Jesteśmy dziećmi komunistów

Jesteśmy dziećmi komunistów

Marcel Łoziński w filmie „Tonia i jej dzieci”, opowiadając o koledze z podwórka, opowiada o zjawisku zwanym przez niektórych „żydokomuną”. Opowiada odważnie i bez zbędnego znieczulenia.
Jako chłopak kilka razy dostałem na Czerniakowie w twarz za to, że  jestem Żydem – wspomina 70-letni dokumentalista Marcel Łoziński. –  Miałem kręcone włosy, byłem ciemny, nie chodziłem do kościoła. Rozpoznawali mnie od razu. I bach!

Łoziński musiał więc nauczyć się bronić, a nawet bić pierwszy, uprzedzając atak. Tej sztuki nauczył go  jego przyjaciel, również Marcel – Lechtman. – Powiedział, że to ja mam pierwszy uderzyć przeciwnika – mówi Łoziński. – Przygotował mnie psychicznie, bo ciężko jest uderzyć pierwszemu.

Łoziński nakręcił właśnie film dokumentalny „Tonia i jej dzieci" poświęcony koledze „ulicznikowi” i jego rodzinie. To film kolegi o koledze z podwórka, a  przy okazji opowieść o historii Polski, o tym, jak straszną cenę musiały płacić dzieci za wybory ideowe rodziców komunistów. Marcel Lechtman został bowiem twardzielem zaprawionym w bojach ulicznych po tym, jak jego matka Tonia Lechtman – zagorzała przedwojenna komunistka – trafiła w 1949 r. do stalinowskiego więzienia przy Rakowieckiej jako „szpieg amerykański”, a jej dzieci – dziewięcioletniego Marcela i dwa lata starszą siostrę Werę – skierowano do domu dziecka we Wrocławiu. „Jesteśmy dziećmi komunistów – powiedziała Wera, przedstawiając siebie i  brata w domu dziecka. „Tylko żydokomunę ciągle nam tu przysyłają” –  usłyszały w odpowiedzi dzieci od wychowawczyni. Pierwszy raz zetknęły się wtedy z tym terminem.

Łoziński zrobił film ascetyczny, bo – jak mówi –  „im większy temat, tym prostszych trzeba środków wyrazu". Zaprosił do  siebie mieszkającego dziś w Szwecji Marcela i jego siostrę, która przyjechała z Tel Awiwu, posadził wspólnie przy stole w swoim domu i  przez sześć dni kręcił ich rozmowy, konfrontując ich po raz pierwszy z  pamiętnikami matki, jej zeznaniami z przesłuchań w latach 1949-55 oraz  wyjaśnieniami, które w 1956 r. składała przed tzw. komisją Mazura, kiedy to po śmierci Bieruta nowe władze PRL przygotowywały oskarżenie katów z  Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, takich jak Anatol Fejgin czy  Józef Różański. – Sześć dni zamiast dziesięciu lat na kozetce – mówi Łoziński. – Bałem się tego filmu, konfrontacji bohaterów z przeszłością, którą wyparli, bo była zbyt bolesna. Przecież Marcel właściwie wymazał z  pamięci losy matki.

Rozumiem mamę

„Tonia i jej dzieci" to nie tylko opowieść o Toni Lechtman, ale także całym pokoleniu polskich Żydów służących komunizmowi przed wojną. Tonia wyleciała z gimnazjum za udział w demonstracjach ulicznych. Przez Palestynę trafiła do Francji. Jej mąż, austriacki Żyd, również komunista, walczył z faszystami w Hiszpanii, później zginął w  Oświęcimiu. Tonia z dwójką dzieci wojnę przeżyła we Francji. Po wojnie organizowała powrót Polaków z Francji do komunistycznej ojczyzny. Już wtedy nie miała czasu dla dzieci, które po raz pierwszy trafiły do domu dziecka.

Podobnie Marcel Łoziński: jego matka Eugenia również była zajęta organizowaniem powrotu Polaków do ojczyzny, urodzony w Paryżu Marcel trafił do francuskiego domu dziecka. – Nie mam do niej o to żalu – mówi Łoziński. – Ja mamę rozumiałem. Jeździła po Francji, od wsi do  wsi rowerem, organizując pomoc. Gdzie miała mnie trzymać? Mieszkała przecież po ludziach. A mnie nie było tak źle w tych domach dziecka. Myślę, że mama bardziej cierpiała ode mnie. Tu rozkaz partii, a tu dziecko – to musiało być dla niej bolesne.

