Nie dla nas unijne salony(?)

Nie dla nas unijne salony(?)

Polski parlamentarzysta nie będzie przedstawicielem państw kandydujących w Prezydium Konwentu Unii Europejskiej, przygotowującego reformę UE.
4 kwietnia minął termin zgłaszania kandydatur. Tymczasem w kręgach, od których zależało wysunięcie polskiego kandydata, panuje całkowite zamieszanie. Politycy podają sprzeczne informacje, z których wynika, że nie bardzo się orientują, po czyjej stronie leżała inicjatywa w tej sprawie, nie mówiąc o skutecznym lobbingu.

Za pewnego kandydata uważany był Józef Oleksy (SLD) z uwagi na swoje zaangażowanie parlamentarne w problematykę unijną i udział w pracach Konwentu.

Według marszałka Borowskiego, zrezygnował on z kandydowania do prezydium. "Sprawa była konsultowana". Koncepcja była taka: w sytuacji, w której mniejsze od Polski kraje zasugerowały, żeby do prezydium wszedł ich przedstawiciel, Oleksy zrezygnował z ubiegania się o miejsce. "To ładne pociągnięcie", zachwyca się marszałek.
Zaprzeczył też, jakoby Oleksy wycofał się z powodu braku poparcia swojej własnej partii.
"Wycofywałem się? Z czego? Kto powiedział, że miałem kandydować?" - dziwi się Oleksy. "Nikt mnie nigdzie nie zgłaszał".

Ale też nie bardzo wiedział, kto go powinien zgłosić. "Może marszałek, może pan minister spraw zagranicznych, chociaż to jest sprawa parlamentu. Nie zastanawiałem się. Na pewno sam się nie mogłem zgłosić" - konkluduje.

Innego zdania są marszałkowie obu izb. Decyzja należała do Oleksego, twierdzi Borowski podobnie jak marszałek Senatu, Longin Pastusiak, który uważa, że sam zainteresowany powinien się zgłosić, albo zadbać, by zrobił to ktoś za niego.

Kandydowania nie brał pod uwagę także drugi drugi przedstawiciel RP w  Konwencie, sen. Edmund Wittbrodt (Blok 2001). "Sądziłem, że to raczej Oleksy".

Oleksy i Wittbrodt są dobrze znani w środowiskach parlamentarnych Europy. Nie bardzo rozumiem ten brak inicjatywy czy bezradność polskich parlamentarzystów, którzy nie skorzystali z szansy i nie zgłosili własnego kandydata - dziwi się marszałek Pastusiak.

"15" nie będzie kwestionować uzgodnionej kandydatury, zapewnia senator Wittbrodt. "Gdyby państwa kandydujące zgodziły się np. na Oleksego, to b. premier zasiadałby w prezydium, ale nikt nie próbował nawet zorientować się, na ile kraje kandydujące mogłyby poprzeć przedstawiciela Polski".

W 12-osobowym prezydium Konwentu znaleźli się pierwotnie jedynie delegaci rządów, parlamentów i instytucji UE. O rozszerzenie jego składu o przedstawicieli krajów kandydujących apelowały zwłaszcza Czechy i Polska (sic!). Marszałek Marek Borowski wysłał nawet w tej sprawie list do przewodniczącego Konwentu Valerego Giscarda d'Estaing.

Nasze starania zostały uwieńczone sukcesem. W połowie marca Konwent podjął decyzję o dokooptowaniu do  prezydium jednego z 39 parlamentarzystów z krajów kandydujących w charakterze - jak to określono - "gościa". Jednak Polska "przespała" swoją szansę.
Wśród kandydatów, o których się mówi, są b. premier i szef dyplomacji Słowenii Lojze Peterle, b. prezydent Estonii Lennart Meri, a także przedstawiciele Słowenii, Litwy i Bułgarii. Ostatecznie o wyborze zdecydują delegaci krajów kandydujących na najbliższym spotkaniu Konwentu w połowie kwietnia.

em, pap

Czytaj także