Niby-poseł

Niby-poseł

Po co jest aż 460 posłów? Żeby wciskali guziki, jak każe partia. A po co w Sejmie piosenkarze i uczestnicy programu „Top Model”? Jak nie może być mądrze, to niech chociaż będzie zabawnie.
Sejm jest trochę jak „Big Brother". Tak uważa Janusz Dzięcioł, zwycięzca pierwszej edycji popularnego programu, od czterech lat poseł Platformy Obywatelskiej.

Dlaczego? Bo tak jak w domu Wielkiego Brata o tym, czy zostaniesz w Sejmie, decydują głosy publiczności. A czasem szef partii, Wielki Brat.

Tak jak w reality show jest zbyt dużo uczestników, żeby ludzie dobrze zapamiętali wszystkich. To motywuje. Każdy chce jak najdłużej utrzymać się w programie. To znaczy w Sejmie.

Tak jak w domu Wielkiego Brata w Sejmie kolegów ma się do czasu.

Tak jak w reality show punktowana jest nie pracowitość, ale ogólny imidż.

Koledzy pozwolą, że pociągnę

W jesiennych wyborach SLD będzie miało prawdopodobnie Martę Szulawiak. Niewiele wiadomo o jej poglądach politycznych (deklaruje, że są „lewicowe, dotyczące równouprawnienia i spraw socjalnych"), ale wiadomo, że przy 170 cm wzrostu, wadze 56 kg, talii 63 cm i biuście C ma szansę „pociągnąć listę" (zdobyć dużo głosów dla listy kandydatów SLD do Sejmu). Bo 27-letnia Marta Szulawiak jest ładna oraz znana: to była uczestniczka programu „Top Model”, właścicielka szkoły tańca. Wcześniej zarabiała jako menedżer i hostessa w klubie go-go. Mówiąc wprost: tańczyła na rurze. W serwisach plotkarskich roi się od jej zdjęć.

Dziś uczy tańczyć innych. Wizytówka Marty: fioletowy kartonik z napisem „Playhouse by Marta Szulawiak", rysunek różowego buta na wysokim obcasie. Po co jej polityka? Marta czuje się zawiedziona. – Donald Tusk nie spełnił obietnic. Jakich? Nie chcę mówić, mam jeszcze kilka miesięcy – wykręca się od odpowiedzi. To, że ma serce po lewej stronie, odkryła na Facebooku. – Po występie w „Top Model" dostawałam dziesiątki próśb o pomoc od ludzi w trudnej sytuacji życiowej. A największy wpływ na rzeczywistość daje polityka – opowiada. Dotarła do Grzegorza Napieralskiego. – Bije z niego dobra energia – mówi. Została zaakceptowana. Jeśli dostanie się do Sejmu, chce walczyć o to, by było więcej państwowych przedszkoli i prostsze procedury dla starających się o pomoc socjalną. Tomasz Kalita, rzecznik SLD: – Marta ma lewicową wrażliwość.

Platforma nie chce być gorsza. W Gdańsku do głosowania na listę PO będzie zachęcać mistrz olimpijski, gimnastyk Leszek Blanik. Co prawda z ostatniego miejsca, ale ma znane nazwisko, więc pewnie też „pociągnie". Być może na Śląsku znajdzie się miejsce dla radnego Klaudiusza Sevkovicia, byłego uczestnika reality show i gwiazdy filmu „Gulczas, a jak myślisz...". Do tego zestaw posłów sprawdzonych w „ciągnięciu”: zwycięzca „Big Brothera” Janusz Dzięcioł, mistrzyni świata w kick boxingu Iwona Guzowska, piosenkarz z „Idola” Jakub Rutnicki, były piłkarz Roman Kosecki. Wiara w to, że warto mieć gwiazdy na listach, jest w PO wiarą powszechną.

Agnieszka Pomaska z pomorskiej Platformy (to ona wymyśliła Leszka Blanika): – Wiedziałam, że Leszek sprzyja Platformie. Gdy przyszłam do niego z propozycją startu, był zaskoczony. Ale ma poukładane w głowie, nie można go zestawiać z modelką, która ma się pojawić na listach SLD.

Na tle rozgwieżdżonej Platformy i aspirującego SLD pozostałe partie wyglądają bezbarwnie i ponuro.

