Będę walczył do końca

Będę walczył do końca

Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś w takiej sytuacji jak ja wziął kałacha i by ich po prostu rozpie...
Tomasz Lis: Panie senatorze, w którym punkcie swojego życia pan jest?

Krzysztof Piesiewicz: Jestem dużo starszy niż trzy lata temu.

O ile starszy?

O doświadczenie podłości, jaka mnie nigdy wcześniej nie spotkała.

Kiedy pisał pan scenariusze, nie wyobrażał sobie pan postaci zdolnych do takich podłości?

Zawsze uważałem, że psychologiczny rysunek postaci wymaga poszukiwania raczej jasności niż ciemnych stron. Na początku tej afery dałem tym ludziom szansę, choć postępowali w sposób tak precyzyjny, jakby byli wyszkoleni. Nie popełnili żadnego błędu, który prawnicy nazywają znamionami czynu kryminalnego. To, co robili na początku, kiedy płaciłem pieniądze, nie mieściło się w żadnym przepisie kodeksu karnego. Przyszli i powiedzieli: „Chcemy, żeby to było w pana rękach". Jako prawnik wiedziałem, że prokurator w sądzie tej sprawy może nie wygrać.

Kiedy pan mówi „Padłem ofiarą podłości", to ma pan na myśli grupę, która pana szantażowała, czy kogoś jeszcze?

Ja zawsze zadaję takie proste pytania, np. czy to możliwe, żeby te dwie kobiety, które u mnie były, i dwaj mężczyźni, którzy siedzieli w  samochodzie przed domem, to była cała szajka?

Dlaczego?

To, co się zdarzyło w ciągu następnych dwóch, trzech lat, świadczy o  tym, że chyba musiały w tym uczestniczyć inne osoby. Były też takie „ukłucia", które są typowe dla ludzi umiejących działać w specyficzny sposób. SMS-y, które od nich otrzymywałem, świadczyły o tym, że mają doskonale przygotowany mój rysunek psychologiczny. Dlaczego wcześniej o  tym nie mówiłem? W pewnym wysokonakładowym piśmie ukazał się artykuł na  mój temat, w którym było zdanie: „Piesiewicz rozpowiada wśród swoich znajomych, że zrobiły to służby". Nigdy nikomu tego nie rozpowiadałem. Wiedziałem, choć to bolało, że muszę czekać. Ale to był sygnał dla mnie, że jeżeli cokolwiek powiem za wcześnie, to powiedzą, że buduję linię obrony, konstruuję teorie spiskowe, pieprzę jakieś bzdury, zwariowałem. W związku z tym milczałem.

Mówił pan, że oni dokładnie wiedzieli, gdzie „ukłuć", w co uderzyć. Na czym to polegało?

Dam przykład. Przychodzi SMS: „Nie chcę mieć tych filmików, wierzę w  Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie". Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z  ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo „Bóg".

Pierwsze „ukłucie" miało miejsce pod hotelem Marriott?

Nie wiem. Od razu chcę kategorycznie zaprzeczyć, że osoba, która do mnie podeszła 30 czerwca 2008 r., mogła sprawiać wrażenie kogoś, kto uprawia najstarszy zawód świata. A tak sugerowały media. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, że ta osoba pracowała w różnych instytucjach, była np. asystentką prezesa jakiejś spółki. Miałem odkręconą szybę w samochodzie, uśmiechnęła się, robiła wrażenie osoby bardzo sympatycznej. Rozmawialiśmy przez pewien czas. Umówiłem się z nią wieczorem.

Czyli nie było tak, że od razu wsiadła do samochodu?

Nie, przyjechała do mnie wieczorem. Dzisiaj wiem, że miała złe zamiary. Doskonale wiedziała, kim jestem, jednocześnie podała mi fałszywe nazwisko. Mówiła, że nazywa się Joanna Komola, w rzeczywistości to była Joanna D., która teraz zasiada na ławie oskarżonych.

A czy przez te ostatnie prawie trzy lata nie myślał pan: „Cholera jasna, gdybym wtedy z nią nie rozmawiał, a już na pewno, gdybym jej nie  zaprosił do domu, to tego całego piekła by nie było"?

