Rak, mój nauczyciel

Rak, mój nauczyciel

Uważajcie, żebyście czytając ten wywiad, nie zaczęli zazdrościć Krzysztofowi Krauzemu, że ma raka prostaty. Już dawno śmiertelna choroba nie miała tak zdrowo myślącego rzecznika prasowego.
Piotr Najsztub: Wróciłeś do Polski po półtorarocznym pobycie w  Afryce. Chcesz znowu być Polakiem w Polsce?
Krzysztof Krauze: Polakiem najłatwiej być poza Polską, ambitnie wybrałem trudniejszą drogę.

A inne powody?
Lada moment powinniśmy zacząć zdjęcia do filmu „Papusza", poza tym stęskniłem się.

Za czym?
Za przyjaciółmi. Aśka, moja żona, wróciła do Polski wcześniej. Nie było jej prawie cztery miesiące, a ja się tak „wygłodziłem", że kiedy mi przysłała filmik z imprezy zrobiony komórką, to siedziałem i płakałem. Poza tym zacząłem się wzruszać przy Grechucie, Osieckiej, strasznie... Napis „Made in Poland" na słoiku dżemu wyciskał mi łzy.
Może po raz pierwszy tak się poczułeś Polakiem...
Wychodzi na to, że trzeba mieć raka, żeby się poczuć Polakiem. I tęsknić. W RPA leczyłem raka prostaty, dlatego tam byłem, wróciłbym wcześniej.

A właściwie dlaczego, oprócz leczenia, Południowa Afryka?
Tam masz nieprawdopodobne światło. Mieszkałem nad brzegiem oceanu, więc miałem jeszcze do dyspozycji Ocean Indyjski, świetne jedzenie, zdrową żywność. I fantastyczny pejzaż ludzki. Podczas mistrzostw świata czarne twarze, hinduskie i białe, i ci wszyscy ludzie połączeni uśmiechem, euforią – to było coś niewiarygodnego! Oni znają się na pojednaniu, po  apartheidzie mieli bardzo dużą pracę do wykonania, większą niż Polacy, i  ją naprawdę wykonali. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, takiego stanu uniesienia, radości! Sam w tym wziąłem udział i to było leczące, a nie wiem, czy nie miało wpływu na moje wyniki...

Ten wyjazd to był jakiś rodzaj emigracji?
Nie, pojechaliśmy z Joanną pisać scenariusz, byłem w nie najlepszej formie, moi przyjaciele się przestraszyli i skierowali mnie do lekarza polskiego pochodzenia. Miał ten dar, że nauczył mnie mojej choroby w  ciągu godziny, czego nie zrobił wcześniej żaden polski lekarz.

Na czym to polegało?
Tam system polega na tym, że pieniądze „idą" za pacjentem. Kiedy choruję, to wiem, że mam do wykorzystania, powiedzmy, milion randów rocznie. Lekarz, do którego przychodzę, też wie, że mam je do  wykorzystania. I on musi mnie przekonać, żebym się leczył u niego, a nie poszedł do konkurencji. I każdy z tych lekarzy z sukcesem, niezależnie od specjalności, ma ten sam dar: potrafi nauczyć cię twojej choroby w  ciągu godziny, mówi, na czym ta choroba polega, jakie są ścieżki leczenia, jakie są skutki zaniedbania, zdejmuje z ciebie ten stres, choć mówi szczerze. Tłumaczy, jakie znaczenie ma dieta, ruch. Wychodzisz od  niego i masz swój osobisty plan leczenia. A na dodatek numer jego telefonu komórkowego, pod który możesz dzwonić o każdej porze dnia i  nocy. Wychodzisz mądrzejszy, spokojniejszy. Dobry lekarz musi tchnąć w  ciebie optymizm. Jeśli nie potrafi, to idę do konkurencji. Mówię o RPA. Tu nie chodzi o różowe okulary. Nadzieja i zaufanie do lekarza to  najważniejsze przęsła mostu pomiędzy chorobą a wyleczeniem. To podstawa terapii.

Zachorowałeś na raka prostaty kilka lat temu. W Polsce. Wyciąłeś guz, naświetlałeś...
Niedokładnie guz i nie własnymi rękami.

I myślałeś, że problem z głowy?
Tak. I potem przeżyłem szok, kiedy okazało się, że mam przerzuty i  choroba pełznie.

