Jeszcze jeden exodus

Jeszcze jeden exodus

To będzie kolejne stracone pokolenie – alarmują eksperci na parę dni przed otwarciem niemieckiego i austriackiego rynku pracy. Rząd uspokaja, że nie grozi nam exodus na miarę tego z 2004 r., ale wiele wskazuje na to, że już wkrótce na Zachód ruszy fala spragnionych pracy Polaków.
Dwudziestotrzyletnia Ewelina nie czekała na otwarcie niemieckiego rynku pracy. Nie mogła czekać. W rodzinnej wsi w województwie świętokrzyskim pracy dla niej po prostu nie ma. Szczyt marzeń to posada sklepowej w  jedynym GS. W sąsiednim miasteczku jest duża cegielnia, ale tam do pracy nikogo nie przyjmują. Ewelina z jej dyplomem szkoły gastronomicznej była więc skazana na bezrobocie, podobnie zresztą jak prawie 17 proc. mieszkańców świętokrzyskiego, najbiedniejszego regionu w całej Unii Europejskiej. Na szczęście koleżanka, która zaszła w ciążę, zaproponowała, by pojechała za nią do roboty przy sadzonkach w  Niemczech. Ewelina zapłaciła pośrednikowi kilkaset złotych i od blisko trzech lat ma legalną pracę w zapadłej niemieckiej mieścinie przy granicy z Holandią. Sadzi, sortuje, pielęgnuje, a na końcu pakuje rośliny doniczkowe hodowane w szklarni. Szef czasem prosi ją również, by  wysyłała zamówienia i wypisywała faktury.

Roboty jest dużo, czasem nawet 15 godzin dziennie, ale Ewelina się nie buntuje, tylko liczy w myślach, ile będzie mogła zaoszczędzić. Dostaje 6 euro za godzinę, więc na  miesiąc wychodzi jakieś 1,5 tys., czasem 2 tys. euro. Wydaje niewiele, tyle co na jedzenie, czasami ciuchy, a całą resztę odkłada.

– Do domu córka przyjeżdża raz na trzy miesiące. Bus załatwiony przez pośrednika zabiera ze szklarni wszystkich Polaków i rozwozi ich do domów. Za dwa tygodnie ten sam bus zbiera wszystkich i odstawia do Niemiec. Kosztuje 70 euro – opowiada matka dziewczyny, Bożena.

Nazwiska podać nie chce, bo boi się zazdrości sąsiadów. Bo ich rodzinie naprawdę nieźle się powodzi, na saksy jeżdżą aż trzy osoby: córka, mąż (odkąd stracił pracę w elektrowni, jeździ do Niemiec na budowy) i ona sama. Bożena opiekuje się starszym panem we Włoszech. Siedzi u niego miesiąc, półtora, a później zastępuje ją koleżanka z sąsiedniej wsi. I tak na  zmianę, przez cały rok. – Lekko nie jest, ale cieszymy się, że mamy robotę. I póki jest, będziemy jeździć – mówi 55-letnia Bożena.

Niemcy kuszą

Już w tej chwili w Niemczech pracuje około 400 tys. Polaków, część legalnie, inni na czarno. Kolejne kilkadziesiąt tysięcy znalazło zatrudnienie w Austrii. Oficjalne prognozy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej mówią, że po 1 maja, kiedy oba kraje otworzą dla nas swoje rynki pracy, za zachodnią granicę wyjedzie kolejne 400 tys. Polaków. Nie  wszyscy od razu, ale stopniowo, w ciągu najbliższych czterech lat.

Z danych Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan" wynika, że zapotrzebowanie na polskich pracowników jest bardzo duże. – Już dziś Niemcy potrzebują 30 tys. informatyków, tyle samo inżynierów oraz około 50 tys. opiekunów osób starszych – mówi Monika Zakrzewska, ekspert Lewiatana.

Pracę bez trudu znajdą również lekarze, budowlańcy, elektrycy, elektromonterzy, ślusarze, mechanicy, a także cukiernicy, optycy, piekarze i fryzjerzy. – W województwach na zachodzie Polski niemieccy pracodawcy organizują targi pracy, na portalach internetowych już dwa miesiące temu zaczęły się pojawiać ogłoszenia o rekrutacji pracowników – dodaje Monika Zakrzewska.