Oczywiście, wielu rzeczy by nie było w moim życiu, gdybym czegoś nie  zrobił, gdybym nie był człowiekiem przesadnie ufnym. Żyjemy w wolnym kraju, podobno. Ja miałem zwyczaj jako adwokat czy parlamentarzysta zadawać czasami elementarne pytania, ja się wszystkiemu dziwiłem, ale to  była moja siła. I wydaje mi się, że to mi zjednywało sympatię ludzi. Proszę pamiętać, że ja nie drukując ani jednego plakatu w Warszawie, często nie wydając ani jednej ulotki, zdobywałem w wyborach prawie 600 tys. głosów. Ludzie mi ufali. Dlatego przez trzy miesiące nie  powiedziałem o tym incydencie nikomu z rodziny, nikomu z najbliższych przyjaciół, wybitnych prawników. Uważałem, mówiąc językiem młodzieżowym, że wdepnąłem w jakiś totalny obciach. Wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, żeby to samemu załatwić. Ponieważ jakiekolwiek instytucje to  jest mnóstwo dezinformacji, szum totalny, przekreślenie wszystkiego. Poza tym proszę pamiętać, że byłem i jestem członkiem wielu prestiżowych gremiów zarówno międzynarodowych, jak i polskich.

Jest ważne, żeby ludzie dowiedzieli się, jak było, bo nawet wypowiedzi moich przyjaciół wskazują, że tak nie jest.

Czyje wypowiedzi?

I Agnieszka Holland, z którą się przyjaźnię, i ojciec Maciej Zięba, którego znam od kilkudziesięciu lat, ludzie wspaniali, wypowiedzieli na  łamach „Wprost" kilka zdań, które nie dotykają stanu faktycznego w tej sprawie. Agnieszka powiedziała, że uległem szantażowi. W sensie prawnym nie uległem żadnemu szantażowi. Ale gdy pojawiła się pierwsza groźba karalna, a szantaż w kodeksie karnym nazywa się groźbą karalną, zawiadomiłem policję. Podkreślam, przy pierwszej próbie szantażu.

Ale jeśli słyszymy, że zapłacił pan za jakieś materiały o sobie, to  po ludzku patrząc, można pomyśleć, że uległ pan szantażowi. Nawet jeśli w sensie prawnym nie był to szantaż.

Za pierwszym razem nie był to szantaż, bo „życzliwi" panowie przyszli oddać mi nagranie i niczym nie grozili.

Nie miał pan wtedy poczucia, że faktycznie oni pana szantażują?

Może najpierw skupmy się na tym, że to była rzecz bez precedensu w moim życiu. Ja nawet w czasach PRL żyłem, w sensie wewnętrznym, jak człowiek wolny, zawsze mówiłem to, co dyktowało mi sumienie. Może to wynikało z  mojej naiwności, może dzisiaj bym już taki nie był. Może nie powinienem tego mówić, ale czasami czuję się gorzej w wolnym kraju.

Dlaczego gorzej?

Czuję jakieś stwardnienie rozsiane. Życzliwość jest towarem ekskluzywnym. Jest jakiś taki społeczny darwinizm. Najbardziej przykre jest to, że zwątpiłem w media. A myślę, że co nieco się przyczyniłem do  tego, żeby były wolne. Wielkie dziennikarstwo jest tam, gdzie przecinają się przenikliwość z życzliwością.

Wróćmy do początku tej sprawy. Pierwsze spotkanie z tą panią to jest czerwiec. A następne?

Jest drugie spotkanie tydzień później, które trwa może dwie godziny. To  nie ma żadnego znaczenia dla sprawy, ale żeby było jasne: nie było wtedy między nami niczego, za co kobiety wykonujące najstarszy zawód świata pobierają wynagrodzenie. Ta pani dostała ode mnie pieniądze na taksówkę do Otwocka, bo powiedziała, że straciła pracę. Po tym spotkaniu jest telefon o godzinie trzeciej w nocy. Joanna Komola żąda 1700 zł, bo  rozbiła samochód. Ten telefon może świadczyć o tym, że jest niezrównoważona. Przerywam rozmowę. Potem jest następny telefon, kolejny i kolejny, krzyki. Wyłączam telefon, koniec kontaktów. W połowie sierpnia zacząłem dostawać SMS-y. Ona pisze: „Chciałabym się spotkać, porozmawiać, moja córeczka właśnie dostała się do przedszkola" czy do  szkoły – już nie pamiętam w tej chwili. I popełniam największy być może błąd w moim życiu – umawiam się z nią się na 3 września po powrocie z  wakacji, na godzinę dziewiątą wieczorem.

W domu?

Nie. Gdzieś na mieście, mam po nią przyjechać. Na pół godziny przed ustalonym terminem telefon, że przyjechała jej przyjaciółka z Wrocławia. Zabieram obydwie...

I nie zadzwonił panu dzwonek, że coś tu jest nie tak?

