Nieugięty Barack

Nieugięty Barack

Prezydent USA pokazał, że naprawdę umie przewodzić. Amerykanie zrobili, co mogli, a teraz Arabowie i muzułmanie muszą zrobić swoje i pokonać „binladenizm” – piszą Maureen Dowd i Thomas L. Friedman z „The New York Times”.
Amerykańska dziennikarka i pisarka, laureatka Nagrody Pulitzera. Od lat związana z „The New York Times". Maureen Dowd Nic dziwnego, że czołowi generałowie nazywają prezydenta „Nieugięty Luke". Po wydaniu komandu Navy Seals rozkazu realizacji śmiałego planu mającego na celu – bądźmy szczerzy – zabicie Osamy bin Ladena Barack Obama włożył w sobotę wieczorem smoking i wygłosił w waszyngtońskiej sali balowej dowcipne przemówienie do popijających drinki dziennikarzy i  gwiazd Hollywood. Gdybyśmy oglądali to wszystko w czasie rzeczywistym, efekt byłby równie dramatyczny jak w ulubionym filmie prezydenta „Ojciec chrzestny", gdzie biegną równolegle dwie akcje – Michael Corleone spokojnie celebruje chrzciny swego siostrzeńca, podczas gdy w tym samym czasie jego podkomendni wykonują polecenie, aby rozbić konkurencję na  krwawą miazgę. Zamiast słynnej odzywki z filmu: „zostaw pistolet, zabierz cannoli", wstawmy: „zostaw helikopter, weź ciało”.

W momentach kryzysowych wystudiowany chłód i nieprzeniknione oblicze odgradzały czasem prezydenta od ludzi. Ale w ostatecznej rozgrywce z Wrogiem Publicznym nr 1 te cechy okazały się bardzo pomocne. Moment był dobry, bo łagodził przytoczone przez Ryana Lizzę z „The New Yorker" niefortunne słowa anonimowego doradcy Obamy, że prezydent nie jest Johnem Wayne’em odprowadzającym krytykowaną i besztaną Amerykę od miejsca u szczytu globalnego stołu. Prezentowaną w Libii doktrynę nazwał on „przewodzeniem z tylnego siedzenia", co wypadło dość żałośnie. Teraz prezydent pokazał, że umie przewodzić naprawdę i że w odróżnieniu od Jimmy’ego Cartera [w czasach operacji w Iranie – red.] wie, jak zorganizować ten kluczowy dla  operacji zapasowy helikopter. Pokazał, że ci, którzy nazywają go  mięczakiem, mylą się, bo pod pozorami niezdecydowania często kryje twarde zamiary.

Dick Cheney i Sarah Palin – która była tak taktowna, że  gratulując sukcesu, nie wspomniała nawet o Obamie – próbowali przypisać zasługę administracji Busha. Nie ma jednak wątpliwości, że powodem tego, że rodziny ofiar 11 września tak długo czekały na sprawiedliwość, było megalomańskie obranie przez ekipę Busha drogi okrężnej przez Bagdad. Uparty jak osioł Donald Rumsfeld, z ewidentną obsesją na punkcie tajnych operacji, nie dysponował dostatecznymi siłami, by po inwazji na  Afganistan schwytać Osamę w Tora Bora. Aby uzasadnić przerzucenie wojsk do Iraku, Bush i jego ludzie przestali wspominać o Osamie i próbowali bagatelizować jego znaczenie.

A gdy Biały Dom przestaje się zajmować jakimś tematem, to samo robi wówczas CIA. Polowanie zamarło do tego stopnia, że w 2005 r. zajmująca się bin Ladenem komórka CIA została rozwiązana. Przemawiając w niedzielę wieczorem z Pokoju Wschodniego Białego Domu, prezydentObama dał do zrozumienia, że wreszcie przegnał złośliwe „edypalne upiory". „Wkrótce po objęciu urzędu – powiedział –  wydałem dyrektorowi CIA Leonowi Panetcie polecenie, by zabicie bądź ujęcie bin Ladena uznał za priorytet naszej wojny z Al-Kaidą". Wielu sławnych najeźdźców, od Czyngis- -chana po Timura i Babura, przebyło drogę, którą w bezksiężycową noc pokonało komando Navy Seals – z Kabulu przez Dżalalabad do Peszawaru.

Fascynująca opowieść, skompilowana przez Marka Mazzettiego, Helene Cooper i Petera Bakera z „The New York Times", zaczyna się od zdobycia przez agentów CIA tablicy rejestracyjnej najbardziej zaufanego kuriera bin Ladena z Peszawaru. Peszawar to miasto tajemnic, słynne z sekretów i kłamstw. Są w nim znane bazary, zwłaszcza Kissa Khawani, bazar bajarzy. W podobnym miejscu jest teraz prezydent Obama. Będzie musiał rozeznać się w gąszczu zwodniczych pakistańskich opowieści i poradzić sobie z kongresmanami i senatorami wściekłymi o to, że od 11 września 20 mld dolarów pomocy trafiło do kraju, w którym tak wygodnie urządził się Osama.

Od lat czołowi pakistańscypolitycy tłumaczyli nam, że jest on martwy albo siedzi w Afganistanie. Nawet Condi Rice była zszokowana tym, że Geronimo mieszkał od sześciu lat na  widoku na bogatym przedmieściu Abbottabadu, w sąsiedztwie bazy wojskowej i pakistańskiego odpowiednika West Point. Jak stwierdził jeden z  sąsiadów Osamy: „to najbliżej, jak się da, do Wielkiej Brytanii".

Podczas wtorkowego przesłuchania przed podkomisją ds. bezpieczeństwa krajowego kongresman Patrick Meehan zadał krążące po Waszyngtonie pytanie o Pakistan: „Czy to jest w jakiejś mierze dowód podwójnej lojalności i współudziału, czy też niekompetencji? A może jednego i  drugiego?". Seth Jones z RAND Corporation, który doradzał wojsku w  Afganistanie w sprawach Al-Kaidy, odparł równie szczerze: „Nie wiem, czy współudział, czy niekompetencja, ale na pewno namierzenie przywódców Al?Kaidy w Pakistanie nie miało najwyższego priorytetu. Zważywszy na  płynące z tego rejonu zagrożenia, te priorytety muszą ulec zmianie". ? 2011 New York Times News Service

Okładka tygodnika WPROST: 19/2011
Więcej możesz przeczytać w 19/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także