Zarówno Ministerstwo Pracy, jak i eksperci Lewiatana uspokajają, że nie grozi nam exodus podobny do  tego, jaki nastąpił w 2004 r. po rozszerzeniu Unii Europejskiej. Bo i  bezrobocie teraz nieporównanie niższe, bo najodważniejsi i najbardziej dynamiczni już wyjechali, a na dodatek znajomość języka niemieckiego jest u Polaków dość słaba. – Poza tym poszukiwani przez Niemców specjaliści zazwyczaj mają pracę w Polsce i nie muszą wyjeżdżać –  przekonuje Monika Zakrzewska.

Problem jednak w tym, że eksperci czasem się mylą. I to grubo. Gdy przed rozszerzeniem UE w 2004 r. próbowali oszacować skalę przyszłej emigracji, wyszło im, że na przykład na Wyspy Brytyjskie wyjedzie nie więcej niż 40 tys. osób. Tymczasem okazało się, że w tamtym kierunku wyemigrowało już ponad dziesięć razy więcej Polaków.

Demograf i ekonomistka prof. Krystyna Iglicka z warszawskiego Centrum Stosunków Międzynarodowych obawia się więc, że także teraz liczba emigrantów może się okazać znacznie większa niż oficjalne szacunki. – Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że fala emigracyjna znów ruszy na Zachód – mówi.

Te znaki są jej zdaniem czytelne: Niemcy kuszą Polaków bardzo atrakcyjnymi ofertami pracy, a  Polacy tej pracy ogromnie potrzebują. – Dotyczy to zwłaszcza Polski B, gdzie bieda i bezrobocie nadal są ogromne. Przedstawiciele polskich urzędów pracy w tych regionach są bezradni. Mogą oczywiście apelować, by  mieszkańcy nie wyjeżdżali, ale nie mają żadnego argumentu, który mógłby ich zatrzymać w kraju – mówi profesor Iglicka.

Latami na zmywaku Argumenty powinny się znaleźć, bo Polska nie może sobie już pozwolić na  dalszą ucieczkę obywateli. W ciągu ostatnich siedmiu lat doświadczyła największej fali emigracji w całej historii: w XIX w. za chlebem wyjechało 800 tys. Polaków, w latach 80. ubiegłego wieku prawie milion, a od czasu rozszerzenia UE z kraju wyemigrowało około dwóch milionów ludzi. Najwięcej do Wielkiej Brytanii, gdzie według szacunków GUS pracuje w tej chwili 550 tys. Polaków. W Irlandii zatrudnienie znalazło 140 tys. osób, we Włoszech 90 tys., w Hiszpanii 80 tys., a we Francji 50  tys. Kolejne 70 tys. mieszka i pracuje poza Unią Europejską.

Profesor Stanisława Golinowska, ekonomistka z Instytutu Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwraca uwagę, że o ile wcześniej emigrantami byli zazwyczaj ludzie po szkołach zawodowych, o tyle po 2004  r. z Polski zaczęli wyjeżdżać ludzie młodzi, często z wyższym wykształceniem. – Niejednokrotnie podejmują prace zdecydowanie poniżej swoich kwalifikacji i możliwości, także fizyczne i w trudnych warunkach. Zarabiają relatywnie niezłe pieniądze, ale poziom ich życia jest niski. Pracują intensywnie, nie dbają o zdrowie, o wypoczynek, nie dokształcają się – mówi.

– Wyjechało wtedy pokolenie wyżu demograficznego lat 80., którego nasz rynek pracy nie mógł wchłonąć. Ci młodzi ludzie stali się ofiarami niedopasowania polskiego systemu edukacyjnego do potrzeb rynku pracy. Mieliśmy po prostu nadprodukcję humanistów. I oni, zamiast siedzieć w kraju na bezrobociu, woleli pracę fizyczną – dodaje profesor Krystyna Iglicka.

