Donald, gola!

Donald, gola!

Pytacie, jak to my, w Platformie, zamierzamy z tymi kibolami do końca to rozegrać, o to, jaki jest plan? Plan jest prosty – do przodu. A potem się zobaczy.
Nikt jeszcze nie wie, jak Tuskowi ułoży się ten mecz. Ale Donald jest ambitny i zawzięty, wszyscy to wiedzą. Jak sam dwóch brameczek nie  kropnie, to wkurzony chodzi przez kilka dni i opieprza każdego, kto się nawinie.

Akcja z kibolami miała być dobrym strzałem. To przecież banditerka. Tłuką siebie, tłuką innych, a gdziekolwiek się pojawią, takie mięcho lata, że głowa mała. Nikt normalny nie chciałby takiego zakapiora sam na sam spotkać. A ostatnio to w ogóle zaczęli przeginać. Staruch z Legii przylutował piłkarzowi. Jakiś poznański kibolski boss opluł normalną polską rodzinę, która w barwach narodowych przyszła na  stadion. No, a te ostatnie burdy w Bydgoszczy to o pomstę do nieba przecież wołają.

Donald lubi czasem tak się przebrać za szeryfa i  koltami powywijać. Fakt, nie bardzo to kiedyś wyszło z pedofilami do  kastracji. Ale już bitwa z hazardem była prima sort. Rozprawiliśmy się z  łobuzami, aż miło było patrzeć. Z afery z Mirem i Zbychem do końca zeszło wtedy powietrze. Z dopalaczami – jeszcze lepiej. Co prawda niektórzy jajogłowi kwękali, że tak się nie robi w cywilizowanym państwie albo że tylko pudrujemy problem, spychając go do podziemia. Ale  oni zawsze szukają dziury w całym. Lud był zachwycony, wiemy to z badań.

Co do kiboli – też w kancelarii zamówiliśmy badania. Wyszło, że normalny kibic sprzed telewizora albo taki, co lubi sobie od święta szalik biało-czerwony założyć i mecz reprezentacji na stadionie obejrzeć, to  kibolstwa nie cierpi. Zresztą nie tylko kibic. Zwłaszcza że idzie polskie Euro i nie możemy świecić przed światem oczami.

Mówią, że  idziemy na skróty. Ale cel chwalebny, nieprawdaż?

Jacek Dębski niesiony dopingiem

Chociaż gdyby człowiek dłużej się zastanowił, przypomniał sobie kilka historii z dawniejszych lat, to pewnie by nabrał dystansu. Do tej pory to było tak, że jak polityk próbował zrobić w piłce porządek, kończyło się płaczem i zgrzytaniem zębami. A nawet jeszcze gorzej.

Taki Jacek Dębski – równiacha i fajter, kiedyś zresztą szalikowiec łódzkiego ŁKS, świeć Panie nad jego duszą. Koniec lat 90., czasy AWS, był ministrem od  sportu u Buzka. Mawiał, że „chce służyć idei polskiego sportu i  wystawiać dobre świadectwo AWS". Ale oczywiście najbardziej zależało mu na własnym świadectwie. Bo jak przychodził na stadion, to kibice skandowali jego nazwisko. I widać było, jak on wtedy w środku rośnie.

Dębski to był ten dobry, a złym był Dziurowicz. Marian Dziurowicz, który rządził wtedy piłką. Facet ze Śląska, zresztą chyba komuch. Jeden z tych niezatapialnych. Otoczył się swojakami i rządził piłką niczym dawni sekretarze. Tak jak Jacka kibice fetowali, tak prezesowi śpiewali: „Marian Dziurowicz, największa k… Katowic". Bo ten jego GKS zawsze miał jak w banku, że krzywda mu się nie stanie. A w lidze przekręt na  przekręcie, repra w każdych kolejnych eliminacjach biła rekordy wstydu. Ech, smutne czasy.