Gdyby zadzwonił, to nie byłoby całej historii. Powinien zadzwonić. Przywożę panie, jedna z nich ma torbę. Nie dziwi mnie torba, bo Komola mówiła, że koleżanka przyjechała z Wrocławia i nie ma co z nią zrobić. Siadamy, otwieram wino, one bez przerwy gdzieś krążą, jedna do ubikacji wychodzi, wchodzi. Po półgodzinie zaczynam się, jak teraz to widzę, dziwnie zachowywać…

Dziwnie, to znaczy jak?

Przestaję kontrolować swoje zachowanie. Dzisiaj wiem z materiałów umorzonego śledztwa, że w czasie tych ośmiu tygodni oni przygotowywali całą akcję. Panowie, którzy rozmawiali z Komolą, kupili aparat fotograficzny. Nastąpił instruktaż. To był duży aparat. Jego wielkość jest ważna, ponieważ ja go przez kilka godzin nie zauważyłem. Wydawało mi się, że to trwało 45 minut, może godzinę. Dzisiaj wiem, że trwało od  godziny 21.30 do 2 w nocy. W torbie należącej do „wrocławianki" były wszystkie rekwizyty – damskie stroje, szminki, inne przedmioty. Te panie robiły ze mną, co chciały. Zrobiły kilka filmików.

Był pan był zdziwiony, kiedy zobaczył potem te filmiki?

Byłem w szoku, one robiły ze mną, co chciały. Przecież w normalnej sytuacji nigdy bym do tego nie dopuścił. Około godziny drugiej zacząłem odzyskiwać świadomość, zobaczyłem spory srebrny przedmiot w rękach Joanny Komoli, po czterech godzinach! I zacząłem pytać, co to jest. To  był aparat fotograficzny.

Ale w głowach wielu ludzi mogło się pojawić pytanie: może pan nie  rejestrował tego, co się działo, bo był pan pod wpływem narkotyków?

Specjaliści, którzy oglądali ten film, powiedzieli mi, że nie ma  narkotyków, które mogą doprowadzić do takiego stanu.

Ale z tego jeszcze nie wynika, że narkotyków nie było.

Mogę zapewnić, że nie zażywałem żadnych środków odurzających. Nie  potrafię określić, co spowodowało utratę świadomości.

Wątpliwości budziło to, co pan mówił o rozłupywaniu w moździerzu bodajże aspiryny…

Nie mogę o tym mówić, bo postępowanie w tej sprawie nie jest jeszcze zakończone.

Jedna z gazet napisała, że biegli stwierdzili na podstawie pana zachowania na filmie, że wciąganie proszku do nosa jest charakterystyczne dla zażywania narkotyków.

Do takiego stwierdzenia nie potrzeba biegłych. Nie posiadałem i nie brałem żadnych narkotyków. Kropka.

Dla ludzi, którzy chcą jakoś ocenić tamte zdarzenia, to są istotne pytania.

Ja to rozumiem. Wiele osób pisało do mnie: „Nadal bardzo pana szanujemy, może pan sobie robić w domu, co pan chce". Ale ja przecież zostałem w tę sytuację wmanipulowany, to zostało przygotowane. Pierwszy raz w życiu znalazłem się w sukience. Ludzie, którzy znają mnie dziesiątki lat, wiedzą, że tego rodzaju wzmocnienia są mi obce. W swoim życiu mieściłem się – być może nawet za intensywnie – w tzw. mainstreamie zachowań męsko-damskich. W samochodzie, który stał nieopodal mojego domu, czekało dwóch panów, którzy po zakończonej akcji zabrali paniom karty telefoniczne i je zniszczyli.

W „Rzeczpospolitej" ukazał się wywiad z jednym z tych panów, który mówił: „Pan Piesiewicz to wspaniały człowiek, może z nutką dewiacji, ale znałem gorszych dewiantów". Czytał pan to?

Tak, i to był jeden z medialnych elementów tej historii, które mną wstrząsnęły. Że oto przychodzi się do oprawców i rozmawia o moim morale, wiedząc doskonale, że nikomu nie wyrządziłem krzywdy, że to ja jestem ofiarą przestępstwa. I idzie się do ludzi, którzy opowiadają legendy. Na  przykład była legenda o sukience na poddaszu w moim domu. Tylko nikt nie  powiedział, że na poddaszu mieszkała moja córka i do dzisiaj w  szufladach są majtki, staniki, sukienki... Ale to dobrze brzmi i jest dobrze pomyślane w kontekście późniejszej publikacji filmiku. W  niektórych środowiskach nazywa się to „legendy", by odwrócić uwagę od  istoty rzeczy.

