Przemysł smoleński

Przemysł smoleński

Spisuj i nagrywaj, nie zwlekaj, smoleńska tajemnica ciągle na wyjaśnienie czeka. Czyli o tym, co możemy przeczytać i obejrzeć na temat tragedii z 10 kwietnia.
I le książek i filmów powstało po zamachu na JFK? Nikt chyba nawet nie zliczył. A po zamachu na wieże WTC? Tak samo.

Czym dla Amerykanów śmierć JFK i zamach na WTC, tym dla Polaków Smoleńsk. Może i męczy swą intensywnością, ale nadal wciąga, intryguje. Z ostatniego sondażu OBOP wynika, że katastrofę uważamy za niewyjaśnioną i – co więcej – sądzimy, że tak już pozostanie. Obfitość smoleńskiej twórczości nie powinna więc nikogo dziwić.

Ilość nie przeszła w jakość

Książek o katastrofie powstało już ponad 20. Podejmowano próby śledcze („Kto naprawdę ich zabił? Cała prawda o katastrofie smoleńskiej" Krzysztofa Galińskiego i Piotra Nisztora, „Ostatni lot. Przyczyny katastrofy smoleńskiej" Jana Osieckiego, Tomasza Białoszewskiego i Roberta Latkowskiego). Opisywano tragedię oczami rosyjskiego dziennikarza („Ostatni lot. Spojrzenie z Rosji” Siergieja Amielina). Uprawiano twórczość reportersko-autopromocyjną („Smoleńsk, 10 kwietnia 2010” Piotra Kraśki). Podejmowano próby lirycznego ujęcia tematu („Rapsod smoleński. Wiersze wybrane o ofiarach katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem”) oraz wizualizacji (album z fotografiami „Hołd katyński”).

Jest więc w czym wybierać, choć ilość nie przechodzi w jakość ani nawet w sukces rynkowy. Największym powodzeniem cieszył się wydany pod koniec ubiegłego roku „Ostatni lot" Osieckiego, Białoszewskiego i Latkowskiego. Trochę wbrew ogólnemu przeświadczeniu wydawców, że głównym odbiorcą twórczości smoleńskiej są amatorzy spiskowych koncepcji (ich zainteresowanie tematem nie opada). Jest to bowiem książka poprawna w formułowaniu wniosków, unikająca spekulacji i fantazjowania. Jej powodzenie można jednak wyjaśnić tym, że ukazała się niedługo przed świętami Bożego Narodzenia, a wkrótce potem doszło do awantury o raport MAK, co na chwilę podniosło zainteresowanie tematem. Sukces to jednak względny, zamykający się w kilkunastu tysiącach sprzedanych egzemplarzy. Dla porównania, największy bestseller ostatnich lat w dziedzinie literatury faktu „Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego sprzedał się w ponad 120 tys.

Czemu książki o Smoleńsku nie idą? – Bo polski inteligent bieżącą wiedzę o świecie czerpie z telewizji, internetu i gazet – tłumaczy jeden z wydawców literatury faktu. – Książki zaś kupuje się po to, by dobrze wyglądały na półce. Z tego powodu książka spekulująca, osadzona w teraźniejszości, przynosząca świeże ustalenia kiepsko się sprzedaje. Z pewnością więc pojawi się kiedyś na rynku książka o Smoleńsku, która stanie się bestsellerem. Ale będzie musiała zostać napisana z większego dystansu.

A co trafiło na eksponowane półki księgarń w przeddzień rocznicy?

Jelenie na smoleńskim rykowisku

„96 końców świata. Gdy runął ich świat pod Smoleńskiem" Jerzego Andrzejczaka to wzorcowy przykład, jak nie należy pisać. Choć pomysł był interesujący: spojrzeć na katastrofę oczami bliskich ofiar i kameralnie opowiedzieć o ich przeżyciach.

Autor dotarł do bardzo wielu osób i skłonił ich do niezwykle intymnych wyznań. Opowiadają, jak niczego jeszcze nie przeczuwając, żegnają swych bliskich spieszących się wczesnym rankiem na lot nr 101 do Katynia. Jak dochodzi do nich, że w Smoleńsku stało się coś strasznego. Jak sobie z tym radzą, gdzie poszukują nadziei, co najbardziej ich dręczy, jakie miewają sny. Powstała relacja obszerna, ponad trzysta stron. Niestety, utopiona w łzawym i patetycznym sosie.

Próbka stylu Andrzejczaka: „Marta Kaczyńska jako jedyna w katastrofie straciła oboje rodziców. Ból malujący się na twarzy prezydenckiej jedynaczki bywa odczytywany jako symbol cierpienia wszystkich osieroconych dzieci smoleńskiej tragedii". Albo: „Gdyby ujawniono wszystkie esemesy, jakie wysłano do ofiar katastrofy, powstałby najbardziej przejmujący tekst w historii światowej telefonii komórkowej".

