Zawsze drugi

Zawsze drugi

Był premierem i prezesem wielkiego banku. wyrzucał z polski radzieckie wojska i zarabiał miliony. Mimo to czuje się niespełniony, bo były zastępca zajmuje jego miejsce w historii, a dawny uczeń go przerasta. Jan Krzysztof Bielecki wciąż marzy o wielkości.
Salka, w której szef Rady Gospodarczej Jan Krzysztof Bielecki przyjmuje swoich gości, wygląda skromnie. Jest niewielka i sąsiaduje z gabinetem ministra Adama Jassera. Były premier nie ma własnego biurka, więc jego dokumenty leżą na parapecie. Są za to dwa krzesła i stół, przy którym Bielecki przyjmuje rozmówców.

Tym razem gościem jest poseł PO, rozmowa dotyczy rynku śmieci, którym Bielecki zajął się na prośbę Donalda Tuska. – No i jak, panie premierze? Wraca pan do polityki, wesprze nas pan? – rzuca na koniec poseł. Zna Bieleckiego od 20 lat, ale – jak większość polityków Platformy – wciąż mówi do niego na pan. Chodzi o okazanie respektu.

Kilka sekund ciszy. Bielecki mruży oczy, jego czoło momentalnie przecinają trzy głębokie bruzdy. Pojawiają się zawsze, gdy były premier się zamyśla. Wreszcie pada nieśmiała odpowiedź: – A wiesz, chciałbym zrobić jeszcze w życiu coś dużego…

Nie dopowiada jednak co. 

Krzysiu, politykę robię tu ja

– Wbrew pozorom to głęboko niespełniony człowiek – wzdycha znajomy Bieleckiego. – Premierem został w wieku 39 lat, ale rządził tylko rok. Do historii nie przeszedł, bo nie starczyło dla niego miejsca obok Leszka Balcerowicza. Potem był biznes. Został prezesem Banku Pekao SA, ale znów znalazł się w cieniu zastępcy, tym razem Włocha Luigiego Lovaglio.

Polityk Platformy: – Jednocześnie przez te wszystkie lata był w naszym środowisku uważany za najlepszego premiera III RP. Tyle że za krótko rządził. Był dla nas tym, kim dla prawicy przez lata był Jan Olszewski. Zmitologizowanym premierem, któremu nie pozwolono dokończyć wielkiej historycznej misji. Z jednej strony ta legenda była pozytywna, ale z drugiej – musiała pozostawiać niedosyt. Na dodatek, gdy postanowił wrócić do polityki, okazało się, że jego dawny uczeń, Donald Tusk, go przerósł.

By lepiej zrozumieć, na czym polega niespełnienie Bieleckiego, trzeba się cofnąć do zjazdu krajowego Platformy przed wyborami w 2007 r. W trakcie przemówienia Tuska przez scenę przemyka Bielecki. Tusk dostrzega go kątem oka, przerywa wystąpienie i ogłasza: „Witamy na sali wielkiego przyjaciela Platformy i najlepszego premiera Rzeczypospolitej!". Sala wstaje, Bielecki otrzymuje owację na stojąco.

Kilka miesięcy później do rządu PO weszli dwaj protegowani Jana Krzysztofa Bieleckiego: Jan Rostowski i Maciej Nowicki. A Tusk w jednym z wywiadów przyznał, że były premier, dopingując go do nauki języka, podsyłał mu SMS-ami angielskie słówka. Na partyjnych działaczach wrażenie robiły też monstrualne zarobki Bieleckiego w banku Pekao: ponad 300 tys. zł miesięcznie. Gdyby chciał, do końca życia mógłby żyć z samych odsetek. „To starszy brat Donalda", „mentor”, „guru” – prześcigali się w określeniach współpracownicy szefa rządu.