I kiedy lekarz powiedział ci, że są przerzuty, że nie załatwiłeś tego za pierwszym razem, to pojawił się...
Zrobiło się bardzo nieprzyjemnie…

Nieprzyjemnie? Tak nazywasz strach?
Po zdiagnozowaniu raka największym przeciwnikiem nie jest wcale rak, tylko rozpacz. To rozpacz odbiera wolę życia i powoduje, że się poddajemy. 60 proc. uzdrowienia tkwi w głowie pacjenta – i to są statystyki, z którymi zgadzają się lekarze.

Jak sobie dałeś radę z rozpaczą?
Nie wiem, czy sobie dałem radę. Jestem na tyle silny, na ile się sprawdziłem. A jak będzie dalej? To jest choroba nieuleczalna, więc... Na razie sobie poradziłem. Jest też trochę ścieżek dla ludzi, u których zdiagnozowano raka, np. ścieżka medytacji albo metoda wizualizacji, że  najpierw wizualizujesz komórki rakowe, a potem się ich pozbywasz. Może to brzmi śmiesznie, ale...

Ale działa?
Okazuje się, że działa.

Ty jaką metodę przyjąłeś?
Nie jest tak, że możesz przyjść do lekarza i powiedzieć: Niech pan mnie leczy. Musisz wziąć udział w tym leczeniu, musisz być kreatywny, wykazać się pewną wyobraźnią i samodyscypliną. Ja już wcześniej wędrowałem po  wschodnich ścieżkach, więc tak czy inaczej medytowałem, choć nie tak intensywnie i konsekwentnie. I mam pewne osiągnięcia na tym polu, to  znaczy jestem w stanie w ciągu kilkunastominutowej medytacji odwrócić swój nastrój. Z przygnębienia do spokoju. Zresztą powiedziałem sobie, że  to ja decyduję o tym, kiedy umrę, przy pewnym ograniczeniu, bo tych 120  lat…

Naprawdę w to wierzysz?
Absolutnie. To, że ty teraz palisz, oznacza, że podejmujesz decyzję. I  tak jest. Ja raka wyhodowałem, ja go mogę kontrolować. Ja, czyli mój organizm, moje życie, mój kod genetyczny, a kod można zmienić – tak mówią.

Reżyser inaczej niż inni choruje na raka?
Nie.

Ale ktoś, kto pisze scenariusze, jest w stanie napisać też scenariusze swojej choroby, jakoś to go może też więzić…
Reżyser chyba ma o tyle trudniej, że to zawód pozbawiony rytmu, jeżeli go sobie sam nie stworzy, to go nie ma. Lepiej mieć rytm, który dyscyplinuje. Najgorsze, co się może zdarzyć, to jak wstajesz i nie znajdujesz tego początku dnia, nie możesz na tej klawiaturze tego dnia zagrać. Rytm w ogóle jest kluczowy i on jest twoim kręgosłupem, składa się na wolę.

A nieszczęście wyobraźni?
Reżyser musi mieć wyobraźnię, a ona choremu może podsuwać horrory. Z tym jest jak z nożem, można go użyć do krojenia chleba, można go wbić komuś w plecy. Wyobraźnia raczej pomaga, bo używając jej, masz zdolność materializacji swojej wizji.

Nie masz ochoty na ucieczkę w baśń?
Bardzo spodobała mi się diagnoza, którą postawiła Agnieszka Holland polskiemu kinu. Powiedziała, że w polskim kinie jest tak, że chłopcy, jak już rozprawią się z nadopiekuńczymi matkami albo z ojcami bez serca, to zaczynają opowiadać bajki. Czasami miałbym ochotę uciec w jakąś baśń, ale Agnieszka jakoś mnie ostudziła.

Ale ona miała na myśli inne baśnie, nie te, które się dobrze kończą.
Miała na myśli kino bez grawitacji, bez ciężaru, unoszące się w stanie nieważkości, niezamocowane społecznie. Autystyczne. Czasami ktoś pociągnie za jakiś sznurek antysemicki, homoseksualny, ale generalnie to  kino nie interesuje się światem. W tym sensie, że nie stawia pytań. Wyjątki można policzyć na palcach jednej ręki. Kiedyś Singer celnie powiedział o telenoweli, że to jest coś, dzięki czemu coraz więcej wiemy o coraz mniejszej liczbie spraw. To przypomina sytuację kina polskiego. Te 12 filmów na festiwalu w Gdyni nie zmienia obrazu.

