Niewidzialna ręka rynku czy ręce Strauss-Kahna?

Niewidzialna ręka rynku czy ręce Strauss-Kahna?

Najlepszą metodą badania zaufania do polityków byłoby zadawanie respondentom pytania: „Której z wymienionych osób pożyczyłbyś 100 złotych/euro/dolarów?”. Niestety takie pytania rzadko pojawiają się w ankietach – może dlatego Dominique Strauss-Kahn był do niedawna faworytem wyborów prezydenckich we Francji.

Strauss-Kahnowi, w momencie gdy polityk ten obejmował stanowisko szefa MFW, świat powierzył znacznie więcej niż 100 euro. I to mimo tego że – jak się dziś okazuje – jego pasja do uprzedmiotowiania kobiet była tajemnicą poliszynela. Co myślał Nicolas Sarkozy rekomendując polityka lewicy na stanowisko szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Może – niczym niegdyś Władimir Putin komentujący seksualne podboje izraelskiego prezydenta Mosze Kacawa – pomyślał „ot mołojec". A może stwierdził po prostu, że przecież, koniec końców, nie powierza mu swojego osobistego konta, więc w czym problem?

Casus Strauss-Kahna jest dobrym przyczynkiem do dyskusji między zwolennikami prymatu niewidzialnej ręki rynku a miłośnikami naprawiania świata przez państwa, lub też ponadpaństwowe instytucje – takie jak np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Przeciwnicy gospodarczej deregulacji przekonują, że rynek pozostawiony samemu sobie prowadzi do zjawisk patologicznych. Jedni stają się nieprzyzwoicie bogaci, a inni klepią biedę. Co jakiś czas ktoś po cichu zaczyna pompować inwestycyjną bańkę, która – jak to bańki mają w zwyczaju –w końcu pęka i potem mamy rok 2008, upadek banku Lehman Brothers i Bernarda Maddofa w więzieniu. Jednym słowem wolny rynek jest ok, pod warunkiem że nie jest wolny do końca.

Przed patologiami wolnego rynku mają nas bronić rozmaite instytucje zaprojektowane przez mądrych i wrażliwych ludzi, i przez mądrych i wrażliwych ludzi kierowane. Oni ochronią nas od zła i biedy, bo ich gorące serca nie godzą się na nierówność społeczną. Jeśli trzeba sypną deszczem euro, przy okazji grożąc palcem bezwzględnym kapitalistom, albo – w ostateczności - sięgną do kieszeni tych ostatnich i wyciągną z niej pieniądze, które oddadzą biednym i potrzebującym. Jednym z tych mądrych i wrażliwych był właśnie Strauss-Kahn.

Nie mam zamiaru pastwić się nad szefem MFW – być może okaże się on czysty jak łza, a wszystkie oskarżenia pod jego adresem okażą się hiobową próbą jakiej został poddany francuski polityk. Chodzi o coś zupełnie innego. Wiara w instytucje regulujące rynek jest oparta na przeświadczeniu, że sam fakt stworzenia instytucji – takich jak rząd, MFW, UE, etc. – wynosi nas na jakiś wyższy poziom racjonalności. Innymi słowy nieregulowana gospodarka, oparta na tysiącach decyzji, podejmowanych codziennie przez konkretne osoby jest zła, ale gospodarka regulowana przez instytucje, na czele których stają inne osoby – jest już dobra. Strauss-Kahn jako osoba fizyczna byłby typem podejrzanym, który – ze względu na swoje dziwne upodobania – nie jest godzien zaufania; ale już Strauss-Kahn, szef MFW ma być gwarancją naszego finansowego bezpieczeństwa. Czy tylko mnie ta wiara wydaje się naiwna?

Gdyby oskarżenia wysuwane pod adresem szefa MFW się potwierdziły, na czele Funduszu stanie jakaś inna osoba. Niewątpliwie mądra i wrażliwa. Ale czy będziemy mieli pewność, że wolna od rozmaitych ludzkich słabości? Czy będziemy chcieli pożyczyć jej 100 złotych? Czy rynek, na którym są tysiące Strauss-Kahnów, z których każdy ma stosunkowo niewielki wpływ na całą resztę jest aby na pewno gorszy od rynku nad którym panuje kilku Strauss-Kahnów? Errare humanum est – nawet gdy jest się szefem MFW. Pytanie brzmi: w którym wariancie ponosimy większe konsekwencje owych błędów?  

Czytaj także

 0