Bielecki karmiony tą atmosferą rósł. Zresztą i bez tego wiedział, że przez lata był dla szefa Platformy wzorem. Tuskowi zawsze imponowało, że Jan Krzysztof Bielecki już za komuny prowadził własną firmę konsultingową, biegle władał angielskim i odnajdywał się na europejskich salonach.

Mijały jednak miesiące i dawny uczeń zaczynał nabierać pewności siebie. Urzędowanie przy Al. Ujazdowskich robiło swoje. Bieleckiego cały czas słuchał, ale powoli przestawał wierzyć w jego nieomylność. Podczas jednej z kolacji „Nabiałek", jak o byłym premierze mówią jego znajomi, próbował przekonać Tuska, że Jacek Kurski podczas kampanii w 2005 r. wyciągnął sprawę „dziadka z Wehrmachtu” bez wiedzy Lecha Kaczyńskiego. – Znam Leszka tyle lat, on nigdy by się na to nie zgodził. Źle go oceniasz – perorował. Odpowiedź Tuska była krótka i stanowcza: – Krzysiu, ty się lepiej zastanawiaj, jak mam umocnić złotówkę. Robienie polityki zostaw mnie.

Zobaczysz, ustawią ci Eurosport

– To była dziwna rozmowa. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby Tusk w ten sposób zgasił Bieleckiego – opowiada nam uczestnik tego spotkania. Takie sytuacje powtarzały się jednak coraz częściej. Kilka miesięcy później, identyczna sceneria: późny wieczór, kolacja. Bielecki mruży oczy i zaczyna wywód na temat służby zdrowia. Jak zwykle rzuca przykłady z Wielkiej Brytanii. Jest w niej zakochany, na angielskie wzorce powołuje się we wszystkich sprawach: od właściwego doboru butów do garnituru, przez zwyczaje parlamentarne, aż po funkcjonowanie szpitali. Kiedy kończy, Tusk odpowiada mu w tym samym stylu co w przypadku dziadka z Wehrmachtu: – Od kiedy byłeś premierem, dużo się zmieniło. Twoje pomysły były dobre 20 lat temu. Na koniec zasypuje go statystykami.

Mimo że Tusk przestał traktować Bieleckiego jak wyrocznię, to w wielu sprawach wciąż słuchał jego rad. To przecież Jan Krzysztof Bielecki namówił szefa rządu do zdymisjonowania Grzegorza Schetyny po wybuchu afery hazardowej. – Jesteś pewien, że nie ma kolejnych nagrań? Co zrobisz, jeśli CBA ma coś i na niego? – pytał podczas jednej z narad w kancelarii premiera. A wieczorem w mniejszym gronie dorzucał inny, równie ważny argument: jeśli dzisiaj go nie odwołasz, to jutro on zagrozi tobie. W ten sam sposób upewniał Tuska, że start w wyborach prezydenckich mu się nie opłaca: – Zobaczysz, Schetyna zamknie cię w Juracie. Będzie tylko dowozić wino, sprawdzać, czy masz Eurosport ustawiony na dużym telewizorze, i zapewniać, że nad wszystkim panujesz. Chcesz tego?

Kiedy Tusk ważył racje, on sam rozstawał się z bankiem. – Przed odejściem zdążył jeszcze przejść szkolenie dla menedżerów najważniejszego szczebla. Prawdopodobnie robił to z myślą o powrocie do polityki, bo największy nacisk położył na ćwiczenia kamerowe. Zdawał sobie sprawę z tego, że występy w mediach nie są jego najmocniejszą stroną. Wypadał wyniośle i mówił przez nos – przyznaje jeden ze spin doktorów PO.

Szkolenia nic nie dały. W październiku 2009 r. Tusk był już zdecydowany, by okopać się w kancelarii premiera. Zlecił więc sondaż, który miał wyłonić nowego kandydata na prezydenta. Bielecki wypadł fatalnie. Wygrał Radosław Sikorski, drugi był Bronisław Komorowski, a trzecia – Hanna Gronkiewicz-Waltz. Znów znaleźli się lepsi od niego.