Niestety, mało ambitna praca na zmywaku czy w firmie sprzątającej często zaczyna się wydłużać. Planowany rok zmienia się w  dwa lata, potem niepostrzeżenie mijają kolejne. I nagle okazuje się, że  emigracja planowana początkowo jako zarobkowa zmienia się w osiedleńczą.

– To stracone pokolenie. Stracone nie dlatego, że ci ludzie są mało pracowici czy niezaradni, tylko dlatego, że Polska ich traci – martwi się profesor Iglicka. Z jej badań jasno wynika bowiem, że spora część emigrantów nie ma zamiaru do Polski wracać. W swoim najnowszym raporcie na temat emigracji po 2004 r. zwraca uwagę na bardzo ciekawe zjawisko: mieszkające w Wielkiej Brytanii Polki, które w ojczyźnie nie kwapią się do rodzenia dzieci, wyprzedziły pod tym względem nawet emigrantki z  Indii i Bangladeszu. Tzw. współczynnik dzietności wynosi w ich przypadku 2,48, podczas gdy u rodowitych Brytyjek zaledwie 1,84. Powód? Na Wyspach łatwiej jest urodzić i wychować dziecko niż w Polsce, bo lepsze jest zabezpieczenie socjalne i opieka zdrowotna.

Nie wracam

– Wrócilibyśmy chyba tylko w jednym przypadku: gdyby tutaj, na miejscu, zdarzyło się jakieś nagłe nieszczęście, na przykład utrata pracy – mówi 29-letnia Magdalena Karlicka mieszkająca z mężem i dwójką dzieci w  niewielkim miasteczku pod Oksfordem.

Do Anglii przyjechali w wakacje 2005 r. z planem, że trochę zarobią, a potem wrócą. Magdalena, która skończyła czwarty rok pedagogiki w warszawskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, pracowała jako opiekunka w  domu spokojnej starości, a mąż, który jest z wykształcenia elektrykiem, znalazł zatrudnienie w swoim zawodzie.

Gdy Magdalena zaszła w ciążę, ustalili, że dziecko urodzi się w Anglii. Potem uznali, że zamiast wracać z maluchem do kraju, gdzie nie czeka na nich praca, lepiej trochę je odchować w Anglii. No i tak się jakoś zasiedzieli. – Tutaj człowiek czuje się bezpiecznie. Wystarczy pensja męża, by żyć na przyzwoitym poziomie. Z pewnością lepszym niż w Polsce – mówi Magdalena Karlicka.

Pół roku temu urodziło im się kolejne dziecko, więc w ogóle przestali rozważać powrót do kraju. – Rozmawiamy o tym tylko, gdy przyjeżdża do  nas na święta ktoś z rodziny. Siedzimy sobie i wspominamy stare czasy, a  kiedy goście wyjeżdżają, robi nam się jakoś tak smutno. Ale potem życie toczy się dalej.

O powrocie nie myśli też jej o pięć lat młodsza siostra. Dominika Kruk wyjechała do Włoch zaraz po maturze w 2006 r., bo  dostała się na wydział turystyki uniwersytetu w Ferrarze. Teraz kończy studia, do uzyskania tytułu magistra zostało jej już tylko kilka egzaminów. Na razie na życie zarabia jako kelnerka, ale myśli o otwarciu własnej agencji turystycznej. – A jeśli to się nie uda, mogłabym wykonywać różne zlecenia dla miejskich organizacji kulturalnych i  turystycznych. Pracy w moim zawodzie nie brakuje – mówi.

Mam tu stabilizację

– W Polsce jest sporo czynników, które nie sprzyjają stabilizacji młodych ludzi – mówi profesor Stanisława Golinowska. – Mają trudności z  wejściem na rynek pracy, a jeśli już mają pracę, to często jest ona nietrwała: zlecona, umowa o dzieło czy okresowy kontrakt. W takich warunkach odkładają decyzję o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci.

