2007 r. jako świeży nabytek Platformy, przejęty od PiS.

– Watahy tłumaczyłem już sto razy. To miało być dowcipne, sienkiewiczowskie zawołanie wiecowe, ale u nas wyjaśnieniami nikt się nie przejmuje – mówi minister. Podobnych bon motów ma na koncie więcej. Kiedy był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie AWS, ganił Polonię za brak polskich paszportów, mówiąc, że „Polska nie jest jakąś tam republiką bananową, do której można sobie wjeżdżać na obcych paszportach". A w 2006 r. jako minister obrony w rządzie PiS porównał projekt rosyjsko-niemieckiego gazociągu na dnie Bałtyku do paktu Ribbentrop-Mołotow.

– Mówiłem, że to decyzja podjęta nad naszymi głowami i źle nam się kojarzy ze względu na precedensy historyczne: zabory, Rapallo czy właśnie pakt Ribbentrop- Mołotow. Z całości wypowiedzi został tylko skrót myślowy, ale tak to czasami jest. Praca polityka okazuje się podobna do pracy dziennikarza: trzeba w pigule zawrzeć obszerną treść – mówi minister. I ma rację. Miękkie narzekania na rurociąg przechodziły bez echa, a gdy Sikorski huknął z grubej rury paktem Ribbentrop-Mołotow, jego wypowiedź cytowały światowe media.

Narty i seks
W balansowaniu na dyplomatycznej linie minister Sikorski nie zawsze jest śmiertelnie poważny. Szefa niemieckiej dyplomacji Franka-Waltera Steinmeiera zabawiał dowcipem o Benedykcie XVI: – Jest przykładem zmiany polityki zatrudnienia w Niemczech, bo to pierwszy przypadek, gdy Niemiec wziął posadę po Polaku.

O Amerykanach podczas posiedzeń kierownictwa MSZ lubi mówić żartem „towarzysze amerykańskie". Ana ubiegłorocznych obchodach dziesięciolecia Wspólnoty Demokracji w Krakowie pozwolił sobie na żarty, które wielu dyplomatów wprawiły w konsternację. Kiedy na sali zabrakło białoruskiego opozycjonisty, który miał właśnie przemawiać, Sikorski oznajmił: „Pewnie aresztował go Aleksander Łukaszenka!”. A gdy Białorusin po chwili pojawił się w drzwiach, minister powitał go stwierdzeniem: „O, jak szybko został zwolniony z więzienia!”.

– Minister lubi po prostu niestandardowo żartować – broni szefa jeden z pracowników MSZ. Wspomina, że gdy w ubiegłym roku Radosław Sikorski wrócił z nart z kontuzją, od razu przyszedł o kulach do ministerstwa. – Z nartami jest jak z seksem. Dużo się trzeba namęczyć, żeby mieć trochę przyjemności – powitał pracowników.

Niejedno ma imię
Właściwie zawsze postępował niestandardowo. Jako osiemnastolatek zaraz po maturze wyjechał do Londynu. Była to nagroda za wygraną olimpiadę z języka angielskiego, ale był również rok 1981 i w Londynie zastał go stan wojenny. Postanowił nie wracać. Pracował w hotelach, w pubach. Gdy dostał azyl polityczny, zaczął studia w Oxfordzie.

Mając 23 lata, wyposażony w dyktafon z BBC i zaliczkę z londyńskiego „Observera", wyruszył do Pakistanu, by przedrzeć się z partyzantami przez zieloną granicę do okupowanego przez Rosjan Afganistanu. W plecaku miał obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i aparat fotograficzny. Ten, którym zrobił zdjęcie nagrodzone potem na World Press Photo – ukazywało zabitą afgańską rodzinę kilka chwil po zbombardowaniu wioski Koszk-e Serwan przez Rosjan.

Był jednym z niewielu dziennikarzy, którzy dotarli tak daleko w głąb kraju ogarniętego wojną, ale i jednym z niewielu, który wziął do ręki broń, co opisał w swojej książce „Prochy świętych". Tym samym złamał żelazną zasadę korespondenta wojennego, bo dziennikarze nie walczą po żadnej ze stron, by nie narażać życia innych dziennikarzy. Wielu korespondentów do dziś ma mu to za złe.

Od mudżahedinów, z którymi przemieszczał się po Afganistanie, przyjął nie tylko kałasznikowa i konia, ale także imię – Rahim. W korespondencjach pozostał Radkiem. Z Radosława zrezygnował, bo Brytyjczykom trudno jest wymówić „ł". Do pełnego imienia wrócił dopiero za sprawą Antoniego Macierewicza.