Kiedy rozmawialiśmy pierwszy raz, powiedział mi pan: „Na początku zapłaciłem za te filmiki, bo chciałem kupić swoją godność".

Nie kupić, a odkupić swoją godność. I proszę pamiętać, że moje myślenie prawne nie było chybione, ponieważ prokurator w stosunku do dwóch mężczyzn i dwóch kobiet umorzył śledztwo z braku znamion czynu przestępczego. Potraktował to jak cywilnoprawną transakcję. Co było przedmiotem tej transakcji? Odkupienie przeze mnie mojej godności.

Kiedy pan zapłacił za te filmiki, poczuł pan ulgę?

Nie, to była nadzieja. Ale wiedziałem, że jeżeli to kiedykolwiek wyjdzie, to zrobi się z tego gigantyczny szum i gigantyczny magiel, co  zresztą nastąpiło.

Nie miał pan potrzeby, żeby komuś o tym powiedzieć, najbliższej osobie?

Uznałem, że sam muszę sobie dać z tym radę.

Tych parę godzin, w czasie których powstały filmiki, to jest 2008 r., a potem sprawa wraca już w formie szantażu?

Nie, nie chcę jeszcze mówić, jak pojawia się pan, który mówi, że  chciałby mieć taki dom jak ja, że chce mi to oddać. Po jakimś czasie wzywa mnie prokuratura i informuje, że – w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach – u jakiegoś pana K. została wykopana płyta. Pytam: „Czy coś mi grozi?", „Nie, nic panu nie grozi". Prokurator sam pyta, czy ja chcę ścigania sprawców, odpowiadam, że chcę mieć spokój. Sprawa zostaje umorzona 15 kwietnia 2009 r. A kilka czy kilkanaście dni później zostaje wszczęte postępowanie wobec mojej osoby.

Dotyczące czego?

Posiadania niewielkiej ilości narkotyku oraz proponowania go tym paniom. Mówiąc krótko: proponowania, czyli prowokowania prowokatorów.

A kiedy pojawia się to, co pan już nazwał szantażem?

Jest coś, o czym mogę już dzisiaj mówić, bo nikt nie zarzuci, że  Piesiewicz w sposób sprytny wprowadza elementy służb do swojej obrony. Ale to jest dopiero pierwsza odsłona w mojej sprawie. O tej pierwszej odsłonie możemy mówić, bo 30 czerwca tego roku na lotnisku w Balicach zatrzymany został pan Krzysztof W. w związku z przemytem miliona paczek papierosów.

Znany panu?

Jak pan wie, bo o tym donosiły media, u Krzysztofa W. w domu znaleziono dwa worki z dokumentami na różne osoby z najwyższej półki życia publicznego. W czasie rewizji związanej z tą sprawą znaleziono broń. A  na pierwszej rozprawie dotyczącej aresztowania oświadczył, że jest pracownikiem służb specjalnych i – jak podały media – rozprawę utajniono. Otóż 27 października 2009 r., czyli dokładnie sześć miesięcy po umorzeniu śledztwa wobec sprawców prowokacji w moim domu, do mojego biura senatorskiego przychodzi Krzysztof W. Szeptem mówi do mojej sekretarki, że on nie jest ze służb, ale ma bardzo ważne informacje na  temat pana senatora, informacje, które ewentualnie można przykryć w  mediach innymi informacjami bardzo ważnymi, które on też posiada. Podaje swój numer telefonu i mówi, że mieszka w pokojach gościnnych przy katedrze polowej Wojska Polskiego. Sekretarka przybiega roztrzęsiona.

To mieszkanie przy katedrze polowej go w pana oczach uwiarygodniło?

Tak. Jestem bardzo ostrożny. W czasie 20 lat w parlamencie zetknąłem się z wieloma mitomanami. Dzwonię tam. Jadę pod katedrę polową Wojska Polskiego. Wychodzi pan Krzysztof W. Wsiada do mojego samochodu. I  zaczyna mówić tak: „Ja mam ogromną ilość materiałów", tu wymienia nazwiska...

...osób funkcjonujących wysoko w życiu publicznym?

Tak. Dobrze te osoby znam. Opowiada o nich różne historie. Na początku puszczam to mimo uszu, traktuję jak jakieś brednie. Na końcu on mówi: „Ale są filmiki z panem". Ja mówię: „No i co?". A on: „Ja to mogę zatrzymać". Mówię, że to jest przecież w prokuraturze. A on macha ręką: „A tam, w prokuraturze. Możemy to zatrzymać, ja mam kontakt z  dziennikarzami". Wydaje mi się dziwnym człowiekiem. Jest po  pięćdziesiątce., na moje stare adwokackie oko taka „szarość". To jest bardzo charakterystyczne dla osób z pewnych kręgów.