Gdy olewa cię Graś
Co się dzieje, kiedy znany sportowiec, muzyk, aktor, celebryta albo zwycięzca telewizyjnego konkursu dostaje się do Sejmu? Nic. Tacy ludzie po prostu znikają. Chociaż mają znane nazwiska, inni posłowie i sejmowi reporterzy mówią o nich „poseł Pierdzielewski" albo „Nołnejm". Bo, jak pokazuje praktyka, rzadko się zdarza, żeby znana twarz była twarzą pracowitą.

Choć bywają wyjątki. Janusz Dzięcioł, zwycięzca pierwszej edycji „Big Brothera" z 2001 r. (wygrał, bo SMS-ami zagłosowało na niego kilka milionów ludzi, w wyborach zebrał niemal 20 tys. głosów), przejął się posłowaniem. Na początku bardzo uważał, żeby odkłaniać się nowym kolegom. – Niech nie myślą, że jestem zadufanym bufonem z „Big Brothera" – mówił. Na ślubowaniu poselskim autentycznie się wzruszył.

Po czterech latach Dzięcioł to stary wyjadacz. Sześć razy był szefem lub wiceszefem podkomisji (co jest równoznaczne z realną pracą nad pisaniem ustaw). Mimo że wciąż się peszy przed wyjściem na mównicę, w ciągu czterech lat złożył ponad 60 interpelacji i zapytań poselskich. Nie opuścił niemal żadnego głosowania. – Chory, z gilem do pasa jechałem do Warszawy – mówi. Dla rodzinnego Grudziądza wywalczył pieniądze na trasę średnicową.

Co ma z tej pracowitości? Niewiele. Bo ogólny imidż wciąż trzyma Dzięcioła gdzieś w rejonach byłej gwiazdy „Big Brothera". Przez cztery lata w Sejmie z premierem rozmawiał raz: wkurzył się, że minister Graś go olewa, więc na bezczelnego, na sejmowej sali wręczył Tuskowi prośbę o spotkanie od związkowców zbrojeniówki. Ale premier ze związkowcami się nie spotkał.

Na razie partia chce Dzięcioła wstawić w Grudziądzu na 11. miejsce na liście. Za karę: poprztykał się z lokalnym liderem PO.

Aktor Tadeusz Ross, również znana twarz, dostał się do Sejmu z listy PO dzięki ponad 2,7 tys. głosów. I znikł. Przez cztery lata złożył osiem interpelacji.

Patrz, podnoś i wciskaj guzik – W całym Sejmie widać pracę najwyżej stu posłów. Pozostali muszą walczyć, żeby zaistnieć – mówi Paweł Poncyljusz z PJN. – Dlatego do merytorycznej pracy nad ustawami dopuszczani są tylko zaufani ludzie, do mediów wysyłani najbardziej wygadani. Część posłów musi grać rolę mięsa armatniego. Podnosić ręce w głosowaniach.

Według Jarosława Gowina w Klubie Parlamentarnym PO bezrobotnych prawie nie ma. – Ale jestem za zmniejszeniem liczby posłów. W naszym projekcie konstytucji jest taki zapis. Poza Platformą nikt tego postulatu jednak nie poprze. Poseł wie, że aby odnaleźć się w Sejmie, trzeba znać się na prawie, ekonomii albo polityce. Celebrytom rzadko się to zdarza.

Adam Lipiński z PiS idzie dalej: do pracy nad najważniejszymi projektami w klubie parlamentarnym wystarczyłoby 50 dobrych posłów. – Ale nie ma co narzekać na to, że jest ich za dużo. Przynajmniej jest z kogo wybierać. Celebryci? Są z reguły bezużyteczni.

Bezsprzecznym sukcesem jest fakt

W komisjach rola posłów koalicji sprowadza się zwykle do odczytywania z kartki rządowych poprawek. Na sali obrad nawet to nie jest potrzebne – wystarczy patrzeć na posła, który prowadzi głosowanie.

O tym, jak głosować, posłowie dowiadują się najczęściej tuż przed wejściem do sali obrad ze „ściąg", które rozdają pracownicy klubów. Pogrubioną czcionką mają zaznaczone głosowania objęte dyscypliną. Ponieważ mało kto wczytuje się w te dokumenty, zdarza się, że wielkimi literami dopisane są polecenia, jak to z jednej ze ściąg Platformy: „Podczas głosowania proszę patrzeć na rękę posła Jarosława Urbaniaka" albo: „Patrz na rękę Urszuli Augustyn”.