Mnie się telenowela kojarzy z atawistycznym patrzeniem w ogień w  kominku. Możesz patrzeć godzinami, nic z tego nie wynika, ale nie możesz oderwać oczu. Usłyszałeś o przerzutach... Miałeś takie myśli: Zaraz, przecież ja jeszcze tego nie zrobiłem, to dzieło nie powstało! Takie megalomańskie myśli artysty.
Przez chwilę, a potem sobie pomyślałem: A może to by nie wyszło, może lepiej, że tego nie zrobię…

Ale masz jakieś wielkie dzieła w głowie?
Ja tego sobie tak nie ustawiam w głowie. Mamy z Asią do nakręcenia „Papuszę", mamy parę innych interesujących pomysłów.

Pytam raczej o taką summę, dzieło życia, bo w tle jest śmiertelna choroba.
Coś takiego przemknęło przez myśl, żeby coś zawiesić w jakiejś przestrzeni internetowej, coś multimedialnego, myślałem o tym.

Jaki jest dziś stan twojej choroby? Leczysz przerzuty – tak to się nazywa?
W każdym leczeniu chodzi o to samo – żeby zwiększyć to, co się zmniejszyło, i zmniejszyć to, co się zwiększyło. Z jednej strony zmniejszyć liczbę komórek rakowych, a z drugiej strony podnieść odporność organizmu, i to jest właściwie cała praca. Z komórkami rakowymi przede wszystkim walczy medycyna, ale podnieść odporność organizmu możesz samemu. To jest właściwie etat na całą dobę, musisz jeść przyzwoicie, ruszać się, musisz bardziej świadomie żyć, musisz sypiać przyzwoicie – musisz się pilnować. Znasz taką koncepcję, że zwycięzcą ewolucji jest rak, a nie człowiek, że tak naprawdę jesteśmy tylko nosicielami, zwierzęta są nosicielami, rośliny są nosicielami zwycięskiego nowotworu? Taką koncepcję stworzył Lem, tylko jemu chodziło nie o raka, ale o  jakieś geny. W tej koncepcji nowotwór jest zwycięzcą ewolucji. Może jesteś nosicielem króla ewolucji. Może mam taką służebną rolę… Dlaczego właściwie nie stoczyłeś się na dno alkoholizmu, kiedy dowiedziałeś się, że jesteś chory? Uratowało mnie to, że nigdy nie lubiłem wódki. To mnie uratowało też w  szkole filmowej, nie piłem wódki, a wino działało wolniej, było droższe i nie zostałem alkoholikiem. Piję ten jeden kieliszek wina dziennie, to  wszystko. A inne pomysły na ucieczkę od choroby, gubienie czasu? Nie, w żadne narkotyki nie uciekam... Fantazjujesz? Lubię czytać. Medytujesz… Medytacja to potężny kop energetyczny. Kiedy naprawdę wyciszysz umysł, zaczynają przychodzić odpowiedzi na pytania, które wcześniej zadałeś. W  sztuce chodzi o to samo, o co w życiu – żeby zadać właściwe pytanie. Odpowiedź przyjdzie. Nasz kłopot polega na tym, że nie potrafimy zadać sobie samym właściwych pytań.

Jakie są twoje pytania?
Choćby takie, jak ma wyglądać moje życie za dziesięć lat. Wracając do  sztuki, mam na myśli pytania o postacie, o akcje, o fabularne rozwiązania. I odpowiedzi przychodzą, tylko trzeba zadać właściwe pytanie. Taka jest właściwość naszego umysłu, mówimy: Wpadłem na pomysł podczas mycia, powiedzmy, podłogi czy prasowania.

Czyli w stanie bezmyślności…
Dokładnie. Medytacja jest takim stanem bezmyślności, kiedy zwalczyłeś swój umysł, który jak małpa chwyta się wszystkiego… Jest cisza i wtedy jakaś siła wyrzuca na powierzchnię myśl, która była zagłuszona, nie  słyszałeś jej, a teraz jest odpowiedzią. Jest taka aktorska metoda Michaiła Czechowa. Pracuje nią Peter Brook. To jest metoda „czekania" na  postać. Postać jest na początku na zewnątrz ciebie, zapraszasz ją. Wchodzi do pokoju – to jest pierwszy etap. Ta postać jest na zewnątrz. Potem ta postać jest w tobie, powoli wypełnia cię – to jest drugi etap. I trzeci etap – ty jesteś tą postacią. Zaczynasz improwizować jako ta  postać. Mówisz na jej sposób, działasz. Bierzesz prysznic jako ta  postać, ubierasz się itd. W medytacji, np. tzw. królewskiej medytacji światłem, światło jest najpierw na zewnątrz ciebie, potem jest w tobie, potem ty jesteś tym światłem. Czyli siedzisz w świetle, potem wypełniasz się światłem, tak jak aktor wypełnia się postacią, a potem ty już jesteś tym światłem, czyli chodzisz po świecie i rozdajesz światło, oświecasz innych ludzi, oświetlasz też ptaki, drzewa, w liściach, w których szeleści wiatr. Chodzi o to, żeby uzyskać jedność ze światem, pogodzić się z nim, żeby świat nie był twoim antagonistą. Wtedy uzyskujesz spokój.