Służb?

Dla osób, które muszą być szare, żeby dobrze wykonywać swoje czynności. W pewnym momencie powołuje się na dwóch wysokiej rangi hierarchów kościelnych. Więcej, wyjmuje z torby gratulacje od nich, książki z  dedykacjami.

Jeśli to był kościół garnizonowy, to od razu nasuwa myśl, że jedną z  tych osób był arcybiskup Głódź?

Nigdy nie użyję żadnego nazwiska, mam taką zasadę. Ale powoływał się na  osoby, które mogły mu dodawać wiarygodności. Dawał do zrozumienia, że  moja sprawa jest dęta, że to wszystko było zrobione. Więc mówię: „Jak pan może, to niech pan zatrzyma, droga wolna". Dzwoni do mnie po  tygodniu, jest początek listopada. W pewnym momencie mówi, że ma za  chwilę spotkanie z pewnym młodym dziennikarzem z pisma o dużym nakładzie. Że jest w trakcie załatwiania i że wszystko będzie dobrze. W  końcu mówi, że ma sprawy o niepłacenie jakiś podatków, akcyzy na 800 tys. Po wielu miesiącach sobie uświadamiam, że to jest fantastyczna gra, żeby nie żądać 800 tys., tylko powiedzieć, że ma się kłopoty z 800 tys.

Czyli W. z prawnego punktu widzenia też pana nie szantażował?

Nie, mówił, że ma kłopoty, że potrzebuje porady prawnej w sprawie VAT. Prawdopodobnie takiej sprawy w ogóle nie było. Spotkaliśmy się znów pod  katedrą polową i on mówi, że niestety, z tym dziennikarzem nie może teraz tego załatwić, dopiero jutro rano. A ten pokoik gościnny mu wymówiono, bo kto inny przyjechał. Wiozę go do hotelu przy ulicy Stawki. Myślę, że on już czuje, że ja mu przestaję wierzyć. W tym momencie zapaliło mi się światło już naprawdę czerwone. A on dalej się uwiarygodnia. Mówi, że zna pewnego zacnego dziennikarza z prasy katolickiej. Ja tego dziennikarza znam bardzo dobrze – to osoba wiarygodna, spokojna. Dzwonię do niego i pytam, czy zna Krzysztofa W. „Oczywiście, poznałem go wiele lat temu przez pewnego księdza w  Bielsku-Białej". I mówi, że W. był u niego wczoraj, oferował jakieś informacje, powiedział, że go to nie interesuje. Więc znowu pan W. potwierdza swoją wiarygodność.

W trakcie tego spotkania dzwoni do mnie jakaś pani, przedstawia się jako Zosia i mówi, że ma ważny przedmiot dla  mnie, jakąś płytę. Ja już wiem, co się dzieje. Jestem roztrzęsiony, on na mnie patrzy i mówi: „Niech się pan nie denerwuje, panie senatorze, wszystko będzie dobrze". To spotkanie pan W. zakończył zdaniem, po  którym już wiedziałem, że to osoba nadzwyczaj podejrzana, z którą nie  chcę mieć nic wspólnego. To zdanie mnie zmroziło.

Jak brzmiało?

„Bo wie pan, panie senatorze, ja jestem absolutnie przeciwnikiem jakichkolwiek zabójstw, ale podrzucić zawsze komuś coś można".

I co dalej?

Umawiam się od razu z tą Zosią. Mówi: „Na Wszystkich Świętych byłam z  rodziną w Marysinie Wawerskim na cmentarzu. Mój jamnik poszedł do lasu i  wykopał plastikową torbę, w której była płyta z numerem pana telefonu, ale ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami".

I pan to kupuje?

Żeby to nie wiem jak brzmiało, to proszę pamiętać, że miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w trakcie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała. Na  to ona: „Jakieś 300 tys". „Pani chyba żartuje, ja w ogóle nie mam takich pieniędzy!". Ustalamy znaleźne, kilkudziesięciokrotnie niższe. Ona to  bierze. Następnego dnia telefon, i tu pojawia się w sensie karnym pierwszy szantaż: „Jak nie dasz nam"...

Kto dzwonił, W.?