Przeciętny poseł nie musi myśleć. Wszystko dostaje na tacy. W PiS nazywa się to „rekomendacjami". W codziennym e-mailu z biura prasowego dzięki rekomendacji każdy poseł PiS może się dowiedzieć, co ma mówić.

Przykład z 26 maja: „Szef MSZ Radosław Sikorski pytany w TVP Info, czy to dobrze, że prezydent Stanów Zjednoczonych podczas wizyty w Warszawie spotka się z częścią rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, powiedział: – Dobrze. Z tym że pamiętajmy, jaki mamy przekaz – w Irlandii picie guinnessa, w Wielkiej Brytanii – grillowanie z premierem (Davidem Cameronem), gra w ping-ponga, a w Polsce będą wątki głównie martyrologiczne".

Rekomendacja odpowiedzi dla posłów PiS? Proszę bardzo: „Dlaczego prezydent Komorowski, który zaprosił Obamę do Polski, nie zaproponował mu jakichś zawodów – np. pływania w Wigrach albo szusowania na nartach, albo polowania na grubego zwierza".

Oto e-mail, który w ubiegłym tygodniu dostali posłowie PO: „Bezsprzecznym sukcesem jest fakt, że do Polski przyjedzie najwięcej przywódców w historii szczytu prezydentów Europy Środkowej. W szczycie będzie uczestniczyło ponad 20 prezydentów. Spotkanie to efekt aktywnej polityki zagranicznej prowadzonej przez Polskę w ostatnich latach, niewątpliwie wzmacniający pozycję Polski na arenie międzynarodowej".

E-maile zatytułowane „oficjalne stanowisko" politycy PO dostają codziennie. Ociekają propagandą sukcesu: „Na wczorajszym posiedzeniu rząd i samorządy osiągnęły porozumienie w sprawie ograniczenia deficytu, które pozwoli zaoszczędzić 0,4 pkt proc. PKB. Jest to ważny krok w dążeniu ministra Rostowskiego do uzdrowienia finansów państwa".

Poseł wie więc, jak głosować i co mówić. Wszystko, czego potrzebuje.

Być fajnym i fotogenicznym

Mówi jeden z „nołnejmów": – Zasada jest taka: nie ma cię w mediach, to nie istniejesz. Żeby zaistnieć i mieć szansę na kolejną kadencję, trzeba się wyróżnić.

Wyróżnić się można strojem. Wśród posłów na Wiejskiej wyróżnia się zwłaszcza jeden. – Wygląda jak klaun – próbuje go opisać jeden z kolegów. – Fioletowe marynarki, żółte spodnie, koszula w pasy, jeśli wie pan, o czym mówię. Nie było dnia, by się nie rzucał w oczy. Wszystko po to, żeby być zauważonym.

Zauważonym się jest, kiedy zauważają dziennikarze. – Na początku kadencji zagadnął mnie jeden z lewicy. Odkrył, że w mojej gazecie publikujemy strony lifestyle’owe – opowiada jeden z reporterów sejmowych. – Opowiadał, jak od czasu do czasu sprzedaje piwo w barze, i że to takie fajne i fotogeniczne, to może byśmy zrobili o nim materiał. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych posłów lewicy.

W medialnym lansie – tak jak w głosowaniu – nie ma miejsca na samowolkę. O tym, kto może pójść do TVN 24, decydują najczęściej biura prasowe.

Na „Szkło kontaktowe"

Ale o popularność można zawalczyć sposobem. Mówi jeden z posłów: – Słyszeliście o patencie na „Szkło kontaktowe"?

Wieczorem, kiedy kamery wycelowane w mównicę wciąż są włączone, swoje pięć minut mają posłowie, którzy chcą wygłosić oświadczenia. Przemawiają najczęściej do prawie pustej sali (ale filmują ich telewizje). Jak sprawić, żeby wystąpieniem zainteresować publiczność przed telewizorem albo lidera partii?

– Wystarczy wymyślić zabawny temat oświadczenia albo wygłosić je w oryginalny sposób – opowiada poseł. – Potem na jednym z portali zakładam konto pocztowe, np. jako Zbigniew z Chrzanowa. I z tego konta piszę do „Szkła kontaktowego" w TVN 24, że tego i tego dnia słyszałem o takiej wypowiedzi takiego posła. Oni to odnajdują, puszczają, a ogląda cała Polska.