Od Radka do Antka 4 czerwca 1989 r. zastaje Sikorskiego w Angoli. Pracuje tu dla telewizji NBC. Wieść o zwycięstwie „Solidarności" dociera do niego w buszu. Postanawia wracać. Zabiera z Londynu do Warszawy brytyjską narzeczoną Olivię Williams. Tę samą, która po latach zrobi aktorską karierę, występując m.in. w „Autorze widmo” Romana Polańskiego. Dziennikarska dusza wygrywa jednak u Sikorskiego z porywami serca. Jako korespondent „The Sunday Telegraph” gna do Berlina, gdzie wali się mur. Jedzie jednym samochodem z amerykańską korespondentką „The Economist” Anne Applebaum. Z Berlina wracają już jako para.

Sikorski robi wywiady dla TVP z Margaret Thatcher, Lechem Wałęsą, Henrym Kissingerem. Pracuje dla medialnego magnata Roberta Murdocha. Wreszcie trafia do rządu Jana Olszewskiego jako wiceminister obrony narodowej. Funkcję sprawuje tylko przez trzy miesiące, ale udaje mu się w tym czasie wprowadzić obowiązek noszenia przez oficerów na wzór amerykański plakietki z nazwiskiem. Dlatego zyskuje przezwisko „Radek Plakietka".

Dymisja zbiega się w czasie ze ślubem z Anne Applebaum. Sikorski zajmuje się remontem XVIII-wiecznego dworku w Chobielinie, który w zrujnowanym stanie kupili jego rodzice od PGR za 1200 dolarów. Dziś to pokaźna, 800-metrowa rezydencja z 14 hektarami parku, wokół której narosło sporo mitów. Jak choćby ten, że w Chobielinie powiewa biało-czerwona flaga, która w bezwietrzne dni poruszana jest specjalną dmuchawą.

– Jest tylko reflektor oświetlający flagę nocą – mówi minister – Chobielin to moja pasja. W ubiegłym roku postawiłem szklarnię, którą synowie pomogli mi urządzić.

Chłopcy mają 13 i 10 lat. W tygodniu mieszkają z rodzicami w Warszawie. Do dworku Sikorscy jeżdżą na weekendy.

Do polityki Sikorski wraca w 1997 r. Macierewicz usuwa go wprawdzie z pierwszego miejsca na liście ROP i do Sejmu Sikorski się nie dostaje, ale do rządu AWS już tak. Zostaje wiceministrem spraw zagranicznych. Władysław Bartoszewski mówi mu wprost: – Panie Radku, rób pan! A jak pan coś spieprzysz, to pana odwołam. Na razie panu ufam!

Tego zaufania zabrakło w rządzie PiS, do którego Sikorski wszedł w 2005 r. jako minister obrony. Zaczął od ujawnienia akt Układu Warszawskiego, za co dostał tytuł Człowieka Roku „Gazety Polskiej". A od prezesa PiS na zastępcę dostał Antoniego Macierewicza. Po skoku na spadochronie Sikorski stwierdza, że rządzenie z takim zastępcą „to sport równie ekstremalny”. Gdy Macierewicz przysyła mu pismo adresowane „do Radka Sikorskiego”, ten odsyła je z adnotacją „do Antka Macierewicza”. Od tej chwili postanawia znów być Radosławem.

Klatka prezydenta
Dwa razy bezskutecznie próbuje odwołać Macierewicza. Wreszcie sam podaje się do dymisji. W MON pozostaje jego ulubiona piosenka „My, Pierwsza Brygada" jako melodia w telefonach. Z armią żegna się według ceremoniału przynależnego prezydentowi, co Lecha Kaczyńskiego doprowadza do białej gorączki.

Relacje z prezydentem Kaczyńskim to najbardziej burzliwy rozdział w politycznym życiorysie Sikorskiego. Do rządu PiS Sikorski trafia jako gwiazda, spec od amerykańskiej polityki, bo lata 2002-2005 spędza z rodziną w Waszyngtonie, pracując w American Enterprise Institute. To kuźnia kadr republikanów, z którą związani są Henry Kissinger, doradca i sekretarz stanu prezydentów Kennedy’ego, Nixona i Forda, Donald Rumsfeld, sekretarz obrony w gabinecie George’a W. Busha, i Lynne Cheney, żona ówczesnego wiceprezydenta. Dzięki tym koneksjom przekazuje wiceprezydentowi Cheneyowi stanowisko PiS w sprawie polityki zagranicznej.

Po dymisji, a zwłaszcza po przejściu na stronę PO, Sikorski staje się wrogiem numer jeden Kaczyńskich. Gdy Donald Tusk chce go w 2007 r. powołać na ministra spraw zagranicznych, Lech Kaczyński długo odmawia. Tusk dopina jednak swego. Zaczyna się prawdziwa wojna prezydenta z ministrem.