Andrzej Dulski z Warszawy stabilizację znalazł w Norwegii, dokąd wyemigrował trzy lata temu razem z żoną. Oboje pracują legalnie w  restauracji, dorabiają malowaniem domów albo myciem okien w biurowcach. Nie zarabiają kokosów, ale wystarcza im na wynajęcie mieszkania i  wygodne życie. – Nie szalejemy, ale jest nam łatwiej niż w Polsce. Uczymy się norweskiego, więc kiedyś dostaniemy lepszą pracę. W końcu oboje mamy wyższe wykształcenie, a Norwegowie to doceniają. Musimy myśleć przyszłościowo, bo w listopadzie urodzi nam się dziecko – mówi 32-latek.

Powrotu do kraju nie planuje. Owszem, w Norwegii brakuje mu rodziny, znajomych, książek i gazet, kiszonych ogórków i dobrej wędliny. Bolą go też surowe mandaty: ostatnio za przekroczenie prędkości o 18  km/h zapłacił 3,6 tys. koron, czyli 1,8 tys. złotych. – Ale to wszystko nic w porównaniu z poczuciem bezpieczeństwa, jakie dał mi ten kraj. Nie  muszę się martwić, z czego zapłacę składki na ZUS i jak dociągnę do  końca miesiąca. Chyba znalazłem swoje miejsce na ziemi – mówi.

Co gorsza, nawet ci, którzy decydują się wrócić do Polski, szybko tego żałują. Bo nikt tu na nich nie czeka z otwartymi ramionami. Pracy jak nie było, tak nie ma, a oni mimo zagranicznego doświadczenia nie są atrakcyjni dla polskiego pracodawcy. Trudno się zresztą temu dziwić, bo  CV emigrantów wcale się nie wzbogaciło (trudno się chwalić pracą w barze czy opieką nad dziećmi). Również dobra znajomość języka angielskiego nader często okazuje się mitem, bo za granicą przebywali głównie wśród rodaków, a na dokształcanie się nie mieli czasu.

– Są bardzo rozczarowani, bo tam zarabiali w przeliczeniu nawet 9 tys. zł, a tutaj ktoś im oferuje na wstępie 1,5 tys. – mówi profesor Krystyna Iglicka.

Tacy rozczarowani po krótkim rekonesansie znowu wyjeżdżają. Zwłaszcza że  jak podkreślają socjologowie, emigracja nieodwracalnie zmienia. Kto żył w innej kulturze, kto przywykł do barwnych ulic, wielojęzycznego gwaru i  tysięcznych możliwości rozrywki, w Polsce czuje się zagubiony. Brakuje mu przestrzeni, nie ma czym oddychać.

Stracone pokolenie

Profesor Iglicka ostrzega: – Mamy kolejne stracone pokolenie. Młodym ludziom nie stwarza się możliwości życia i pracy w kraju, a wręcz przeciwnie, delikatnie się ich stąd wypycha. Władze przyzwyczaiły się, że emigracja to swoisty wentyl bezpieczeństwa dla  bezrobocia. Nie ma dla młodych pracy? Niech wyjadą. Może wrócą, ale  wtedy już będą się martwić następne rządy. To jest najłatwiejsze wyjście. Następni będą się martwić o emigrację, następni będą się martwić o demografię, a my tymczasem będziemy spokojnie sobie rządzić –  mówi.

Jeszcze po wyborach w 2007 r. Platforma Obywatelska obiecywała, że  stworzy emigrantom warunki do powrotu, jednak obietnic nie zrealizowała. Owszem, stworzyła portal Powroty.gov.pl. oferujący praktyczne wskazówki dla powracających z zagranicy, lecz na tym się skończyło. Teraz rząd wydaje się nawet zadowolony, że emigranci zorganizowali sobie życie za  granicą. Podczas niedawnej wizyty w Londynie premier Tusk gorąco dziękował Brytyjczykom za „tysiące i tysiące Polaków, którzy mogli przyjechać do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu lepszych możliwości pracy zawodowej".

A problem jest i to poważny. Już w 2009 r. znany ekonomista, dr Cezary Mech, próbując przewidzieć sytuację demograficzną Polski w  latach 2030-2060, prognozował: „Istnieje realne niebezpieczeństwo, że  błędna polityka gospodarcza i brak działań prorodzinnych spowoduje, że  obciążenia pracy będą tak wysokie, iż praca w kraju stanie się nieopłacalna dla młodego pokolenia".