Krwiście i z pazurem

„Smoleńsk. Zapis śmierci" autorstwa naszego redakcyjnego kolegi Michała Krzymowskiego i Marcina Dzierżanowskiego to pozycja zupełnie innego kalibru. Jak dotąd najciekawsza w smoleńskim nurcie. Autorzy rekonstruują przebieg feralnej soboty oraz kilku kolejnych dni. Ich metoda jest ryzykowna: dotrzeć do każdego i wydusić, ile się da. Co kto robił, gdzie był, z kim rozmawiał. Każdy szczegół jest tu ważny, każdy dialog wiernie odtworzony, wraz z wykrzyknikami i bez unikania wulgaryzmów. A potem trzeba te relacje skonfrontować z sobą i wtłoczyć w fabularyzowaną, autorską formę.

Metoda budzi kontrowersje, gdyż łatwo tu przerysować, załatać luki własną fantazją, ulec pokusie podbarwienia. Czy to jednak istotna wada? Chyba nie, gdyż opowieść snuta przez Krzymowskiego i Dzierżanowskiego naprawdę wciąga. Przywołuje atmosferę koszmarnego 10 kwietnia, wydobywa tamte emocje i namiętności. Starszym czytelnikom „Zapis śmierci" może się skojarzyć z pamiętną „Nocą generała" Gabriela Meretika o wprowadzeniu stanu wojennego – to również jakby zatrzymane w czasie precyzyjnie odtworzone kadry, rejestrujące ówczesny stan świadomości świadków wielkiej historii. Co nie mniej ważne, „Zapis śmierci” pozbawiony jest politycznego przechyłu. Autorzy nie utożsamiają się ani z pisowską traumą, ani z platformerskim wycofaniem.

Wady? Brak selekcji materiału. Książka jest przeładowana szczegółami i od pewnego momentu robi się chaotycznie, a czytelnika ogarnia znużenie. Odchudzona o sto stron byłaby jeszcze lepsza.

Przygotuj się na szok

Nurt sensacyjno-spiskowy reprezentuje z kolei „Smoleński upadek. Katastrofa, która wstrząsnęła światem" Tadeusza Święchowicza, wydany przez Frondę. Jest to dziennikarskie kuriozum. Autor najprawdopodobniej ani razu nie ruszył się od komputera. Popełnił kompilację mniej lub bardziej fantastycznych hipotez krążących po stronach WWW.

Swój stosunek do internetowych tropicieli smoleńskiego kłamstwa zdradza zresztą Święchowicz już we wstępie: „Nasz stan wiedzy o katastrofie jest efektem zbiorowego wysiłku Polaków, Rosjan i obywateli wolnego świata. (…) W ostatnich miesiącach tysiące ludzi wykonało bezinteresowną ogromną pracę, aby zbliżyć się do prawdy. Postawiono setki hipotez i zebrano mnóstwo danych. Nigdy w historii nie funkcjonował tak wielki wolny rynek idei, nigdy nie było tak ogromnego forum, na którym każdy może wyrazić swoje poglądy. Z tego dążenia rodzi się nowa »Solidarność«. Ostrzeżenie z okładki jego książki: „Polska i świat nigdy nie będą już takie jak przed katastrofą. Sprawa smoleńska nie skończyła się, ona dopiero się zaczyna. Odkryj prawdę i przygotuj się na szok, który przeżyjesz jutro". Prosimy tej książki nie czytać. Po co pogłębiać szok?

Co ustaliła Anita Gargas?

Smoleńska twórczość filmowa rządzi się innymi regułami. Film to przedsięwzięcie kosztowniejsze, potrzebujące zasobnego medium. Główne stacje telewizyjne właśnie pokazały, że o sprawie można mówić rzetelnie i poważnie. Przykłady – dokumenty Ewy Ewart (w TVN) i Moniki Sieradzkiej (w TVP).

Filmy dokumentalne o Smoleńsku jeszcze kilka dni temu były na nieszczęście domeną dziennikarzy moralnie wzmożonych, pragnących ujawnić tajemne knowania Rosjan bądź pokazać przebudzenie narodowe po 10 kwietnia. Najsłynniejszym dziełem tego gatunku był film „Solidarni 2010" Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego, który rzutem na taśmę odchodząca pisowska ekipa zdążyła pokazać w TVP. Później dzieło zrobiło karierę w serwisie YouTube. Najważniejszym dystrybutorem produkcji smoleńskiej stała się jednak „Gazeta Polska". To do niej dołączane są kolejne filmy. Zaczęło się na początku roku od „Mgły” Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej. Później pojawił się wraz z „Gazetą Polską” nakręcony wcześniej dla Holendrów „List z Polski” Mariusza Pilisa, ostatnio zaś dzieło Anity Gargas.

Jeśli ktoś naprawdę jest rynkowym beneficjentem Smoleńska, to właśnie tygodnik Tomasza Sakiewicza. Tyle że z samej redakcji dobiegają sceptyczne głosy, iż większość zysków zainwestowano w sprzęt telewizyjny pod planowaną telewizję internetową. A to inwestycja bardzo ryzykowna. Szefową tego przedsięwzięcia ma zostać zwolniona niedawno z TVP Anita Gargas. Jej film „10.04.10", dopiero co puszczony w publiczny obieg, reklamowany jest jako pierwszy śledczy film o katastrofie smoleńskiej. Ale wbrew entuzjastycznemu przyjęciu w prawicowych kręgach naszego stanu wiedzy raczej nie wzbogaca. Przez większą część filmu oglądamy bowiem reporterkę, jak w siarczystym mrozie, pośród zasp i posowieckiej brzydoty brnie przez nieprzyjazne miasto, próbując cokolwiek ustalić. Całuje klamki drzwi na obskurnych klatkach schodowych. Biegnie za uciekającym świadkiem. Polemizuje z milicjantami, którzy przeganiają ją spod pamiątkowego obelisku nieopodal lotniska. Co ma z tego wynikać?

