Platforma transferowa

Platforma transferowa

Zaczyna się od emisariuszy. Potem jest gabinet marszałka Schetyny. Na końcu wino u premiera Tuska. Oto kulisy najgłośniejszych transferów PO.
Tych, na których PO najbardziej zależy, osobiście przyjmuje u siebie Donald Tusk. Jest wino, przejście na ty, obietnice. Wszystko na gębę. Rozmowa odbywa się w cztery oczy. Finalna zwana jest „ostatnią wieczerzą", wkrótce po niej następuje transfer – opowiada osoba z  bliskiego otoczenia premiera.

Tak było w przypadku najgłośniejszych transferów ostatnich tygodni: Bartosza Arłukowicza i Joanny Kluzik-Rostkowskiej.Dariusz Rosati długo czekał na taką audiencję.

Ale już przedtransferowe podchody za każdym razem wyglądają inaczej.

Arłukowicz – uniknąć tylnego siedzenia

Kuszenie rozpoczęło się w marcu. Na łącznika Platforma wyznaczyła byłego ministra w kancelarii premiera Rafała Grupińskiego. Miał przeprowadzić kuluarowe rozmowy w Sejmie. Są specjalnością Grupińskiego od czasu głośnego transferu w poprzednich wyborach, czyli przejęcia Antoniego Mężydły z PiS.

– Rafał przyszedł do mnie zaraz po moim wystąpieniu z PiS. Powiedział, że powinienem pozostać w polityce, a moim miejscem jest Platforma –  opowiada Mężydło. – Wyszliśmy z Sejmu i chodziliśmy w kółko. On mówił, ja myślałem.

Gdy wrócili na obrady, wici o transferze były już rozpuszczone. Do Mężydły przysiadali się kolejni politycy PO i namawiali do przejścia.

Z Arłukowiczem było podobnie. Ale Grupiński nie chce rozmawiać o szczegółach tych negocjacji. Mówi tylko: – Jeśli widzimy, że  polityk ma dorobek, pomysły, a jest we własnej partii marginalizowany, to zastanawiamy się, czy nie warto zaproponować mu współpracy i  przejścia.

Arłukowicz wiedział, że jest w SLD na cenzurowanym. Gdy spotykał się z dziennikarzami w Sejmie, zawsze prowadził do ostatniego pokoju w klubie SLD, ściszał głos i tłumaczył, że ściany mają uszy, a  jego opinie nie są w partii popularne. Do Sojuszu wprawdzie nie należał, ale liczył na start z partyjnych list, i to z pierwszego miejsca w  rodzinnym Szczecinie. Tyle że Napieralski też jest ze Szczecina i nie zamierzał odpuścić. Pojawiła się plotka, że na wybory Arłukowicz zostanie oddelegowany do Nowego Sącza.

Dla Platformy to był sygnał, że  pora przystąpić do właściwej ofensywy, czyli zaprosić Arłukowicza na  rozmowę do marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny. Wizyta u Schetyny to jak wejście do transferowego przedpokoju.

– W negocjowaniu transferów Grzesiek jest niezastąpiony. Od razu wchodzi w rolę brata łaty. Potrafi stworzyć atmosferę, w której rozmówca czuje się dowartościowany, potrzebny. Czuje się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – mówi jeden z kuszonych przez PO.

Spotkania odbywają się w gabinecie marszałka. Ale nie tym głównym, zaprasza wtedy do małego pokoju do  rozmów kuluarowych. Mała przestrzeń pozwala zmniejszyć dystans między rozmówcami. Schetyna sypie dowcipami. Częstuje cygarem. Nie liczy czasu.

Gdy wieść o spotkaniu Arłukowicza ze Schetyną dotarła do Napieralskiego, ten od razu zadzwonił z wyborczą ofertą. Ale było za późno. Tym bardziej że Schetyna podczas kolejnego spotkania z Arłukowiczem oprócz pierwszego miejsca na liście PO w Szczecinie dorzucił tekę ministra w kancelarii premiera. Do ostatecznej decyzji brakowało już tylko spotkania z  premierem. Pierwsza służyła rozpoznaniu wzajemnych intencji, druga dobijaniu targu. Podczas „ostatniej wieczerzy" Arłukowicz usłyszał od  Tuska: – Witamy w klubie.

Dla szeregowych posłów PO ten transfer był kompletnym zaskoczeniem. O negocjacjach wiedziało tylko kilka osób z  kierownictwa partii. – Na samym początku zawarliśmy dżentelmeńską umowę, że nie zdradzamy nikomu szczegółów negocjacji – mówi Arłukowicz.

Przed konferencją, na której ogłaszano transfer, zadzwonił tylko do Aleksandra Kwaśniewskiego i kilku najbliższych osób z lewicy. – Bartek, możemy razem naprawić SLD – usłyszał od byłego prezydenta. – Już podjąłem decyzję – odparł.