Chcesz się dowiedzieć od lekarza, jaki masz procent szans na  przeżycie ilu lat?
Lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć. Chociaż lekarz też nie do końca ma  pewność, onkologia rozwija się w zawrotnym tempie. Ale w skrajnych przypadkach musisz to wiedzieć, żeby pozałatwiać osobiste sprawy, choćby spisać testament.

Spisałeś?
Jeszcze nie.

Twój stan na dzisiaj jakby brzmiał w takim opisie statystycznym?
Usłyszałem od takiego twórcy onkologii południowoafrykańskiej, mądrego sędziwego Żyda, że przy elastycznym reagowaniu i konsekwencji leczenia to jest 10, 15 lat życia. Przy dzisiejszym stanie wiedzy – a leki w  przypadku raka prostaty pojawiają się co roku nowe, bo to jest choroba ludzi, którzy mają władzę i pieniądze, to znaczy facetów. Ponieważ co trzeci mężczyzna zachoruje na tę chorobę, i bankowcy, i politycy są wyjątkowo szczodrzy w dotacjach na badania.

Ile chciałbyś żyć?
Wolałbym umrzeć, będąc sprawnym umysłowo i fizycznie.

Marzyłeś kiedyś o nieśmiertelności?
Nie, natomiast w dzieciństwie marzyłem, że skaczę najwyżej ze  wszystkich, że biegam 100 metrów w pięć sekund. O nieśmiertelności nie… Chociaż ciekawe byłoby zajrzeć tutaj za 100, 200 lat, to chciałem zawsze. Może jako filmowiec powinienem dołączyć, przytulić się do  zamrożonego Disneya? Ciekaw jestem, ile to kosztuje. Może to jest do  wykonania?

Chyba pół miliona dolarów.
No, jak na taką wyprawę to nie jest drogo.

Co się dzieje z poczuciem samotności, kiedy się choruje na taką chorobę?
To jest praca, którą trzeba wykonać w pierwszej kolejności, powiązać się nićmi ze światem, nie pozwolić sobie na samotność. Sam nie poradzisz sobie z rakiem. Samotność rodzi lęk i rozpacz.

A samotność to nie jest siła?
Cisza jest potrzebna, skupienie jest potrzebne, ale nie samotność. Ja samotność rozumiem jako coś bolesnego.

Ja rozumiem samotność jako skończoną samoświadomość, że jestem po  prostu bytem osobnym, będę z sobą spał do końca życia...
Zgoda, ale jeśli przynosi ona cierpienie, to już coś innego. Przy chorobach nieuleczalnych czy przewlekłych trzeba starać się cały czas budować związki ze światem, choćby po to, żeby cię ktoś kiedyś odwiózł do szpitala i przywiózł z niego. Ale również po to, żeby nie odczuwać świata jako czegoś antagonistycznego.

Robisz filmy, zbierasz pieniądze na te filmy…
Czy ten świat, od  którego zależysz jako reżyser, wiedząc, że jesteś chory na chorobę nieuleczalną, nie traktuje cię z rezerwą, że chory nie jesteś wiarygodnym kontrahentem do interesów? Jestem w tej korzystnej sytuacji, że robię filmy razem z Asią, więc ona jest moją polisą asekuracyjną, gwarantem, że ten film dokończymy. Jednak myślę, że świat się odniósł z pewnym współczuciem i różni ludzie ze  świata filmowego mi pomogli. Moi przyjaciele założyli konsorcjum, w  skład którego weszli ludzie, którzy płacili pieniądze na moje leczenie, jak gdyby płacąc mi za scenariusz – który dostarczę i według którego zostanie potem zrobiony film. I może nawet ten film zarobi dla tego konsorcjum jakieś pieniądze?