SMS, W. nie ma, W. jest w jakimś tle „Jak nie dasz 200 tys., to już mamy umówionego redaktora". Następny SMS: „Natychmiast daj pieniądze, bo już jesteśmy poumawiani z dziennikarzami". Dopiero takie zachowanie, w  rozumieniu kodeksu karnego, jest przestępstwem.

Kiedy to było?

To jest listopad. Dzwonię do prokuratora 10 listopada. Prokurator jest niedysponowany. W piątek 12 listopada składam zawiadomienie o  popełnieniu przestępstwa. I od tego momentu ściśle współpracuję z  policjantami z Komendy Stołecznej Policji, którzy działali niezwykle sprawnie i profesjonalnie. Mieszkam poza domem, najbliższa rodzina wyjeżdża z Warszawy. Informuję policję, że kręci się koło mnie Krzysztof W., opowiadający dziwne historie. Zostaje on przesłuchany przez prokuratora.

Powiedział im pan wszystko?

Tak. Współpracują ze mną, żeby dokonać tego, co się nazywa wręczeniem pakietu kryminalnego. Cały czas SMS-uję z szantażystami, negocjuję cenę, wszystko konsultując z policją. Akcja odbywa się pod Rotundą w  Warszawie. Przestępcy zostają zatrzymani.

Czy wtedy ma pan poczucie, że jest szansa na opanowanie tej historii, czy biorąc pod uwagę rozmowy z W., zegar wciąż tyka?

Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, to był dla mnie totalny stres. Miałem świadomość, że idę w coś, co moją całą sprawę obnaży i wyleje, nie ma siły.

Bo albo jest proces i wszystko wypływa na sali sądowej, albo wcześniej jest przeciek i tak czy owak wszystko się wylewa.

Tak. Ale idę w to, trudno. Jeżdżę samochodem swoich przyjaciół. Ale  bywam normalnie w Senacie, jakby się nic nie działo. Jestem na  posiedzeniu komisji, kiedy dzwoni Krzysztof W., że jest ważna sprawa, jeszcze można wszystko zatrzymać. Umawiam się z nim, jak gdyby nigdy nic. On siedzi w samochodzie, ma teczkę. Mówi: „Mogę panu sprzedać tajny aneks do raportu z likwidacji WSI". Ja na to: „Takie rzeczy mnie nie  interesują". Koniec spotkania. Proszę pamiętać, że o istnieniu Krzysztofa W. poinformowałem organy ścigania.

Nie chciał pan spojrzeć, co to za papiery? Czy pana zdaniem to jest blagier?

Nie, mnie nie wolno takich rzeczy czytać. Jestem w coraz większym dole psychicznym. Mieszkam poza domem, nie mam kontaktu z najbliższą rodziną. Zwala się nagle na mnie lawina traumatycznych rzeczy. Już po zatrzymaniu sprawców wpływa wniosek o uchylenie mojego immunitetu. Jestem w szoku i  zrzekam się immunitetu. Kilkanaście dni później „Super Express" publikuje zdjęcia w internecie.

Czy pan wiedział wcześniej, że bomba jest odpalona?

Nie.

Jak się pan dowiedział?

Zadzwoniono, że to jest w internecie.

Poszedł pan do komputera, żeby obejrzeć?

Później obejrzałem.

Pierwsza myśl?

Panie redaktorze, ja nie miałem żadnych myśli, ja przez dwa tygodnie leżałem w ciemnym pokoju.

Nie myśli pan wtedy: „Jestem skończony"?

Mój przyjaciel, wybitny prawnik, mówi do mnie: „Człowieku, ty się nie  możesz zgodzić na uchylenie immunitetu. Musisz to wycofać. Już cię osądzono w internecie".

Bo?

Najpierw chcą osądzić ofiarę prowokacji, a potem przestępców, którzy dokonali prowokacji, to jest chore. Ich sprawa rozejdzie się po kościach.

Pamięta pan, co napisał „Super Express" po decyzji Senatu: kolesie bronią Piesiewicza. Kolesie, czyli senatorowie.

Jeżeli istnieje przyczyna, dla której powinien istnieć immunitet, a on istnieje setki lat, to tą przyczyną jest właśnie sprawa prowokacji.

Jak pan przeżył te pierwsze miesiące?

Od grudnia do marca nie oglądałem żadnych mediów. Dostawałem listy poparcia od najwspanialszych ludzi w tym kraju. A jeden z  najpiękniejszych momentów przeżyłem w lutym 2010 r., kiedy poszedłem do  sklepu kupić coś do jedzenia. Poszedłem w naciągniętej na głowę czapce narciarskiej.

Tak pan wtedy chodził cały czas?