Zaistnieć można też inaczej. Kazimierz Matuszny z PiS, nieznany poseł z Bielska- -Białej, zaistniał na łamach prasy z powodu złego parkowania. Na początku maja tak bardzo spieszył się na pociąg, że przed dworcem w Bielsku-Białej porzucił swoje volvo, blokując przejazd innym samochodom.

Krzysztof Grzegorek, poseł PO i były wiceminister zdrowia, przebił się do mediów dzięki temu, że najpierw ktoś pstryknął mu fotkę, jak leży na korytarzu hotelu sejmowego, a potem przesłał ją do „Faktu". Na początku tego roku Grzegorek zwołał konferencję prasową i ogłosił, że został wtedy odurzony pigułką gwałtu. Przez kogo – nie wiadomo. Być może za pigułką stali ci sami ludzie, którzy wrobili go w sprawę przyjmowania łapówek od przedstawicieli koncernu Johnson & Johnson. Oskarżony o korupcję Grzegorek musiał odejść z Ministerstwa Zdrowia. Ostatnio został skazany.

Nagonka na celebrytę

A co z tymi, którzy albo niewiele robią, albo się nie odzywają? Grupa małomównych jest całkiem liczna. Waldemar Wiązkowski z PiS swoje 14 wystąpień tłumaczył w Radiu RMF FM ścisłym wykształceniem i tym, że nie jest gadatliwy.

Ciekawe: ci posłowie, którzy grają w piłkę, często nie należą do elity Sejmu. Spośród nich Andrzej Buła (PO) z sejmowej mównicy przemówił tylko siedem razy. Jakub Rutnicki, bramkarz drużyny piłkarskiej, w której grywa Donald Tusk, lubi składać interpelacje z posłem i byłym piłkarzem Romanem Koseckim. Sam Kosecki wystąpił w Sejmie dziewięć razy (bo nie lubi gwiazdorstwa).

Doświadczeni politycy sarkają, że zapraszanie na listy wyborcze celebrytów nie służy polityce. W ubiegłym tygodniu w Radiu Tok FM były premier Włodzimierz Cimoszewicz nie zostawił na politycznych celebrytach suchej nitki: – Nie dziwmy się, że w społeczeństwie panuje taka opinia o klasie politycznej. Z całym szacunkiem dla modelek i skoczków gimnastycznych, to pewien grzech i wzmacnianie stereotypu, że każdy się nadaje do polityki.

Ograniczyć się? Nie teraz

W listopadzie 2007 r., zaraz po wyborach, premier Donald Tusk zapowiadał, że oprócz wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych i zniesienia Senatu, zmniejszy liczbę posłów. Żeby wprowadzić takie zmiany, trzeba by zmienić konstytucję. Ale jak to zrobić, skoro poza PO (a i w PO wielu jest przeciw) nikt tego postulatu nie popiera. Mniej posłów? Żeby jeszcze trudniej było dostać się do Sejmu?

No, przesada. Teraz pomysł popiera PJN. Może popierać spokojnie, wiedząc, że na realizację postulatu nie ma szans.

Wszystko zostanie więc po staremu. O tym, kto zostanie w „Big Brotherze", niby zdecydują głosy publiczności, ale wszystko rozstrzygnie Wielki Brat. Dokładnie kilku Wielkich Braci, czyli partyjnych liderów. To po co do tego wszystkiego publiczność? Jak to po co? Żeby było demokratycznie i reprezentatywnie.
Okładka tygodnika WPROST: 22/2011
Więcej możesz przeczytać w 22/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • jerzyk324 IP
    Co to za kraj Polska. Czy nam naprawdę potrzeba aż 460 posłów i 100 senatorów. Cz nie wystarczyłaby ich tylko połowa ale z trochę \" większym rozumkiem\" jak mówił miś Puchatek. Oszczędności byłoby dużo i może lepiej i sprawniej by sprawowali władzę. Każda partia przed wyborami mówi o zmianie ordynacji wyborczej. O mandatach jednoosobowych ale zmienia swój pogląd widzenia po osiągnięciu władzy.

    Czytaj także