Zarówno Eugenia Łozińska, jak i Tonia Lechtman wróciły pod koniec lat 40. do Polski. Rodzice Łozińskiego, jak mówi reżyser, byli „zawodowymi rewolucjonistami", którzy pracowali dla partii, pisząc artykuły do prasy. Był pod ich wpływem: – Pamiętam, że w październiku 1956 r. rozdawałem na ulicach z  kolegami z klasy nadzwyczajny dodatek „Trybuny Ludu” informujący, że  VIII Plenum KC PZPR wybrało Gomułkę na pierwszego sekretarza, że mamy wreszcie naszego przywódcę!
– Czy nie obwinia pan rodziców za tamte wybory? – pytam.
– Nie, bo wierzyli, że budują jedyny sprawiedliwy system. Wierzyli, że Gomułka zreformuje socjalizm, ale okazało się, że  to nierealne. Odeszli z partii w 1957 r., po tym jak milicja rozgromiła studentów protestujących po zamknięciu tygodnika „Po Prostu". Odeszli od  roboty partyjnej – ojciec został tłumaczem z francuskiego, mama była współzałożycielką popularnego pisma „Ty i Ja”. Wiem, jak cierpieli, bo  poświęcili młodość systemowi, który okazał się zbrodniczy. Ojciec zresztą czuł się winny, że kładł podwaliny tego systemu. Miał propozycję świetnej pracy we francuskiej prasie, mógł wyjechać. Ale powiedział, że  nie pojedzie, bo musi wypić piwo, którego nawarzył. To była uczciwa postawa.

Łoziński przyznaje, że jego ojciec w latach 50. nie chciał wiedzieć o stalinowskich procesach ani głodzie na Ukrainie, choć „przecież mógł wiedzieć": – Koestler napisał już wtedy „Ciemność w  południe” – rozliczenie z procesami pokazowymi , a Orwell „W hołdzie Katalonii” o mordowaniu „swoich” w czasie wojny hiszpańskiej, w której mój ojciec uczestniczył jako ochotnik. Ale w partii obowiązywała zasada, że wrogów się nie czyta!

Tonia Lechtman była jeszcze bardziej radykalna od rodziców Łozińskiego. Gdy w 1954 r. przyszła decyzja o jej uwolnieniu (oskarżenie o szpiegostwo okazało się „pomyłką"), nie chciała wyjść na  wolność, twierdząc, że skoro partia ją oskarżyła, to musiało w tym coś być. – Broniła swoich oficerów śledczych, bo uważała, że oni naprawdę wierzyli, że jest szpiegiem i wykonywali rozkazy partii – mówi Łoziński. – Bała się również kontaktu z dziećmi, wstydziła się swojego wyglądu, straciła wszystkie zęby i była cieniem człowieka. Przez dwa miesiące od  uwolnienia nie powiedziała dzieciom, że wyszła. Bała się odrzucenia?

Jazda po bandzie

To znaczy uważać, aby bohaterom nie zrobić krzywdy. Przykład? Niedawno reżyser przejechał z synem Pawłem trasę camperem z Warszawy do Paryża, gdzie w Ogrodzie Luksemburskim rozrzucił kiedyś prochy matki, bo to było jej ukochane miejsce: – Kamery przyssane były do szyb auta, a my pojechaliśmy po całości: przelecieliśmy całe życie naszej rodziny, komunizm dziadka, mamę. Były płacze, awantury, przytulanie, całowanie. Ale chyba przelecieliśmy jednak przez bandę, więc nie wiem, czy ten film ujrzy światło dzienne. Mnie może boleć, ale bliskie nam osoby – nie!

Po bandzie Łoziński jechał od początku. Pierwszy film zrobili z Pawłem Kędzierskim jako pracę zaliczeniową na studiach. Ich opiekun artystyczny dał im na próbę 20 minut taśmy filmowej. Był rok 1970. Wymyślili, że  nakręcą Tonię Lechtman oraz dwie inne kobiety, z którymi siedziała kilka lat w jednej celi: – I one jak małe dziewczynki, którymi może wtedy były, bo „usiadły", nie mając jeszcze 30 lat, zaczęły przed kamerą opowiadać o torturach. „A pamiętasz Zakopane? Taaak!”. A „Zakopane” to  było otwieranie okien w zimie i polewanie zimną wodą nagich ciał. „A  pamiętasz, jak siedziałam trzy dni na nodze od stołka? Ha ha ha!”. To  było odreagowanie, one odstawiały teatrzyk. Poza tym ich oficer śledczy spotkał się z nimi przed kamerą! Ofiara z katem! Ale nasz opiekun obejrzał to i kazał zniszczyć negatyw oraz wszelkie ślady po filmie. Zmarnowana szansa.

Potem władza dalej konsekwentnie umieszczała jego filmy na półce. A Łoziński konsekwentnie ośmieszał mentalność władz PRL. Jak w filmie „Happy end" zrealizowanym z Pawłem Kędzierskim w ośrodku doskonalenia kadr kierowniczych. – Przyjeżdżali tam dyrektorzy zjednoczeń, a my namówiliśmy ich na rodzaj psychodramy. Poprosiliśmy, by udawać naradę partyjną: fa- z festiwalu w Oberhausen, to zwracałem bryka nie wykonuje planu, każdy jest winny, przyjaciołom. W  końcu w 1981 r. nasze filmy każdy ma dużo do stracenia, podwyżkę, talon poszły do kin. Myśmy chodzili z Kieślow- na samochód, przydział na  mieszkanie, więc skim i innymi kolegami i patrzyliśmy na te trzeba znaleźć kozła ofiarnego. Tak się w to kolejki. O kurcze pieczone, przyjemnie było! wczuli, takie argumenty wysuwali o piciu, Satysfakcja niewiarygodna! Okazało się , że to o zaniedbaniach – że inżynier Kocoń, na samo dręczyło nas i widzów. Oni na ekranie którego padło, naprawdę poczuł się, jakby widzieli odbicie swoich emocji, wiedzieli, że był winny. nie są sami z tymi niepokojami.