Nie miałeś pomysłu, żeby mówić: Chciałbym, żeby państwo pomogli mi zrobić mój ostatni film.
Tak chwytać za serce. Jeżeli mieliby pewność, że będzie to mój ostatni film, to może daliby mi pieniądze… Nie możesz tego zagwarantować... Otóż to. I potem będzie jak z odprawami dla górników. Przejedli i chcą znów pracować. Medytujesz…

A nie miałeś pokus, żeby pojechać do Tybetu, znaleźć uzdrowicieli?
Wierzę w alternatywne ścieżki, mam zresztą żywe, chodzące dowody –  ludzi, którzy nie powinni żyć, a są w świetnej formie.

To czemu na razie nie skorzystałeś? Uważasz, że jeszcze nie jest tak źle?
Zaczynam. Właśnie kiedy nadchodzi czas drugiej chemii, to jest właśnie ten czas poszukiwań alternatywnych sposobów, może nie leczenia, ale  odbudowy bariery immunologicznej, bo to w gruncie rzeczy od twoich białych ciałek zależy, czy się uporasz z chorobą, czy nie.

W jaki rodzaj uzdrawiania jesteś skłonny zainwestować?
Doceniam możliwości akupunktury, ale mam też przykłady uzdrowień, kiedy po prostu ktoś nawet nie przyłożył rąk, przejechał dłonią po kręgosłupie.

W obrębie jakiejś kultury upatrujesz szansy na istnienie takich uzdrowicieli?
Ludzie przywożą z różnych miejsc takie wieści, od szamanów z Afryki, od  uzdrowicieli z Brazylii albo ze Śląska. Kiedyś wiązałem to ze Wschodem, ale w tej chwili już nie. To się opiera na świadectwach ludzi, którzy nie chodzili, a chodzą, którzy mieli nie żyć, a żyją.

Nie uważasz, że wiara w coś takiego jest miarą pojawiającej się rozpaczy?
Tak może być. Ale znam ludzi, którzy nie byli u lekarza od 40 lat. Leczą się drogą medytacji, wizualizacji, akupunktury światłem.

Co dobrego daje taka choroba?
Dużo. To znaczy może dużo dać, ale to zależy od naszego charakteru i  nastawienia. Ja nie mówię o walce z rakiem, bo w ogóle nie uważam go za swojego wroga, uważam go za swojego przyjaciela, ponieważ sporo mu zawdzięczam, naprawdę. Żyję bardziej świadomie, jem świadomie, myślę, że  mądrzej żyję, lepiej dysponuję czasem, on ma dla mnie wartość. Godzina to naprawdę coś dzisiaj znaczy. Największym błędem jest życie przeszłością lub przyszłością, nie czując czasu teraźniejszego, czyli marnując go. I ja tak żyłem – planami albo wspomnieniami. Rakowi zawdzięczam to, że czuję smak czasu, widzę go. Rak to jest więc nauczyciel, który bardzo rozszerza świadomość. Oczywiście tak wcale nie  musi być, trzeba wykonać jakiś krok w tę stronę.

A można nazwać raka…
Tak, można nazwać lekarzem duszy.

A drogą do poznania?
Tak, jest to droga do poznania siebie samego. Rak jest wyzwaniem, próbą. Rak jest i lekarzem, i nauczycielem.
Okładka tygodnika WPROST: 24/2011
Więcej możesz przeczytać w 24/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • [email protected] IP
    jeszcze nie czytałem całości ale też sporo wiem jestem niestety w temacie nie miałem szczęścia być przyazwoicie leczony w kraju i po pierwszej chemii - niechlujnie prowadzonej przez przpadkowo -losowo trafianych lekarzy /za każdym razem kto inny to taka polska rzeczywistosc/nastąpił nawrót tym razem węzły chłonne ,nie dostałem zgody NFZ na leczenie chemią niestandardową /widać w/g NFZ nie rokuję-60 lat.ale ja spokojnie walczę dalej bo mam rodzine jestem w DANII tu moja córeczka znalazła sposób by kontynuować leczenie i choć podobnie jak Ty wcale nie wydaje mi się że choruję to łatwo nie jest /może tam w afryce , słyszy sie o samych pozytywach i osiągnięciach płd.afr.medycyny/chętnie porozmawiałbym o swoich odczuciach ale wiem że byłoby trudno bo..i nie jestem znaną postacią ,jak TY i pewnie nie znajdziesz czasu by  napisac SERDECZNIE POZDRAWIAM I ŻYCZĘ SUKCESÓW ARTYSTYCZNYCH ALE NADE WSZYSTKO Z D R O W I A

    Andrzej
    • [email protected] IP
      też mieszkałam zagranicą i wiem co to nostalgia

      Czytaj także