Ponieważ materiał nakręcony w Smoleńsku nie rzuca na kolana, autorka filmu nadrabia chwytami przećwiczonymi już w „Misji specjalnej" – pełną napięcia muzyką i tajemniczymi ujęciami. Nakręcone w Polsce gadające głowy dzielą się własnymi spekulacjami. A wszystko to przeplatane fragmentami ekskluzywnego wywiadu z Jadwigą Kaczyńską, której kolejne sentencje zastępują odautorski komentarz: „Nawet mi do głowy nie przychodzi, żeby wierzyć Rosjanom".

Kto ma tendencje do paranoi?

Najlepsze efekty w inscenizowaniu faktów niedowiedzionych i powiązań nieodkrytych osiągnął Mariusz Pilis. Jego „List z Polski" zrealizowany został na zamówienie holenderskiej telewizji publicznej. O ile jednak w Holandii przeszedł niezauważony, to u nas dzięki „Gazecie Polskiej" osiągnął status dzieła w niektórych kręgach kultowego. Teraz autor usiłuje zdyskontować powodzenie książką opartą na filmie (podobną drogą podąża również Joanna Lichocka). W dużym uproszczeniu film Pilisa jest o tym, że jego autor przesiaduje przed komputerem i wytrwale googluje, a przed jego oczami otwierają się ukryte, groźne otchłanie. „Najprawdopodobniej, jak przeczytacie mój list, dojdziecie do wniosku, że jestem szalony. I wiecie co? Mam nadzieję, że macie rację, a wszystko jest halucynacją. Mimo to ja oraz większość moich rodaków jesteśmy głęboko zaniepokojeni. Może historia udowodni, że nasze obawy są fałszywe, ale mamy naturalną tendencję do paranoi, która jest częścią naszej polskiej duszy” – lojalnie i nie bez racji ostrzega na wstępie.

A dalej? Oglądamy słynny film nakręcony komórką na miejscu katastrofy, na którym słychać wystrzały. Potem narrator cofa się w przeszłość, ujawniając prawdziwą naturę rosyjskiego imperatora. Gruzja, zniszczona trucizną twarz Juszczenki (były prezydent Ukrainy osobiście opowiada o próbie otrucia), eksplozje w rosyjskich blokach mieszkalnych tuż przed wojną czeczeńską, pogrzeb Politkowskiej i umierający Litwinienko, zniszczona Warszawa w 1945 r., Katyń, sołdaci wkraczający do Polski 17 września 1939 r., wreszcie „Rejtan" Matejki. Kamera wędruje po obrazie, szukając ukrytej tajemnicy. W końcu zatrzymuje się na lewym górnym rogu. To balkon w polskim Sejmie, z którego wydarzenia obserwuje rosyjski ambasador.

Wizje autora komentują profesorowie (Andrzej Nowak, Jacek Trznadel), publicyści (Bronisław Wildstein, Tomasz Sakiewicz), wysocy urzędnicy państwowi (Piotr Naimski, Witold Waszczykowski). Mówią mniej więcej to samo, ale widz z Zachodu, który nie jest obeznany z polskim życiem publicznym, ma odnieść wrażenie, że to reprezentatywny przekrój polskiej elity, a nie prawicowy margines.

Fakty można dowolnie lepić w konstrukcje przyczynowo-skutkowe. Polska opuszczona w 1945 r. przez sojuszników, a za chwilę pogrzeb Lecha Kaczyńskiego, na który nie dotarła większość zachodnich przywódców. „Jak oni traktują gwarancje dla Polski i zobowiązania wobec niej?" – dramatycznie pyta Waszczykowski. A prof. Trznadel dopowiada: „Jedynie przylot prezydenta Miedwiediewa dowodził, że oni są rozgrywającymi i oni się nie boją". Oglądamy też publiczne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, który domaga się odejścia Tuska, Komorowskiego, Sikorskiego i Klicha. Pilis tłumaczy holenderskiemu widzowi: „Sprawa jest poważna, bo chodzi o prezydenta, premiera, ministra obrony i spraw zagranicznych. Zostali publicznie oskarżeni o wchodzenie w grę z obcym państwem i przyczynienie się do katastrofy smoleńskiej”.

A tak w ogóle to nasze stosunki z Rosją nie są „grą o interesy, ale o życie". To jest najważniejsza teza, na której opierają się twórcy większości obecnych dzieł o Smoleńsku. I dlatego na dzieła poważne oraz bestsellery jeszcze poczekamy.


Okładka tygodnika WPROST: 15/2011
Więcej możesz przeczytać w 15/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także