Szczęście narodowe brutto

Szczęście narodowe brutto

Kiedy pojawiły się u nas samochody, ludzie myśleli, że to wielkie zwierzęta. Przynosili im karmę, by miały siłę do dalekiej drogi – o życiu w Bhutanie opowiada królowa tego bajkowego państwa.
W tradycyjnym stroju zwanym kira – prostokątnym kawałku tkaniny owiniętej wokół ciała – 56-letnia królowa wygląda jak żywa reklama swojego kraju. Kiedy ktoś pyta Ashi Dorji Wangmo Wangchuck, jakim słowem opisałaby Bhutan, odpowiada krótko: „szczęście". – Często określa się go także jako Shangri La, krainę, w której ludzie żyją w harmonii z naturą – tłumaczy. Do Warszawy królowa przyjechała na inaugurację działalności Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Bhutańskiej. Promowała także książkę „Skarby Królestwa Grzmiącego Smoka”, barwną opowieść o zamieszkanym głównie przez buddystów kraju, który do niedawna był niemal całkowicie odcięty od świata. Dopiero w latach 60. zbudowano pierwszą autostradę łączącą go z Indiami. Śmiech z płyty

Królowa doskonale pamięta czasy, zanim do Bhutanu dotarła nowoczesność. Mieszkała wtedy z rodzicami, potomkami dawnych przywódców duchowych kraju, we wsi Nobgang na zachodzie kraju. Wokół rodzinnego domu, dwupiętrowego budynku zbudowanego z ubitej ziemi i kamienia, rosły grusze, palmy betelowe i drzewa pomarańczowe. Ojciec z dziadkiem uprawiał na przydomowych poletkach ryż i warzywa oraz hodował bydło. Mama i babcia zajmowały się domem. – W czasach mojej młodości Bhutan był zupełnie inny niż teraz. Ludzie mieszkali w tych samych wioskach, w których przyszli na świat. Rzadko podróżowali. To było piękne, bezpieczne życie w gronie najbliższej rodziny – wspomina. Z dzieciństwa królowa zapamiętała przywieziony przez wuja gramofon na korbkę i płytę, na której nagrany był ludzki śmiech. Była to tak wielka atrakcja, że do domu dziadków przychodzili sąsiedzi z całej wsi, prosząc, by im puścić płytę. Kolejne wspomnienie to samochód. – Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłam, przestraszyłam się. Inni ludzie też się bali, myśleli, że to smok.

Przynosili mu pasze, by miał siły pokonywać dalekie dystanse. Potem jeszcze długo nie mogłam się przyzwyczaić do zapachu benzyny, ale oczywiście doceniłam, ze samochodem jeździ się znacznie wygodniej niż konno – mówi królowa.

Zakochana w Elvisie

W 1963 r. rodzice wysłali ja do szkoły zakonnej w indyjskim mieście Kalimpong. Była jednym z pierwszych bhutańskich dzieci, które zetknęły się z zachodnia kultura. – Zakonnice pochodziły ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Jugosławii. Dużo opowiadały nam o swoich krajach. Ale najlepiej poznałam Zachód dzięki Elvisowi Presleyowi. Byłam w drugiej klasie, gdy zobaczyłam „Viva Las Vegas". To było olśnienie. Do Bhutanu przywiozłam kolekcje wszystkich jego płyt – wspomina królowa. W tamtych czasach główna rozrywkę Bhutańczyków stanowiły święta religijne i towarzyszące im festyny. Na jednym z nich, w 1969 r., Ashi Dorji Wangmo Wangchuck poznała swojego przyszłego męża. – W Punakha mieści się letnia rezydencja króla. Ja i moje siostry siedziałyśmy pod drzewem pomarańczowym w pobliżu pałacu, oglądając inscenizacje bitwy. Nagle jeden z tancerzy się przewrócił i zranił własna szpada. Zrobiło się małe zamieszanie, wiec król, który był jeszcze wtedy następca tronu, wychylił się z okna. Spojrzałyśmy w górę i zobaczyłyśmy najpiękniejszego człowieka na świecie. Przystojniejszego niż Elvis – śmieje się królowa.