Kluzik – bez gry wstępnej

W transferze Joanny Kluzik-Rostkowskiej nie była konieczna gra wstępna. Kluzik zna Schetynę z czasów studenckiej opozycji w NZS. Pierwszy sygnał od marszałka Sejmu dostała w listopadzie ubiegłego roku, gdy Jarosław Kaczyński wyrzucił ją z PiS. Wybrała wtedy tworzenie własnej partii. Gdy PJN zaczęło pikować w sondażach, w partii pojawiły się różne koncepcje na wybory. Lansowana przez Kluzik mówiła o wspólnym starcie z PO.

– Miałam przyzwolenie jednej trzeciej klubu PJN na prowadzenie rozmów na  ten temat. Dlatego poszłam do Donalda. Znamy się z Tuskiem od lat – mówi Kluzik i jak wszyscy transferowcy zapiera się, że o kuchni negocjacyjnej nie będzie rozmawiać.

Wiadomo jednak, że kandydatów do transferu Donald Tusk zaprasza do siebie późnym popołudniem, „po godzinach", żeby nic nie  przeszkadzało w rozmowie. A właściwie w pogaduszkach, bo spotkania bardziej przypominają uwodzenie niż twarde negocjacje. Więcej jest anegdot, opowieści o wspólnych znajomych, niż dobijania targu. Jest lekka kolacja i lampka wina.

Wieść o spotkaniu z premierem zaogniła sytuację w PJN. Pojawiło się podejrzenie, że Kluzik potajemnie negocjuje wyprowadzenie ludzi do PO. Ci, którzy chcieli samodzielnego startu PJN w  wyborach i kampanii na smoleńską nutę ( jak Paweł Kowal czy Elżbieta Jakubiak) zwyciężyli.

Kluzik tuż przed zjazdem partii, na którym zrzekła się szefowania PJN, poprosiła o kolejne spotkanie z Donaldem Tuskiem. To  po nim premier powiedział, że „Kluzik musi się szybko zdecydować, czy chce przechodzić do PO, bo długo nie zamierza na nią czekać".

– W  sprawie Kluzik było kilka scenariuszy – przyznaje polityk z kierownictwa PO. – Początkowo miała ogłosić swoje przejście podobnie jak Arłukowicz podczas konferencji „na trawce" u premiera. Najlepiej po konwencji Platformy w Gdańsku, by nie przykryć partyjnej fety tym transferem.

Ale sprawa transferu wyciekła do mediów. Zrobił się szum. W kierownictwie PO przeważały głosy, że należy przesunąć transfer na koniec czerwca, by  opinia publiczna nie postrzegała Kluzik jako partyjnej zdrajczyni, ale  raczej jako odrzuconą liderkę budzącą współczucie.

Jednak Tusk postawił sprawę jasno: – Przechodzi na konwencji w Gdańsku albo wcale.

– Myślę, że chodziło o wzmocnienie obu skrzydeł Platformy. Na konwencji przechodził do nas także Dariusz Rosati. Po Arłukowiczu można by odnieść wrażenie, że PO otwiera się tylko na lewą stronę. A dzięki Kluzik mieliśmy jasny przekaz, że jesteśmy partią szerokiego centrum – mówi Małgorzata Kidawa-Błońska, wiceszefowa klubu parlamentarnego PO.

Transfer Kluzik był kompletnym zaskoczeniem tylko dla członków jej partii. W wieczór poprzedzający konwencję w Gdańsku PJN-owcy dzwonili do  dziennikarzy z pytaniem, czy wiedzą coś na temat ich szefowej. Ogłosi przejście do PO czy nie?

Ogłosiła. Zaskoczenie było tym większe, że  jeszcze kilka dni wcześniej zapewniała, że „nie schodzi się z boiska po  pierwszej połowie, ale gra do 90. minuty meczu". Co więcej, dwa tygodnie przed woltą patronowała przejściu 45 działaczy PO do PJN w województwie łódzkim, zapewniając ich, że wystartuje jako jedynka w Łodzi i pociągnie listę.

– Przed samą konwencją w Gdańsku zadzwoniłam do Pawła Kowala i  Pawła Poncyljusza. Powiedziałam, że postanowiłam odejść, bo klub nie  wyraził zgody na moją wizję ratowania PJN. Dlatego ci, którzy mają dziś ochotę rzucić we mnie kamieniem, niech najpierw posypią własne głowy popiołem – mówi Kluzik.

Ale głosy krytyki słychać też w PO. W Rybniku, gdzie obiecano jej wyborczą jedynkę, od razu podniosło się larum. –  Jeśli pani Kluzik chce tu startować, to niech robi to z dwunastego miejsca, a nie z pierwszego, odbierając szanse lokalnym działaczom. To  jest uczenie młodych ludzi, że nie warto być lojalnym, nie warto latami pracować, bo więcej i lepiej dostanie się jako spadochroniarz – mówi miejscowy starosta Damian Mrowiec.