A to szwankuje faks przekazujący informacje z ministerstwa do Pałacu Prezydenckiego, a to pałac blokuje nominacje ambasadorskie szefa MSZ. Potem jest spór o 100 zł pożyczonych przez Sikorskiego prezydentowi na mszy z okazji Święta Wojska Polskiego. W lipcu 2008 r. następuje żenujące przesłuchanie Sikorskiego w specjalnej sali BBN z aparaturą antypodsłuchową i włączonymi magnetofonami. Lech Kaczyński oskarża Sikorskiego o przeciąganie negocjacji w sprawie tarczy antyrakietowej, a tym samym działanie na szkodę państwa. Sikorski, opuszczając przesłuchanie, mówi: „Można być prezydentem, a można być i chamem". Prezydent nie pozostaje mu dłużny: „Pana ego jest rozdęte do monstrualnych rozmiarów”.

Echo tej wymiany zdań słychać jeszcze podczas prawyborów prezydenckich w PO wiosną 2010 r. – Prezydent wolnej Polski może być niski, ale nie powinien być mały. Powinien zachować trzeźwość oceny, a nie zgrywać zucha, wałęsając się po górach Kaukazu – mówi Sikorski na wiecu w Bydgoszczy, zachęcając wyborów do skandowania: „Były prezydent Lech Kaczyński!". Półtora miesiąca później prezydent ginie w katastrofie smoleńskiej i to Radosław Sikorski musi jako pierwszy przekazać tę wiadomość szefowi rządu.

Pytany o relacje z obecnym prezydentem Bronisławem Komorowskim mówi „Wprost": – Miło jest nie być uważanym za ruskiego agenta i nie być zamykanym w klatce. Mieć nić porozumienia intelektualnego i politycznego z głową państwa, która pozwala na siebie pracować.

Gra o zaufanie Radosław Sikorski pracuje na Bronisława Komorowskiego od prawyborów prezydenckich w PO. Wcześniej Sikorski był kandydatem na szefa NATO, którego poparł nawet prezydent Lech Kaczyński w zamian za nominację dla Anny Fotygi na ambasadora przy ONZ (ostatecznie tam nie pojechała) i którego promował były prezydent Aleksander Kwaśniewski. W PO mówiło się wówczas jednak, że to polityczna zagrywka, bo tak naprawdę chodziło tylko o zwiększenie szans Jerzego Buzka na objęcie stanowiska szefa Parlamentu Europejskiego, w zamian za poświęcenie międzynarodowej posady dla Sikorskiego.

Podobnie mówiło się o prawyborach: wystawienie Sikorskiego miało służyć wzmocnieniu pozycji jego rywala – Bronisława Komorowskiego. Choć dziś wielu mówi, że Sikorski w tej roli byłby jednak lepszy. – 

Grałem, by wygrać, a nie aby przegrać – zapewnia Sikorski. – Dzięki prawyborom zdominowaliśmy debatę publiczną na kilka tygodni, Bronisław Komorowski został wylansowany na poważnego kandydata, a ja zostałem wiceprzewodniczącym PO. Uważam, że było warto.

A tym, którzy twierdzą, że przegrana była ciosem dla jego ambicji i stała się powodem wycofania z pierwszej linii życia publicznego, odpowiada: – Kieruję się zasadą, że bardzo niebezpieczne dla polityka jest doprowadzenie do przesytu swoją osobą.

– Radek to polityk, którego czas jeszcze nie nadszedł. Gra na zaufanie szefa i kolegów w partii, by udowodnić, że jego konwersja z PiS do PO jest trwałą zmianą, a on wiernym żołnierzem Platformy – mówi jeden z czołowych polityków PO. – A gdy to udowodni, zagra o więcej.

Anne Applebaum jak Michelle Obama hoduje własne warzywa w ogrodzie. Przygotowuje książkę kucharską z przepisami polskiej kuchni przeznaczoną dla Amerykanów. W dorobku tej poważnej publicystki, nagrodzonej prestiżową Nagrodą Pulitzera za książkę „Gułag", to niezwykła publikacja. Applebaum ma w niej zdradzić przepis na potrawę o nazwie „przysmak ministra”, ale Radosław Sikorski wciąż nie może się zdecydować, co ma nim być.

Może czeka na „przysmak prezydenta"?

Okładka tygodnika WPROST: 13/2011
Więcej możesz przeczytać w 13/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • KR IP
    Całkiem ciekawy artykuł, Sikorski na pewno nie jest banalny, ma w sobie \"coś\"
    • sliver IP
      Szkoda że artykuł nie wyjaśnia skąd P. Sikorski wziął pieniądze na ukończenie Oxfordu i skąd się wzięło jego brytyjskie obywatelstwo?

      Czytaj także