Ten atak mnie zmiażdżył

Ten atak mnie zmiażdżył

Człowiek jest w takiej sytuacji zupełnie bezbronny. Oskarży się go, opluje i poniży, a on nie ma jak się bronić. Na tym polega groźna siła mediów – mówi ojciec Maciej Zięba.
RENATA KIM: Domyśla się ojciec, co czuł były szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego, gdy w świetle kamer aresztowano go pod zarzutem zgwałcenia hotelowej pokojówki?

OJCIEC MACIEJ ZIĘBA: Ja przede wszystkim nie wiem, czy był powód, by go  w ten sposób zatrzymywać i wywozić do więzienia w kajdankach. Media zrobiły wielką awanturę, ale ponieważ nie wiem, co on zrobił, nie chcę wydawać pochopnych sądów. Ale jeśli całe to zamieszanie było generowane tylko po to, żeby go zaatakować, to jest to po prostu nieuczciwe.
Od spektakularnego zatrzymania Straussa-Kahna minęło zaledwie kilka tygodni, a dziś prokuratorzy przyznają, że być może oskarżenie było niesłuszne.
To niestety jest przykład błyskawicznego osądzenia człowieka przez media i opinię publiczną. Robi się sensację, niszczy kogoś, a dopiero po  dłuższej chwili zaczyna się cieniowanie, niuansowanie, szukanie mniej oczywistych odpowiedzi. Że może to nie było tak, nie całkiem tak, a  nawet zupełnie inaczej? Nie znam pana Straussa-Kahna, ale wiem, że  osądzono go bez wyroku.

Ojciec też był kiedyś w podobnej sytuacji. Niemal rok temu, w  atmosferze oskarżeń o nadużywanie alkoholu, musiał ojciec zrezygnować z  kierowania Europejskim Centrum Solidarności.
Tak. I jestem doskonałym przykładem, że człowiek jest w takiej sytuacji zupełnie bezbronny. Oskarży się go, zaatakuje, opluje i poniży, a on nie  ma jak się bronić. Mógłby oczywiście iść do sądu, udowadniać, że  wszystko to nieprawda, ale wyrok już zapadł. Na tym polega groźna siła mediów. Gdyby były bardziej odpowiedzialne za słowa, a nie ferowały szybkie i ostre werdykty, świat byłby znacznie lepszy. A moja sprawa? To  był polityczny wyrok, dzisiaj wszyscy to wiemy. Stworzyłem Europejskie Centrum Solidarności praktycznie z niczego. A im ono robiło się mocniejsze, tym bardziej stawało się polityczne. I wtedy z zimną krwią mnie załatwili. Trzeba było mnie zniesławić, poniżyć po to, żeby można było osadzić swojego człowieka na stanowisku dyrektora Centrum.

Co ojciec wtedy czuł?
Bezradność. Zostałem zaatakowany i to był koniec. Później tłumaczyłem w  wywiadach, że cierpię na depresję, że mam problemy z alkoholem, ale było już za późno. Mleko się wylało. Już nigdy nie wrócę do mojego życia sprzed tamtych wydarzeń. A z pewnością nie wrócę do polityki, która jest w naszym kraju niezwykle brutalna. Do dziś mam poczucie krzywdy. Przyznałem się wtedy do depresji, która – wiem to dzisiaj – jest chorobą. Ale przyznałem się pod przymusem, co też mnie w jakiś sposób skrzywdziło. Ale co zrobić, świat nie jest sprawiedliwy.

Czy rok po tamtych wydarzeniach czuje się ojciec zrehabilitowany?
Nie, nie, nie. Plugastwo się do mnie przykleiło i nie chce odkleić. Ja zawsze myślę, że dziennikarstwo to bardzo odpowiedzialna praca. I jeśli dziennikarz nie zdaje sobie sprawy z tej odpowiedzialności, to dla zdobycia czytelników i lepszej sprzedaży swojej gazety dokonuje czynu niegodziwego. A patrząc na sprawę teologicznie, popełnia grzech. Problem polega na tym, że dziennikarze rzadko pytają o wersję drugiej strony, tej, którą tak ochoczo oskarżają. Z reguły jak się tę drugą stronę zapyta, to się okazuje, że sprawa jest o wiele bardziej złożona. Dziennikarze jednak na to nie czekają, tylko mordują człowieka.

Ale przecież dziennikarze są od tego, żeby pokazywać zło, żeby to  piętnować.
Ale najpierw powinni dokładnie zbadać sprawę, żeby poznać wszystkie konteksty. Rolą mediów jest, takie mam naiwne przekonanie, opisywanie rzeczywistości. A więc także umiejętność cieniowania i różnicowania. Żeby nie wychodziło, że oto mamy tylko dwa bieguny: świnie i świętych. Bo choć oba bieguny istnieją, to zwykle jesteśmy uwikłani w  rzeczywistość gdzieś pomiędzy nimi. Zawieramy po drodze różne kompromisy. A media tego nie chcą zobaczyć i walą: albo czarne, albo białe. Nie wystarczy złapać drania i go zniszczyć, trzeba dać mu szansę obrony. Tak było ze mną, tak było z Krzysztofem Piesiewiczem. Niestety, teraz nikt nie pamięta Piesiewiczowi, że zrobił mnóstwo świetnych rzeczy, tylko to, że ubrał się w sukienkę. Ja wtedy udzieliłem wywiadu, w którym powiedziałem, że nie będę ani w tej, ani w żadnej innej sprawie Katonem. Bo ludzka psyche jest bardzo złożona, a ja jako ksiądz muszę się starać ją zrozumieć, a nie wydawać sądy. Takiej samej empatii oczekuję od mediów.

Media tylko spełniają oczekiwania publiczności. To my, czytelnicy i  telewidzowie, uwielbiamy sensacyjne doniesienia.
Ludzie to gawiedź. I w czasach, gdy w Koloseum walczyli gladiatorzy, i w  średniowieczu, gdy w Anglii odbywały się masowe egzekucje, gawiedź zawsze oczekiwała sensacji. Dzisiaj jesteśmy bardziej kulturalni, ale  nadal chcemy się karmić czyimś upadkiem i poniżeniem. To jest niezmienny czynnik natury ludzkiej.

Jak teraz wygląda ojca życie?
Ja na szczęście jestem zakonnikiem, więc spowiadam, głoszę słowo Boże, mam co robić. Muszę się pogodzić z tym, co się działo, i żyć najlepiej, jak umiem. W duchu ubóstwa przyjąć to całe poniżenie i żyć dalej. Ale  jestem tym wszystkim bardzo zmęczony. Zmiażdżył mnie ten frontalny atak, z podtekstem politycznym, szukanie haków, jak to w Polsce. (wywiad nieautoryzowany)

Okładka tygodnika WPROST: 27/2011
Więcej możesz przeczytać w 27/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0