Tak. Przechodził koło mnie jakiś czterdziestolatek i powiedział: „Panie senatorze, niech pan się trzyma, ludzie są z panem". To był ważny moment, wtedy ściągnąłem czapkę.

Pan zakładał czapkę, bo bał się reakcji ludzi?

Nie. To jest coś głębszego, to upokorzenie i skopanie. Ale „Pan Kiełbasa" z mojego bazarku powiedział do mnie tak: „Panie Piesiewicz, przecież wiadomo, że przebierają w sukienkę, żeby z kogoś małpę zrobić". Muszę powiedzieć, co zrobił wtedy abp Józef Życiński, człowiek wielkiej odwagi. W najmroczniejszym okresie tej afery prowadził korespondencję e-mailową z moją córką. Prosta rzecz, ale wielka. Pisał do niej cały czas. Takie rzeczy mnie rozkładają, a nie jacyś tam bandyci… (senator na  kilka chwil przerywa). Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś w takiej sytuacji jak ja, wziął kałacha i by ich po prostu rozpie...

Jak pan zareagował na słowa Donalda Tuska: „Nie wyobrażam sobie, by  Krzysztof Piesiewicz dalej pełnił funkcje publiczne, wydaje się, że tak czy inaczej jego kariera polityczna jest skończona".

Bardzo cenię Donalda Tuska. Jestem przekonany, że nie miał pełnej informacji. To się działo bardzo szybko, proszę pamiętać, że to był szok dla wszystkich.

Wiele osób uważa, że w tej sprawie zgrzeszył pan absolutną naiwnością i lekkomyślnością.

Mogę powiedzieć tak: jestem po prostu mężczyzną. Nasza rodzina się bardzo kocha. Mam bardzo bliskie kontakty z żoną. Jesteśmy w separacji od 10 lat. Bardzo mnie wspierała i pomogła w tym trudnym okresie. I  więcej nic nie powiem.

Byłem kiedyś na spotkaniu, na którym siedział ks. Tischner, rabin, jakiś profesor i ja. Ktoś powiedział do rabina: „Wy się ciągle na ten dekalog powołujecie, a pan rabin jest taki święty?". Rabin odpowiedział: „Przecież nigdy nie powiedziałem, że jestem aniołem. Jestem normalnym warszawiakiem chodzącym po warszawskim bruku, urodziłem się i wychowałem na gruzach Warszawy".

Czy jako senator nie sprzeniewierzył się pan złożonej przysiędze?

Składałem w życiu dwa bardzo ważne ślubowania: adwokackie, które wypełniłem, myślę, z naddatkiem, i senatorskie. Żadnego nigdy nie  naruszyłem. Sądząc po reakcjach ludzi, oni o tym wiedzą.

Czy będzie pan startował w wyborach?

Pytanie jest inne: czy można poddać się takiej podłości?

Jak pan odpowiada na to pytanie?

Decyzja o startowaniu wymaga ode mnie odwagi. Ale myślę, że to jest w  jakimś sensie konieczność.

Nie boi się pan ataków w czasie kampanii wyborczej?

Na żadne ataki nie będę odpowiadał. To wyborcy zdecydują. Ludzie doskonale wiedzą, pomimo tego incydentu, że ich nigdy nie zawiodłem. Doskonale wiedzą, że do mnie się nie przylepiają się żadne kombinacje, mętne interesy, dziwne spółki, tzw. układy.

Powiedział mi pan, że być może padł ofiarą czegoś na kształt nieznośnej lekkości bytu.

To pewnie moja największa wada. Być może to ta moja nieznośna lekkość bytu, ta kompletna niezawisłość, ale nie lekceważenie ludzi, nie zadarty nos, bo tego nigdy nie było.

Czego się pan dowiedział o życiu przez te trzy lata, czego nie  wiedział pan wcześniej?

Powinienem dostrzegać tę zawiść dookoła, darwinistyczną walkę o swoje, atrofię empatii. Zlekceważyłem to. Dzisiaj wiem więcej. Ale mówiąc szczerze, nie wiem, czy się zmienię.

Jeden bardzo zacny człowiek pytał mnie, czy będę kandydował. Ja mówię: „Chyba muszę". A on: „Przecież, ku…, oni cię zniszczą". Kto to są „oni"? Nikomu nie zrobiłem krzywdy, jestem uczciwym człowiekiem. W d… to mam.


Kalendarium wydarzeń

24 czerwca 2008 r. Joanna D. zaczepia Krzysztofa Piesiewicza w okolicy hotelu Marriott w Warszawie. Senator zaprasza ją do siebie. Kilka dni później dochodzi do kolejnego spotkania.