Dziesięć lat później król ożenił się nie tylko z Ashi Dorji Wangmo Wangchuck, ale również z jej trzema siostrami. Jak twierdzi królowa, poligamiczne związki nie są w Bhutanie powszechne. – Z jednego powodu – są niepraktyczne. Mężczyzna musi mieć silny charakter. Trzeba być niezwykle cierpliwym, by żyć z jedna zona, a co dopiero z czterema! Na szczęście byłyśmy siostrami i się kochałyśmy. Jednocześnie szanowałyśmy naszego męża i czułyśmy się wyróżnione, ze nas wybrał – tłumaczy poważnie. Król Jigme Singye Wangchuck to rzeczywiście niezwykła postać. W pierwszym przemówieniu po koronacji obiecał chronić kraj przed „negatywnymi skutkami globalizacji". Ogłosił, ze wzrost gospodarczy i postęp w Bhutanie będą od tej pory wyliczane nie za pomocą PKB, ale wskaźnika szczęścia narodowego brutto. – Ta koncepcja opiera się na przekonaniu, że sam materialny dostatek nie daje ludziom zadowolenia. Chodzi o to, by rozwój ekonomiczny nie odbywał się kosztem tradycyjnych wartości – opowiada królowa.

Wiza dla wybranych

Utraty tożsamości Bhutańczycy boją się bardziej niż śmierci. – Jesteśmy maleńkim narodem, jest nas tylko 600 tysięcy. Wciśnięci między dwóch ogromnych sąsiadów, Chiny oraz Indie, musimy chronić kulturę: pielęgnować zwyczaje, dbać o tradycyjny ubiór i rzemiosło – mówi Ashi Dorji Wangmo Wangchuck. Bhutańskie władze pilnują, by do ich kraju nie przyjeżdżało zbyt wielu turystów. Rocznie wizy otrzymuje tylko kilka tysięcy osób, które muszą wykupić cały pakiet usług: przewodnika, zakwaterowanie i wyżywienie. Dziennie kosztuje to 200 dolarów. – Nie możemy sobie pozwolić na przyjęcie turystów z plecakami – tłumaczy królowa. Telewizja oraz internet dotarły do Bhutanu dopiero w 1999 r. i całkowicie zmieniły życie mieszkańców. – Zyskaliśmy okno na świat. Niestety, niektórzy ludzie spędzają teraz więcej czasu przed telewizorem i komputerem, niż pracując na roli – martwi się.

Sama królowa w swoją pierwszą podróż wyruszyła po 45. urodzinach. Pieszo. – Zazwyczaj towarzyszą mi urzędnicy i ochroniarze. Chciałam jednak doświadczyć życia zwykłych ludzi, poprosiłam, by niczego dla mnie nie organizowano. Wędrowałam tylko w towarzystwie przyjaciół z mojej fundacji Tarayana. Spaliśmy pod drzewami, czasem u gospodarzy. Ludzie patrzyli na nas podejrzliwie, zastanawiając się, kim jesteśmy, ale nie zadawali pytań. Dzielili się z nami posiłkami – mówi królowa. Wiele się wtedy dowiedziała o swoich poddanych. – Bhutańczycy to ludzie o ogromnej sile, pracowici i wytrwali – dodaje. W czasie tej podróży królowa zrozumiała, jak może pomóc swojemu narodowi. Jej fundacja udziela stypendiów zdolnym dzieciom z biednych rodzin, pomaga samotnym matkom i rolnikom. – Służyć ludziom to mój obowiązek – deklaruje królowa Bhutanu.

Okładka tygodnika WPROST: 23/2011
Więcej możesz przeczytać w 23/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także