Real od środka

Real od środka

Jak trenuje Cristiano Ronaldo? Co Iker Casillas wie o pracy w kopalni? O czym José Mourinho mówi w szatni? – opowiada nam Jerzy Dudek, rezerwowy bramkarz Realu Madryt.
Michał Pol i Dariusz Wołowski: Nie przeżył pan chyba podobnej chwili radości od finału Ligi Mistrzów w Stambule, kiedy jako bramkarz Liverpoolu zatrzymał pan Milan? W finale Pucharu Króla pokonaliście Barcelonę, z którą pięć miesięcy temu przegraliście 0:5.
Jerzy Dudek: I sprawiliśmy ból licznym fanom Katalończyków. W ostatnich dwóch latach oni zdominowali nie tylko hiszpański, ale i światowy futbol. Wydawali się zespołem z innej planety, dobrze było sobie uzmysłowić, że da się z nimi wygrywać. Ja przyjechałem do Realu jeszcze przed erą Pepa Guardioli, smak zwycięstwa nad Barcą znałem, ale inni koledzy nie, radość była więc ogromna. Mieliśmy rachunki do wyrównania. Ale wciąż sprawa nie została zakończona. W środę półfinał Ligi Mistrzów, nie odpuszczamy, chcemy być w finale na Wembley. Dlatego po zdobyciu Pucharu Króla nie było nawet przesadnego świętowania.
Jak to nie? Kiedy o czwartej rano dotarliście na plac Cibeles, na  którym czekali fani, Sergio Ramos był tak rozbawiony, że upuścił trofeum z autokaru!
Żartowaliśmy, że Puchar Króla dostał za swoje, bo się nam tak długo opierał. Real czekał na niego 18 lat. Na placu Cibeles musieliśmy być, nie można było zawieść dziesiątków tysięcy naszych fanów tak spragnionych triumfu nad Barceloną. Ale jak mówię, czas rozliczeń z  Barceloną się jeszcze nie skończył. Zostały dwa mecze i wielki cel, czyli wyjazd na Wembley.

Zwycięstwo nad Barceloną: czyja to zasługa w największym stopniu?
Wątpliwości nie ma: José Mourinho.

Jaki on jest? Sam nadał sobie przydomek Special One.
Rzeczywiście jest kimś wyjątkowym? Pod każdym względem. To wielka osobowość, wielki trener, taktyk, psycholog. Niezwykle pewny siebie, ale wszystko, co robi i mówi, sprawia, że jego pewność udziela się nam, piłkarzom. Na zewnątrz zimny perfekcjonista, postrzegany jako człowiek arogancki. Ale to tylko wizerunek medialny. Wobec swoich zawodników jest niezwykle opiekuńczy. Kiedy miałem złamaną szczękę, chciało mu się odwiedzać mnie w szpitalu, choć jestem tylko rezerwowym bramkarzem. Stale nam uświadamia, że jest jednym z nas. Pracowałem z wieloma trenerami, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, żebym przez cały sezon nie miał ani jednego treningu bez piłki. Nasze treningi to cały czas granie na wysokich obrotach. Od kiedy Mourinho objął Real, ani razu nie wysłał nas na siłownię, która u  wszystkich poprzednich trenerów była normą. Staram się wykorzystać współpracę z nim, bo to dar od losu, podpatruję więc i zapamiętuję jego warsztat. Kto wie, może kiedyś w przyszłości będę mógł tę wiedzę wykorzystać.

Podobno kiedy przemawia do was, zapada cisza jak w kościele. Tak opisywał to wasz kapitan Iker Casillas.
Z kazaniami bym tego nie porównał. Mówi zwięźle. Ktoś, kto musi zapanować nad tyloma wybitnymi graczami, nad ich charakterami i muchami w nosie, musi być osobowością. I on właśnie ma osobowość największą z  nas wszystkich.

Jak się czuliście po jesiennej porażce 0:5 z Barceloną?
Fatalnie, głównie dlatego że nie spodziewaliśmy się, że między naszymi drużynami jest aż taka różnica. Podchodziliśmy do meczu z wiarą, że nasz nowy trener, najlepszy specjalista na świecie, który dopiero co wygrał drugi raz Ligę Mistrzów z Interem, zbudował nowy, doskonały zespół. Wcześniej nie przegraliśmy pod jego wodzą w 25 meczach i uwierzyliśmy w  nietykalność. Ale okazało się, że nawet ktoś taki jak Mourinho nie był w  stanie zbudować w cztery miesiące drużyny mogącej przeciwstawić się Barcelonie. Barcelona to dzieło skończone. W dodatku rozegrała z nami najlepsze spotkanie w sezonie. Za to my – najgorsze. Zgubiła nas ofensywna taktyka. Kiedy poprzedni trenerzy ustawiali nas na Camp Nou defensywnie, przegrywaliśmy 0:1 i 0:2. My chcieliśmy zagrać nie dość, że  skutecznie, to jeszcze pięknie.