Kolejne jego filmy – „Jak żyć", wykpiwający mentalność członków ZSMP, czy „Próba mikrofonu” – opowieści pracownic zakładów Pollena – pokazywano jedynie wDKF-ach. – Wiedziałem, że te filmy będą zatrzymane.
Wiedziałem też, że dla władzy to są taśmy prawdy. Towarzysze wKC oglądali i dostawali prawdziwy obraz. Może coś się w ich głowach zadziało – mówi autor.

Młodzi filmowcy, tacy jak on, Krzysztof Kieślowski, Tomasz Zygadło czy Wojtek Wiszniewski opowiadali w dokumentach prawdę o PRL izdobywali nagrody na świecie. – Służyliśmy trochę jako alibi dla tej władzy
–mówi Łoziński. – Partia mogła powiedzieć na Zachodzie: „Patrzcie, jakie prawdziwe filmy robi się w wolnej Polsce". Ale jeśli udało nam się wyjechać z tymi filmami, to tłumaczyliśmy widzom z Niemiec czy Francji: „Wy tu oglądacie, a Polacy nie oglądają”.

– Nie myśleliśmy wtedy o pieniądzach – dodaje reżyser. – Pożyczałem, kombinowałem, a jak przyszła nagroda, np. 500 marek z festiwalu w Oberhausen, to zwracałem przyjaciołom. W końcu w 1981 r. nasze filmy poszły do kin. Myśmy chodzili z Kieślowskim i innymi kolegami i patrzyliśmy na te kolejki. O kurcze pieczone, przyjemnie było! Satysfakcja niewiarygodna! Okazało się , że to samo dręczyło nas i widzów. Oni na ekranie widzieli odbicie swoich emocji, wiedzieli, że nie są sami z tymi niepokojami.              

Po 1989 r. Łoziński uznał, że „lekcję obywatelską" już odrobił i chce robić filmy intymne. Takie, jak wzruszające „Wszystko może się przytrafić” o jego synku, który chodzi po parku i zaczepia staruszków, zadając im pytania o życie, małżeństwa, rozwody, miłość, samotność. – Małe stworzonko chce słuchać starszych w parku. A starsi ludzie mają dużo do powiedzenia, tylko nikt nie ma czasu ich słuchać – tłumaczy autor.

Reżyser uczy też w szkole filmowej Andrzeja Wajdy. Co mówi młodym? – Odradzam im ten pieski zawód. Zaczyna się już na poziomie pomysłu, szukania dobrego tematu. Ja szukam długo, czasem latami, mam niedobre okresy. Pieniędzy zawsze brakuje. Zdjęcia z reguły nie wychodzą jak trzeba. Montaż? Trwa kilka miesięcy, a ja robię dwadzieścia parę wersji, zanim zdecyduję, że już lepiej nie umiem. Bo ja sam nie nauczyłem się do dziś, jak robić film. Do każdego następnego podchodzę z takim samym strachem jak debiutant. Wiem tylko, czego unikać: pretensjonalności i zbędnego eksperymentatorstwa.

Jedź do Szwecji

W 1968 r., podczas nagonki antysemickiej, Tonia i jej dzieci zdecydowały się wyjechać z Polski. Marcel Lechtman chciał jechać z matką i siostrą do Izraela. – Pytam go: „Zwariowałeś?" – mówi Łoziński. „Co ty z tym Izraelem? Jedź do Szwecji, błagam! Będzie bliżej!” Załadowałem go na prom do Ystad i cześć! Został tam specjalistą od niewymiarowych wind robionych na zamówienie.
– Czy pana rodzina nie chciała wtedy uciec z  Polski? – pytam.
– Bezpieka chciała ojca podłamać, więc odbierał telefony „Spier… do Izraela!". A on na to: „A ty jedź do Arabów, bo tam potrzebują osłów”.  
– Czy było panu trudno jako chłopakowi, który na  Czerniakowie dostawał w łeb za bycie Żydem?
– Czułem się gorszy, jak obywatel drugiej kategorii. Słyszałem wokół masę dowcipów antysemickich i zastanawiałem się, jak na mnie patrzą. Miałem kompleks, czułem się napiętnowany, a na dodatek nie rozumiałem za co: w sumie nie miałem z  tym nic wspólnego, byłem z rodziny laickiej, nie znałem hebrajskiego, nie wiedziałem nic o tradycji. Dziś sytuacja jest jasna: jestem Żydem i  do widzenia. Nie będę się przejmował!
Okładka tygodnika WPROST: 17/2011
Więcej możesz przeczytać w 17/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Olejnik IP
    to żydy nawet za to każa płacić