No więc Jacek zagiął parol na Dziurowicza i  postanowił go zawiesić. Te wszystkie fify i uefy zrobiły oczywiście to  co zwykle, czyli zagroziły zawieszeniem klubów i reprezentacji we  wszystkich możliwych rozgrywkach. Na szczęście faceci z międzynarodowych federacji też mieli z Dziurowiczem na pieńku. Ktoś inny z naszych trzymał z nimi sztamę. Kto? Cierpliwości, zaraz do tego dojdziemy.

Powiedzieli więc Dębskiemu: „Musisz odwiesić władze PZPN, bo my na żadne takie precedensy nie możemy sobie pozwolić. Ale za to pomożemy ci wysiudać Dziurowicza". Oczywiście Jacek, jak to Jacek, zrobił z tego show. Czekał do ostatniej chwili z odwieszeniem gości z PZPN i napawał się, obserwując, jak Polska wstrzymuje oddech. Wykluczą naszych kopaczy czy nie wykluczą? Odwiesił, nie wykluczyli. Jak już się poddać, to z  fasonem.

Zresztą dopiął swego, bo Dziurowicza wkrótce faktycznie wysiudano. Przaśnego komucha zastąpił światły, europejski i utytułowany Michał Listkiewicz. I dopiero wtedy zaczęła się jazda bez trzymanki.

A Jacek? Cóż, skończył smutno. Pod mostem Poniatowskiego, nafaszerowany ołowiem. Okazało się, że zadawał się ze złymi ludźmi.

Amatorski drybling Tomasza Lipca

Pisowcy nie mieli ręki ani serca do piłki. Pamiętacie mundial w  Niemczech w 2006? Nasze orły Janasa jechały podbić świat. Pierwszy mecz z Ekwadorem, piłkarze czekają w szatni na wyjście na murawę, trener coś im tam jeszcze klaruje, a tu nagle, bez zapowiedzi, wparowuje premier Marcinkiewicz ze świtą. Właściwie to można się było domyślić, bo chłop uwielbiał takie zagrywki. Ale zawodników zatkało, a Janasem tak zatrzęsło, że aż wyszedł na fajkę. Chłopaki się zdekoncentrowały i  dostały od Indiańców ciężkie baty.

A pamiętacie, jak prezydent Kaczyński chciał się wkupić w kibicowskie serca i tuż przed Euro 2008 odznaczył Beenhakkera? Holender spokojnie stał, kamery kręciły, naród oglądał, a  głowa państwa opowiadała o zasługach pana Benhałera. Aż żal było słuchać. Zresztą prezydentowi w ogóle nazwiska kopaczy myliły się na  potęgę. Borubar, Pereiro…

Jednak największą wpadkę zaliczył Tomasz Lipiec, który w rządzie Jarosława robił za ministra sportu. Jarosław czyścił Polskę z układów, to i Lipiec też chciał posprzątać na własnym podwórku. Szefa co prawda piłka ani grzała, ani ziębiła. Ale jak można pogonić postkomunistyczny układ, to dlaczego nie? Dał Lipcowi wolną rękę.

Gorzej, że Lipiec też piłki za bardzo nie czuł. Wcześniej był lekkoatletą i chodził jak Korzeniowski – tylko że nie tak szybko. A PZPN za Listkiewicza to była stajnia Augiasza. Jeszcze bardziej niż w czasach Dziurowicza. Afera aferę poganiała. Musiał Lipiec na kimś się oprzeć. Oparł się na Zbyszku Bońku. Bo Zbyszkowi zazwyczaj trudno się oprzeć. Siedzi w polskiej piłce, ale jest inny od troglodytów poutykanych w  działaczowskich gremiach. Gada jak człowiek, obyty w świecie, inteligentny. Tyle że Lipiec na znajomości z Bońkiem wyszedł jak Zabłocki na mydle.

Z zawieszeniem zarządu PZPN i wprowadzeniem swoich ludzi nosił się ze cztery miesiące. Zdecydował się w końcu na początku 2007 r. Zawiesił całe towarzystwo z zarządu, 35 facetów. I odgrażał się, że nawet jak nas FIFA z UEFĄ zawieszą, to on nie pęknie, tylko będziemy walczyć przed trybunałem w Strasburgu. Zresztą Polska to wielki europejski kraj, z którym trzeba się liczyć.