Co powiedział Mourinho po tej klęsce?
Żebyśmy nie zamykali się w domach, ale szli do ludzi. Że porażka 0:5 to  nie koniec świata, że nie trzeba chować się ze wstydu. Uświadomił nam, że przegrana na tym etapie sezonu może być błogosławieństwem. Przypomniał, jak z Interem przegrał na Camp Nou w meczu grupowym Ligi Mistrzów, by w półfinale wrócić tam i wyeliminować Barcelonę. Obiecał, że z nami dokona tego samego. I jego słowa zaczynają się sprawdzać. Dziś nie boimy się już Barcelony, jesteśmy gotowi do boju o finał Ligi Mistrzów.

O ile lepszy jest dziś Real od tego, który przegrał tak wysoko?
Każdy tydzień pracy z José Mourinho sprawia, że jesteśmy silniejsi, niż  byliśmy. Lepiej się rozumiemy na boisku. Wszyscy są zdrowi. A  najważniejsze, że my sami czujemy się mocniejsi. Nie ma już przed nami rzeczy niemożliwych do osiągnięcia.

Leo Messi dostał w styczniu po raz drugi z rzędu Złotą Piłkę dla  najlepszego piłkarza świata. Gadacie czasem w szatni o Argentyńczyku?
Kiedy wyróżni się czymś szczególnym, u nas w szatni raczej zapada cisza. Np. kiedy w Lidze Mistrzów strzelił cztery gole Arsenalowi rok temu. To  geniusz. Czasami potrafi przyćmić nawet własną drużynę, chociaż występuje w niej przecież aż ośmiu mistrzów świata, reprezentantów Hiszpanii. Niektórzy trenerzy mówią, że to facet jak postać z gry na  Playstation. Jest w stanie zrobić z piłką, co zechce. Obrońcy nawet nie  zdążą go kopać po nogach, bo jest dla nich za szybki. A przy tym przy swoich marnych warunkach fizycznych ma niesamowicie mocne uderzenie z  dystansu. Piłka nie dość, że leci tam, gdzie on chce, to jeszcze z  ogromną siłą. I co z tego, że wszyscy znają jego słynne zagranie ze  zbiegnięciem z prawej strony do środka i oddaniem strzału, skoro zdobywa tak jedną bramkę za drugą. Jak to powiedział jeden trener tu w  Hiszpanii: Messiego może powstrzymać tylko snajper wyborowy. No, ale my  w Pucharze Króla poradziliśmy sobie i bez snajpera.

Wymieniłby pan Messiego na Cristiano Ronaldo?
Cristiano jest najdroższym piłkarzem świata i uważam, że dawno już spłacił Realowi ten wydatek. On jest jak maszyna. Nic, co robi później na boisku, nie dzieje się przypadkiem, wszystko jest wypracowane, wytrenowane w pocie i trudzie. Wiem coś o tym, bo po treningu często zostajemy razem na placu. Dzień przed meczem Iker Casillas się oszczędza, więc ja wchodzę do bramki, a Ronaldo ćwiczy do znudzenia te  swoje petardy z 30 metrów. Musi to robić, bo odpowiada u nas za stałe fragmenty gry. Ma bardzo małą stopę, rozmiar 41, to przy jego wzroście nietypowe, i jak nią uderza, to piłka wyprawia różne harce. Zachowuje się trochę jak balon niesiony wielkim podmuchem, dlatego tyle kłopotu sprawia nam, bramkarzom. Ronaldo ma wielu przeciwników, może dlatego, że  wydaje się arogancki, taki ma styl gry. Prywatnie to jednak miły chłopak i fajny kumpel.