Bo uświnisz mi dywan

Dziś Bielecki jest szefem Rady Gospodarczej przy premierze. Ma stały dostęp do szefa rządu i jest jego najważniejszym doradcą. Tusk raz go słucha, a raz – nie. Po prostu traktuje go jak zwykłego doradcę. – Tusk odnosi się do niego z szacunkiem i sympatią, zaprasza na wieczorne oglądanie meczów w rezydencji na Parkowej albo w swoim gabinecie, ale raz na jakiś czas pokazuje, kto jest szefem – opowiada jeden z naszych rozmówców.

Ze wszystkich przedmiotów w gabinecie premiera najczęściej ginie obcinarka do cygar. A Bielecki ma do niej wyjątkowego pecha. Ilekroć przychodzi, obcinarka wsiąka. Wygląda to zabawnie: Tusk dopija pierwszy kieliszek wina, Bielecki sączy whisky, obaj miętoszą cygara. Nie mogą zapalić, bo nie ma gilotynki. Zazwyczaj szuka jej szef kancelarii Tomasz Arabski.

I przeważnie ją znajduje, ale nie od razu. Zdarza się więc, że Jan Krzysztof Bielecki odgryza końcówkę. Przed zapaleniem próbuje jeszcze pozbyć się farfocli, które cygaro zostawia na języku. – Krzysiu – krzywi się Tusk, sam cały czas czeka na obcinarkę. – Chcesz uświnić mi dywan? Jak już plujesz, to trafiaj do popielniczki.

Były premier bez słowa przysuwa popielniczkę i zgodnie z zaleceniem celuje dokładniej. Jeśli w telewizji leci mecz, zazwyczaj komentuje go razem z Tuskiem. Panuje piłkarska atmosfera, zdarzają się wzajemne podszczypywania. Gdy Tusk, zdenerwowany kolejnym pudłem „swojej" drużyny, mówi, że nawet on wykorzystałby taką sytuację, Bielecki rzuca: – No nie wiem, Donald. Nie wydaje mi się.

Sytuacja się zmienia, gdy rozmowa schodzi na tematy polityczne. Wtedy gra toczy się już tylko wokół bramki Bieleckiego. Zdarza się, że premier zleca mu zajęcie się tą czy inną sprawą. I, trzeba przyznać, nie każda z nich jest najcięższej wagi – całkiem niedawno Bielecki sprawdzał, jak wygląda rynek śmieci w krajach UE. Bywa też, że interes ma Bielecki, ale Tusk pomaga mu niechętnie. Tak było z ustawą o Komitecie Nominacyjnym. Pomysł wydawał się prosty: koniec z organizowanymi przez ministra skarbu konkursami do rad nadzorczych największych państwowych spółek, od teraz kandydatów wskazanych przez Komitet ma powoływać premier.

Bielecki, autor pomysłu, jeszcze w październiku zapowiadał, że ustawa jest pilna i będzie wprowadzona ekspresowo. Szybko odbił się jednak od ściany. Spotkanie w gabinecie marszałka Sejmu. – To dobry projekt. Konkursy to fikcja, i tak zawsze wiadomo, kto je wygra – przekonywał Bielecki. – Krzysiu, co ty pieprzysz? Chcesz powiedzieć, że konkursy są ustawiane? Przecież to my je organizujemy – odpowiadał mu z rozbrajającą szczerością Schetyna.

Tusk się nie wtrącił i Bielecki przegrał. Minęło prawie pół roku, a ustawa cały czas leży w Sejmie. O jej dalsze losy chcieliśmy zapytać samego Bieleckiego, ale nie zgodził się na rozmowę z „Wprost". – Proszę zrozumieć, wypowiedzi pana premiera ostatnio wywołują poruszenie. Wolelibyśmy tego uniknąć – przekazał nam jego współpracownik.