Wyglądało to nawet ładnie. Szkopuł w tym, że chłop najwyraźniej zapomniał, że już wiosną miało się rozstrzygnąć, kto bierze Euro 2012. Listkiewicz chełpił się, że weźmiemy je my, do spółki z Ukraińcami. Ale nikt poza Listkiem chyba w to nie  wierzył. W każdym razie na pewno nie Boniek, który miał gorącą linię z  Platinim, wtedy jeszcze kandydatem na szefa UEFA. Obaj grali kiedyś w  Juve i blisko się przyjaźnią. Francuz, który sam popierał włoską ofertę, wkładał Bońkowi do głowy, że na organizację Euro jesteśmy za mali. A  Boniek mniej więcej to samo wkładał do głowy Lipcowi. No i Lipiec uznał, że całe to Euro jest tylko zasłoną dymną, aby Listek utrzymał stołek w  PZPN.

Nie da się ukryć, Lipiec nie zbadał gruntu ani nie dopracował scenariusza. Zawieszając Listkiewicza, nie miał swojego kandydata na  nowego szefa polskiej piłki. A nowy statut związku, który miał umożliwić zmiany w PZPN, utknął w sądzie, bo świecił niedoróbkami. Tak to można sobie pogrywać na podwórku, a nie mając naprzeciwko starego spryciarza Listkiewicza. Lipiec trwał jednak przy swej decyzji długo, ponad sześć tygodni. Aż przyparty do muru – przez Blattera, Platiniego, szefa ukraińskiej federacji Surkisa oraz polskich kibiców, dla których zawieszenie reprezentacji byłoby klęską – w końcu pękł i kuratora wycofał.

I nikt go nie żałował, zwłaszcza że zaraz potem przyznano nam Euro. A gdy kilka miesięcy później CBA zatrzymywało Lipca za jakieś przekręty, w PZPN wzniesiono niejeden toast.

Drzewiecki wyjmuje piłkę z siatki

Lipiec został zdyskwalifikowany, a zaraz potem PiS opuściło pierwsze miejsce w tabeli i na czoło wyszli nasi. Platforma, czyli pierwsza naprawdę piłkarska ekipa w polityce.

Mniej więcej było wiadomo, że z  sitwą z PZPN nie da się wygrać. Ale jak ktoś raz jeszcze miał spróbować, to właśnie my! Bo jak jesteś kibicem polskiej piłki, to na zawsze. Jako gówniarz chodziłeś na mecze, często nawet wywijałeś w młynie szalikiem. Ciągle warto raz na jakiś czas pokazać się na stadionie ulubionej drużyny. Oglądasz mecze, sam grasz co tydzień. Niektórzy próbowali nawet działać w sporcie, kupowali udziały w klubach, zasiadali we władzach związków. Gdy więc nagle zostajesz ministrem i masz nowe możliwości, aby coś dobrego zrobić dla polskiej piłki, to się nie  wahasz.

Kolejną akcję w PZPN, tę z jesieni 2008 r., nakręcili Grzesiek Schetyna z Mirkiem Drzewieckim. Grzegorz, jak wiadomo, to twardy zawodnik. I kocha piłkę. Zanim pojechał na studia do Wrocławia, kibicował Odrze Opole. Mirek jest z Łodzi, zapalony widzewiak. Jako minister sportu firmował akcję, ale przygotowali ją we dwóch. A Donald oczywiście pobłogosławił. Wtedy jeszcze wszyscy byli kumplami z jednej paczki.

Wydawało się, że od czasów Lipca sporo się zmieniło. Grono zatrzymanych w aferze korupcyjnej w polskim futbolu rosło jak na  drożdżach, nawet dwóch facetów z zarządu PZPN aresztowano. Listek był osłabiony jak nigdy dotąd, a Euro 2012 mieliśmy już dawno przyznane. Teoretycznie więc mądrale z FIFA i UEFA powinny chuchać na nas i  dmuchać, a nie zawieszać nasze drużyny.