Choć jest pan tylko rezerwowym, koledzy z Realu i kolejni trenerzy chwalą sobie współpracę z panem, a media traktują bardzo ciepło. Czym pan na to zasłużył?
Zachowuję się naturalnie, robię tylko swoje, a oni, jak przypuszczam, doceniają to, że choć mam zerowe szanse na wygryzienie ze składu Ikera Casillasa, to nie olewam swojej pracy i do każdego meczu przygotowuję się tak, jakbym miał w nim zagrać. Taka postawa wzbudza szacunek. Kiedy przychodziłem, wielu obawiało się, że mając na koncie Puchar Europy z  Liverpoolem, będę udawał nie wiadomo kogo i robił wszystko, żeby podkopać pozycję ich ukochanego Casillasa. A ja przecież wiedziałem, w  jakiej roli przychodzę. Na zewnątrz Jose Mourinho to zimny i arogancki perfekcjonista. Ale  wobec swoich zawodników jest niezwykle opiekuńczy. Kiedy miałem złamaną szczękę, odwiedzał mnie w szpitalu Na ile mogę, staram się walczyć o swoje, ale nie psuję atmosfery. Ja chyba zawsze byłem za małym indywidualistą i przede wszystkim myślałem o  drużynie. Czasem płaciłem za to. Bernd Schuster, który sprowadzał mnie do Madrytu, obiecywał, że będę grał częściej, ale stało się inaczej. Iker to człowiek o żelaznym zdrowiu, pazerny na grę w każdym meczu. Więc ja robię inne rzeczy. Godzę kolegów na treningach, rozładowuję napięcia. I pewnie stąd ta dobra opinia.

Iker Casillas powiedział w jednym z wywiadów, że usłyszał od pana opowieść o pracy w kopalni, zanim trafił pan do futbolu. Zdał sobie wtedy sprawę, że powinien jeszcze bardziej szanować to, co ma.
Każdy z nas ma jakąś historię. A Brazylijczycy, którzy urodzili się w  fawelach? Im futbol ratował życie. Kim byliby bez niego? Iker też na  starcie nie miał łatwo. Oczywiście, w przeciwieństwie do moich klubów w  Realu ciepła woda w szatni była zawsze, ale trzeba było być kimś, żeby w  tak młodym wieku sprostać presji tak wielkiego klubu. Iker to  od strony psychicznej tytan, prawdziwy zwycięzca.

Nie żałuje pan tego transferu do Realu? Może jednak za wcześnie skazał się pan na rolę rezerwowego?
Coś straciłem, coś zyskałem. W Madrycie poznałem od podszewki największy klub świata i największych piłkarzy. Ale grałem zdecydowanie za mało.

Jak chce pan wykorzystać wiedzę zdobytą w Realu? Jako trener bramkarzy?
Eee, nie. Trener bramkarzy to teoretycznie najlepsza robota na świecie, bo za nic się nie odpowiada. Decyzja, kto stoi w bramce, i tak należy do  pierwszego trenera. Mam większe ambicje. Może nie, żeby od razu zostać selekcjonerem reprezentacji Polski, ale w roli dyrektora reprezentacji na Euro 2012 bym siebie chętnie widział. Profesjonalny futbol na  najwyższym poziomie poznałem i w Liverpoolu, i w Madrycie. Nasza kadra wymaga podobnych standardów, więc może bym się jej przydał.

Ma pan 38 lat, w czerwcu kończy się pański kontrakt z Realem. Przedłuży go pan, poszuka szczęścia w innym klubie czy skończy karierę?
Wszystko jak zwykle wyjaśni się w ostatniej chwili. Kiedy dwa lata temu wygasał mój kontrakt, pierwszą rozmowę o przyszłości odbyłem dopiero pod  koniec sezonu. Przed rokiem znów wszystko się przedłużyło, bo działacze uzależniali przedłużenie kontraktu od decyzji nowego trenera. Mourinho zadzwonił do mnie i powiedział, że cieszyłby się, gdybym został. Zostałem, bo byłem ciekaw, jak pracuje najlepszy trener na świecie. I  nie żałuję. Teraz znowu mam sygnały, że jak wszystko dobrze pójdzie, mogę zostać na kolejny rok. Dobrze by było, bo mój syn Olek ma ostatni rok gimnazjum w Hiszpanii. Ale zdaję sobie sprawę, że tak wielki klub jak Real ma na głowie sporo spraw dużo większej wagi niż nowy kontrakt Jurka Dudka. W razie czego będę miał co robić. Zostałem ambasadorem firmy Castrol. Będę brał udział w projekcie rozdawania biletów na Euro 2012.

Podobno telefonował do pana Franciszek Smuda z propozycją pożegnania z reprezentacją Polski? I odpowiedział pan, że nie chce jeszcze kończyć kariery? Marzy się panu udział w Euro 2012?
Trener Smuda w ogóle ze mną nie rozmawiał. Zadzwonił tylko kolega z  reprezentacji, bo uważał, że skoro pożegnanie miał Michał Żewłakow, to i  mnie się takie należy. Odpowiedziałem, że dopóki jestem zdrowy, żegnać się nie chcę. Ale kto wie, co będzie? Może już za kilkanaście tygodni zakończy się moja kariera?

Rozmawiali Michał Pol, Sport.pl, i Dariusz Wołowski, Interia.pl

Okładka tygodnika WPROST: 17/2011
Więcej możesz przeczytać w 17/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0