W pierwszych sondażach aż 65 proc. Polaków źle oceniło transfer Kluzik. Za to partii Tuska słupek popularności skoczył aż do 49 proc. – Moc transferów zadziałała – cieszy się polityk PO.

Rosati – dwa lata w przedpokoju

Nad tym, jak wzmocnić lewą flankę PO, sztab Tuska zastanawiał się od  chwili, gdy z partii odszedł Janusz Palikot. Postawiono na wyłuskiwanie politycznych outsiderów.

Zielone światło na rozmowy z SdPl dostał Andrzej Halicki, mazowiecki szef Platformy, od lat współpracujący w  sejmowej komisji z dawnym szefem socjaldemokratów – Markiem Borowskim. Wynik tych rozmów to start Borowskiego czy Izabelli Sierakowskiej do  Senatu z cichym poparciem PO. Cichym, bo partia Tuska nie wystawi własnych kandydatów w ich okręgach.

Równocześnie z rozmowami Halicki –  Borowski zaczęły się transferowe negocjacje obecnego szefa SdPl Wojciecha Filemonowicza z platformerskim kolegą Andrzejem Wyrobcem, obecnym skarbnikiem partii Tuska. Obaj są politykami z Małopolski i  znają się od czasów studenckich. Te rozmowy przygotowały grunt pod  najciekawszy transfer PO w ostatnich tygodniach – Dariusza Rosatiego.

– Rosati, były minister spraw zagranicznych, z doświadczeniem pracy w  Banku Światowym i europarlamencie, był paradoksalnie najłatwiejszy do  wyłowienia, bo nie pełni teraz żadnej funkcji politycznej – mówi jeden negocjatorów Tuska.

Dlatego długo zwlekano z ostateczną propozycją dla  Rosatiego. Dopiero gdy pojawiła się informacja, że Napieralski może mu dać miejsce na liście SLD, Schetyna zaprosił Rosatiego na spotkanie.

Po kongresie Platformy, gdy stanął w jednym szeregu z Donaldem Tuskiem, Joanną Kluzik-Rostkowską i Bartoszem Arłukowiczem, przyznał „Wprost": –  Ten krok, przejście do PO, rozważałem od dwóch lat. Od czasu, gdy mój pomysł stworzenia lewicowo-centrowej inicjatywy Porozumienie dla  Przyszłości okazał się fiaskiem.

Rosati nadal czeka na decyzję, jakie miejsce dostanie na liście wyborczej. Dwójka w okręgu podwarszawskim czy może stołeczna czwórka? Jedno jest pewne: tę decyzję podejmie osobiście Donald Tusk.

Twardzi i płotki

Z polityków, na których Platforma zastawiała w ostatnim czasie sidła, dwóch nie udało się zwabić: Pawła Poncyljusza i Ryszarda Kalisza. Poncyljusz pytany przez „Wprost" o przyczynę fiaska rozmów, odpowiada: –  Rozmawiam na ten temat z kolegami z PO od dziesięciu lat, ale wciąż nie  widzę powodu, dla którego miałbym przechodzić.

Bo też rozmowy z  Poncyljuszem nigdy nie przekroczyły progu „gry wstępnej".

– Było testowanie kandydata, ale nie padały żadne propozycje – mówi polityk PO. Poncyljusz nigdy nie przeszedł do etapu bratania się i poklepywania po  plecach w gabinecie marszałka Schetyny.

Inaczej było z Ryszardem Kaliszem. On prowadził rozmowy na najwyższym szczeblu. O tym, że Kalisz przejdzie do Platformy, głośno było już jesienią ubiegłego roku, gdy został wyrzucony z zarządu SLD za poparcie Ruchu Palikota. Jak mówi polityk PO: – Proponowano mu wówczas stanowisko w rządzie, i to ważniejsze niż Arłukowiczowi.

Kalisz nie chce komentować spekulacji na  temat swego transferu. – Moje poglądy są lewicowe i nie widzę się na  listach PO – ucina rozmowę. Ale jego przywiązanie do SLD w dużej mierze zależy od tego, jak sprawę układania list i miejsca na nich dla Kalisza rozwiąże Napieralski. Jeśli odeśle go na koniec kolejki, niewykluczone, że ten w ogóle zrezygnuje ze startu pod szyldem Sojuszu.

Platforma zapowiada, że więcej głośnych transferów w tym sezonie wyborczym nie  planuje. Choć chciałoby się powiedzieć: nie planuje, chyba że do nich dojdzie.

Okładka tygodnika WPROST: 25/2011
Więcej możesz przeczytać w 25/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także