Plan był taki: niemal w  przededniu zjazdu PZPN zawiesić jego władze. Pod byle pretekstem, jakieś głupie uchybienia w procedurach zawsze się znajdą. Chodziło o to, żeby postraszyć działaczy. Tak, żeby wybrali na szefa nie jakiegoś cwaniaka wskazanego przez odchodzącego Listka, tylko popieranego przez nas Zbyszka Bońka. Przy okazji zabezpieczy się piłkarską górę, bo Platini nie powinien protestować przeciwko wyborowi swojego polskiego kumpla.

Nie powinien, a jednak protestował. Już po tygodniu Drzewko z podkulonym ogonem wycofywał kuratora z PZPN. Starał się oczywiście robić dobrą minę, ale do śmiechu nikomu z naszych nie było. A potem, wiadomo… Boniek na zjeździe PZPN sromotnie przegrał z PZPN-owskim betonem i na miejsce Listkiewicza przyszedł Grzegorz Lato. Zamienił stryjek siekierkę na  kijek.

Czy były toasty w PZPN, jak Drzewko spadał w niebyt po ujawnieniu afery hazardowej? Ja tam nie widziałem, ale mówią, że były.

Donald na polu karnym

Bywało różnie. A nawet jeszcze gorzej. Żadna z ekip, które brały się do  porządków w piłce, nie potrafiła dorobić się swojego Wembley. Batalie z  PZPN to raczej jak nasze mecze z Niemcami – pompowane nadzieje gasnące na boisku. Na razie jeszcze nie wiadomo, co się urodzi z tej naszej batalii z kibolstwem.

Kaczor oczywiście się wygłupił, gadając, że kluby kibica to społeczeństwo obywatelskie. Jak chcą się afiszować z  chuliganerką, niech się afiszują. Tym lepiej dla nas. Problem w czym innym. Donald nie przewidział, że niektórzy normalni kibice aż tak wezmą sobie do serca te zakazy stadionowe. Że to niby także przeciwko nim. Przecież mieli być nam wdzięczni za oczyszczenie stadionówz chwastów. A  jakoś tak nieoczekiwanie wyszło, że Donald zaparł się własnej kibicowskiej przeszłości. I teraz nienawidzi polskiej piłki.

Cholera, wybory coraz bliżej i człowiek w coraz większym strachu. Nawet nie  zauważa, jak bierze sobie do serca całe to pisowskie gadanie. Przecież oni tak gadają, bo zazdroszczą. Sami by chętnie zrobili porządek na  stadionach. A to my pokazujemy, co to jest silne państwo. Jak Ziobro wprowadził sądy 24-godzinne, okazało się, że to lipa. Skazuje się rowerzystów po dwóch browcach. Dopiero my im pokażemy, jak się robi taki sąd. Posadzimy sędziów na stadionach. I szybka piłka: jak jest nagrane, że bandzior rzucił racę, to wyłuskuje się go z tłumu i od razu pod taki sąd. Ludzie będą zachwyceni. A że nigdzie na świecie to nie wypaliło? Spokojna głowa, u nas wypali.

Bo Donald wie, co robi. Przy okazji pokazał, kto tu rządzi. Tym z TVN, że ich Legia nie jest świętością. Przyda im się lekcja pokory. Utarł nawet nosa Schetynie. Jego koleżka Halicki dopiero co biegał do klubu kibica Legii, bratał się, o poparcie zabiegał, a teraz będzie oczami świecił. Mała rzecz, a cieszy…

Ale najważniejsze, że po wielu tygodniach bezładnej kopaniny znów opanowaliśmy środek pola i przejęliśmy inicjatywę. Poparcie znowu rośnie. Platformo, do boju! Donald, gola! Jeszcze jeden!

Okładka tygodnika WPROST: 20/2011
Więcej możesz przeczytać w 20/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0