Prof. Stanisława Golinowska przypomina, że nasze społeczeństwo szybko się starzeje, od kilku lat zmniejsza się również populacja. – Emigracja dodatkowo pogarsza proporcje demograficzne, zmniejszając zasoby pracujących. Już teraz przechodzi na emeryturę pokolenie powojennego baby boomu, a za kilkanaście lat będzie potrzebowało długoterminowej opieki, której już nie sprostają wyłącznie ich rodziny. Zatem z punktu widzenia wyzwań przyszłości oraz strukturalnych potrzeb rynku pracy emigracja jest zjawiskiem wysoce niekorzystnym. Już dzisiaj mocno odczuwamy deficyty w  wielu zawodach. Potrzebujemy ludzi do pracy w budownictwie, bo Polska się buduje jak długa i szeroka. Niemcy przez lata do takich prac wykorzystywali Polaków. A co my mamy zrobić? Kogo zatrudniać? – pyta.

Tymczasem według niedawnych badań firmy konsultingowej Deloitte aż 60  proc. studentów jest gotowych wyjechać z Polski. Twierdzą, że tutaj nie  mają perspektyw, bo bezrobocie wśród absolwentów wyższych uczelni jest ogromne – wynosi około 24 proc.

O emigracji poważnie myśli 25-letni Wojciech M., który skończył stosunki międzynarodowe na UW, a teraz jest na ostatnim roku psychologii. – Nie liczę już CV wysyłanych w Polsce, choć było ich pewnie kilkadziesiąt. W ubiegłym roku pracodawcy się jeszcze odzywali, zapraszano mnie na rozmowy kwalifikacyjne. W jednej z  firm zaproponowano mi pensję w wysokości 300 zł miesięcznie. Od stycznia sytuacja zmieniła się ze złej w beznadziejną. Nikt już nawet nie dzwoni. Współpraca: Katarzyna Iwanicka, Marlena Mistrzak
Okładka tygodnika WPROST: 17/2011
Więcej możesz przeczytać w 17/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 10
  • koubah IP
    Skąd Pani Redaktor ma takie dane? Informacje GUS oraz inne świadczą o zupełnie czym innym. Czy cytowana osóbka jest równie wiarygodna jak to, że Świętokrzyskie jest najbiedniesze w UE?
    • correspondent IP
      It is not sure that Germans and Austrians will accept Poles as passively as the British. In the UK Poles were prudent with driving because of the left direction. In Germany Poles could play \"Uhlans\" and rocket up German car accidents`statistics. Poles are , in most cases, also dirty and it couldn`t be accepted in Germany. Then think also about the extreme right which can use Poles to get a substantial representation in the German Parliament. So, it is perfectly possible that after some social unrest Germans will make some rules for Poles who will still try to escape Poland`s poverty through the work in Germany.
      • bez-nazwy IP
        Pauperyzowane w Polsce Polactwo znowu ruszy za chlebem - tym razem do Niemiec.
        • aleksanderkara. IP
          POLSKA WNUCZKA BEDZIE PODCIERAC DUPE NIEMIECKIEMU DZIADKOWI KTURY STRZELAL DO JEJ DZIADKA.OT I WSIO.a lis to bedzie opisywal.
          • aleksanderkara. IP
            wyjezdzaja Z LISIEJ NORY WPROST w objecia wnukow BALEROW u ktorych pracowali nasi rodzice.ZE SZCZESCIA.
            • DNO-ST IP
              Jak to, przeca tutaj Irylandia jest i Amerykia

              Przecież to Kaczyński manipuluje cenami i wybiera najdroższe sklepy!!!!!

              A potem atakuje popularne wśród jelity dyskonty!!

              Ja wierzę, że Tusk to mąż stanu i chce dobra Polski!! A Kaczyński to tylko chce Polskię podpalać!
              • Poskramiacz Oszołomów IP
                No i dobrze, nie sp.....lają z tego raju, z tej oazy szczęśliwości, dobra i manny, z tej zielonej wyspy Tuska, w której żyje się lepiej - wszytkim.

                Czytaj także