Przełom sierpnia i września 2008 r. Joanna D. opowiada o wszystkim dwóm znajomym: Janowi W. i Zbigniewowi S. Pierwszy to przedsiębiorca bankrut, drugi ma na koncie odsiadkę za gwałt i napad z bronią w ręku. Powstaje plan nakręcenia kompromitującego filmu z udziałem senatora.

4 września 2008 r. Joanna D. zjawia się u Piesiewicza z koleżanką. Kobiety nagrywają spotkanie – na filmikach widać senatora przebranego w sukienkę i wciągającego nosem biały proszek. Po wyjściu od Piesiewicza wsiadają do samochodu, w którym czekają Jan W. i Zbigniew S. Kilka dni później W. zgłasza się do Piesiewicza i proponuje odkupienie nagrania. Senator płaci 320 tys. zł.

18 września 2008 r. Piesiewicz spotyka się z Joanną D. na parkingu jednego z warszawskich McDonaldów. Za 35 tys. zł wykupuje kolejną płytę z filmem.

Październik 2008 r. Do senatora dzwoni kobieta podająca się za dziennikarkę. Proponuje kartę pamięciową aparatu, którym nagrano film, oraz płytę. Dostaje pieniądze.

17 listopada 2008 r. Senator płaci po raz czwarty. Na stacji benzynowej wręcza taksówkarzowi 20 tys. zł, w zamian dostaje laptop z nagraniem.

20 listopada 2008 r. Policja przeszukuje posesję Jana W. w podwarszawskich Markach. Wykopuje z ziemi płytę z filmem.

Kwiecień 2009 r. Piesiewicz rezygnuje ze ścigania osób, które domagały się od niego pieniędzy. Prokuratura umarza śledztwo.

Październik 2009 r. Joanna D. proponuje „Rzeczpospolitej" i Polsatowi News kupno filmu z senatorem. Koszt: 400 tys. zł. Dziennikarze odmawiają.

Listopad 2009 r. Ci sami ludzie wracają do Piesiewicza. Nieznajoma kobieta dzwoni i twierdzi, że ma płytę z filmem, którą wygrzebał z ziemi jej jamnik. Senator zgłasza się do prokuratury. Joanna D., Jan W. i Zbigniew S. wpadają w policyjną pułapkę, śledczy stawiają im zarzut szantażu. Kobieta oskarża Piesiewicza o posiadanie kokainy, prokuratura wszczyna w tej sprawie kolejne śledztwo i zapowiada postawienie politykowi zarzutów.

Grudzień 2009 r. Nagranie z udziałem Piesiewicza publikuje na stronie internetowej „Super Express".

Luty 2010 r. Senat nie zgadza się na uchylenie immunitetu Krzysztofowi Piesiewiczowi. Prokuratura umarza sprawę dotyczącą narkotyków.

29 września 2010 r. Po kilkumiesięcznych unikach podejrzanych rusza proces w sprawie szantażu. W chwili obecnej proces zbliża się do końca. MK

Okładka tygodnika WPROST: 29/2011
Więcej możesz przeczytać w 29/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 10
  • shanon IP
    to naprawdę wzruszające. kaczyńskiego prawie Pan Panie Lis zlinczował bo napisal jedno zdanie o kanclerz Merkel. A tu jakoś tylko szantaż a jaki Pan senator biedny... Dlaczego Pan go nie spyta czy to normalne zeby w przebraniu kobiecym wciągac sproszkowany lek przeciwbólowy wciągac nosem??? Jednocześnie głosować przeciw legalizacji miekkich narkotyków???
    Żenada. Po prostu żenada. To jedyne co mozna o tym wywiadzie powiedzieć.
    • kajtek IP
      Nie mogę patrzeć na tego kabotyna. Czy ktoś go zmuszał do wciągania koki i szlajania się z elementem ? Miech wstąpi do jakiegoś zakonu - tam też noszą sukienki. I niech się nie pcha na afisz.
      • bez-nazwy IP
        po co wsadzać go na okładkę?
        • leszek IP
          Czy ten /Nie zdziwilbymsie/ jest wulgarny czy nie,napisalem lzej ale moj zostal zakwalifikowany jako wulgarny,widac w najlepszym tygodniku jest jak w .....!
          • KERI IP
            Nawiązując do tytułu.
            Nie dasz rady. całego białego proszku jaki produkuje się na tym świecie nie jesteś w stanie zużyć. Mierz siły na zamiary.