Nie wiem, nie wiem. Nie mam czasu

Największym sukcesem szefa Rady Gospodarczej jest przeforsowanie ustawy o OFE. Sukces to gorzki, bo okupiony społecznym sprzeciwem i ostrą krytyką ekspertów, ale jest. Podobno to Bielecki ostatecznie przekonał do tej ustawy Tuska. Po drugiej stronie barykady stoi prof. Leszek Balcerowicz, symbol polskiej transformacji i współtwórca systemu emerytalnego. Bieleckiego atakuje z pozycji liberalizmu.

Jak to możliwie? Przecież Bielecki jeszcze za głębokiej komuny czytał Friedricha von Hayeka i Alexisa de Tocqueville’a. – Przeszedł ideologiczną ewolucję. Pamiętam, że już z londyńskiego EBOiR-u wrócił odmieniony – tłumaczy były członek KLD Paweł Piskorski. – Zawsze był pragmatyczny i na pewno wyciągnął wnioski z kryzysu gospodarczego – dodaje poseł PO Tadeusz Aziewicz, wieloletni znajomy Bieleckiego. – Dziś nie jest już ortodoksyjnym liberałem – uważa europoseł Krzysztof Lisek, jeden z jego wychowanków.

Cała trójka z pewnością ma rację, ale w sporze Bieleckiego z Balcerowiczem jest coś jeszcze. By zrozumieć co, znów trzeba się cofnąć w czasie. Tym razem do grudnia 1990 r., kiedy Bielecki, wówczas mało znany poseł, otrzymał od Lecha Wałęsy propozycję objęcia teki premiera. – Był jeden warunek. Jego zastępcą ma zostać Leszek Balcerowicz. Wałęsa chciał w ten sposób załagodzić wojnę na górze i wysłać światu sygnał, że popiera reformy rządu Tadeusza Mazowieckiego. Bielecki się zgodził, nie miał wyjścia – opowiada jeden z ówczesnych posłów KLD. Decyzja musiała być dla niego trudna, bo warszawka żartowała, że będzie premierem w rządzie Balcerowicza.

Bielecki szybko udowodnił, że nie zamierza być prezydenckim figurantem, ale z Balcerowiczem miał kłopot. – To trudny człowiek. Zachowywał się jak kosmita, który zszedł na Ziemię, by zreformować Polskę. Na dyskusję z kimkolwiek, także z premierem, często szkoda mu było czasu – mówi ówczesny pracownik URM.

– Krzysztof był premierem, ale jego rozmowy z Balcerowiczem były trudne. Szczególnie pod koniec kadencji dochodziło między nimi do zgrzytów – opowiada jeden z ówczesnych ministrów. Bielecki to zapamiętał. Kiedy w 1995 r. Balcerowicz startował w wyborach na przewodniczącego Unii Wolności, on popierał Mazowieckiego. Przegrał. Dziś bierze rewanż w sprawie OFE.

Salka konferencyjna w kancelarii premiera. Sceneria jak z rozmowy o śmieciach. Dokumenty na parapecie, stół, dwa krzesła. Bielecki właśnie kończy spotkanie z szefem pomorskiej Platformy Sławomirem Nowakiem. – Panie premierze, gdyby tylko chciał pan kandydować do Sejmu, to pierwsze miejsce na gdańskiej liście na pana czeka… – Nie, nie, dziękuję. Raczej nie będę… – odpowiada nieśmiało Bielecki.

Niedawno Jan Krzysztof Bielecki odrzucił także propozycję wejścia do rządu przyszłej kadencji, którą złożył mu Tusk. Być może nie chce być ministrem w gabinecie swojego dawnego ucznia, a może rzeczywiście czeka na coś większego. Tylko na co? Na razie chyba sam nie wie.

Okładka tygodnika WPROST: 14/2011
Więcej możesz przeczytać w 14/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także