Lwa Rywina życie po życiu

Lwa Rywina życie po życiu

Jeszcze dziewięć lat temu Lew Rywin brylował na salonach z politykami lewicy. Potem stał się bohaterem afery politycznej, która przyczyniła się do klęski lewicy. Dziś wielu dawnych znajomych nie chce pamiętać słynnego niegdyś producenta filmowego. On sam ucieka przed światem.
Lew Rywin odbiera telefon już po jednym sygnale, ale szybko przerywa pytania: – Nie udzielam żadnych wywiadów. Dopóki prasa się nie zmieni, nie chcę mieć z nią do czynienia. Wielu dziennikarzy obiecywało mi bezstronność, a potem pisali, co chcieli. Proszę się mną nie  interesować. To jest moje prywatne życie i nikomu nic do tego – ucina.

Zaszył się w swoim domu na Mazurach i spędza całe dnie na jeziorze Bełdany, łowiąc ryby. Ryby – twierdzą znajomi – to oprócz tenisa, który kiedyś namiętnie uprawiał, jego prawdziwa życiowa pasja. W dawnych, dobrych czasach potrafił godzinami opowiadać o wyprawach na tuńczyka na  Bermudach czy do Skandynawii. A swoje zdobycze – co zawsze z dumą podkreślał – sam smaży albo marynuje w occie.

Dziś grono tych, którzy mogliby słuchać tych opowieści, znacznie się przerzedziło. Przy Lwie Rywinie pozostała tylko rodzina – żona, syn i synowa – oraz garstka znajomych, głównie z branży filmowej. Politycy lewicy, z którymi niespełna dekadę temu popijał drogie koniaki i palił kubańskie cygara, gdzieś się rozpierzchli. I zapewniają, że nie wiedzą, co się z nim dzieje. 

Niegdysiejsza „lwica lewicy", wiceminister kultury w rządzie premiera Millera Aleksandra Jakubowska, śmieje się serdecznie. – Nie mam pojęcia. Nigdy się z panem Rywinem nie znaliśmy – mówi. Jakubowska została w zeszły wtorek skazana na osiem miesięcy więzienia w  zawieszeniu na dwa lata za to, że wiosną 2002 r. wprowadziła bezprawne zmiany do rządowego projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i  telewizji. Chodziło o wykreślenie z projektu ustawy słynnej już frazy: „lub czasopisma”, co powodowało, że wydawcy dzienników nie mogli kupić ogólnopolskiej telewizji, podczas gdy wydawcy czasopism – tak. Proces Jakubowskiej miał związek z aferą Rywina.

Przychodzi Rywin

 Największa afera polityczna III RP wybucha pod koniec grudnia 2002 r. Trwają jeszcze prace nad ustawą medialną, gdy „Gazeta Wyborcza" publikuje tekst „Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika”. Opisuje rozmowę producenta filmowego Lwa Rywina z naczelnym „Gazety” Adamem Michnikiem. Rywin miał mu zaproponować, że w zamian za 17,5 mln dol., jakie Agora wpłaci do jego firmy producenckiej Heritage Films, w  nowelizowanej ustawie nie pojawi się zapis, który mógłby Agorze utrudnić lub uniemożliwić zakup ogólnopolskiej telewizji. Wiadomo było, że Agora jest poważnie zainteresowana inwestycją w Polsat. Rywin twierdził, że  jest wysłannikiem „grupy trzymającej władzę”. Michnik nagrywa tę  rozmowę, a jej zapis (choć niepełny) publikuje w „Gazecie”.

Od tej chwili wszyscy zadają sobie pytanie: kto stał za Lwem Rywinem? W  styczniu 2003 r. Prokuratura Apelacyjna w Warszawie wszczyna śledztwo w  sprawie płatnej protekcji, a Sejm powołuje komisję śledczą do zbadania afery Rywina. Półtora roku później, w maju 2004 r., Sejm przyjmuje raport autorstwa Zbigniewa Ziobry, z którego wynika, że „grupę trzymającą władzę" tworzyli prominentni politycy lewicy: premier Leszek Miller, prezes TVP Robert Kwiatkowski, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierz Czarzasty, wiceminister kultury Aleksandra Jakubowska oraz szef gabinetu politycznego premiera Lech Nikolski.

Prokuratura umarza jednak śledztwo, bo nie znalazła dowodów, że politycy lewicy byli rzeczywiście zamieszani w aferę. Konsekwencje afery poniósł tylko Lew Rywin, który został skazany na dwa lata więzienia oraz 100 tys. zł grzywny za pomoc w płatnej protekcji „niezidentyfikowanym z  imienia i nazwiska osobom".

Król salonów

Z więzienia producent filmowy wyszedł przed terminem (ze względu na  dobre sprawowanie i zły stan zdrowia), ale już nigdy nie wrócił na  warszawskie salony, gdzie wcześniej tak chętnie brylował. Zawsze z  cygarem lub fajką w ręku, w jedwabnym szalu owiniętym wokół szyi. Zawsze w centrum uwagi, jowialny i sypiący żartami.

– Był znany z poczucia humoru. Gdy trwały rozmowy na temat realizacji „Pianisty", potrafił tak skomentować kolację z Romanem Polańskim: „Kaczkę zjadł, litr wina wypił. Łatwiej go ubrać, niż wyżywić” – wspomina Janusz Basałaj, redaktor naczelny telewizji Orange Sport.

– Ciągnęła się za nim sława człowieka o  szerokich kontaktach, w czym wydatnie pomógł mu wieloletni pobyt w  Stanach Zjednoczonych – dodaje Jan Dworak, szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

– Rywin dawał do zrozumienia, że jest w świetnych relacjach z ludźmi lewicy: z Kwiatkowskim, Millerem i Kwaśniewskim. Zwłaszcza z  Kwaśniewskim, o którym mówił „kierownik". Rywin nigdy nie ukrywał tych kontaktów, zwłaszcza że francuskiemu szefostwu Canal+, w którym Rywin miał udziały, podobało się, że jego akcje w dużym i małym pałacu, czyli u prezydenta i premiera, stoją wysoko – mówi człowiek z branży medialnej, który prosi, by nie podawać jego nazwiska.

On sam zapamiętał jedno zdarzenie: – Przed zwycięską dla SLD kampanią wyborczą w 2001 r. Leszek Miller przechodził w studiu Canal+ tajne szkolenie medialne. Uczono go, jak ma odpowiadać na trudne pytania dziennikarzy. Lew Rywin siedział w tym czasie w reżyserce. Szkolenie musiało być organizowane po  znajomości, bo wątpię, by SLD za to płaciło z partyjnej kasy.

Dziś były premier bagatelizuje tę informację, podkreślając, że do wizyt w Canal+ przyznał się już przed komisją śledczą. – Chcieli o mnie nakręcić film, szkolenie medialne było niejako przy okazji. Film ostatecznie nie  powstał – mówi. I podkreśla: – Nie znałem Lwa Rywina prywatnie. Byłem na  dwóch pokazach „Pianisty", czy to jest znajomość?

– Ostatni raz spotkałem się z nim na urodzinach prezydenta Kwaśniewskiego w 2002 r. Potem już tylko w sądzie: on na ławie oskarżonych, ja jako świadek. I  jeszcze raz mignął mi gdzieś w galerii handlowej. Tyle – mówi niechętnie Robert Kwiatkowski, prezes TVP za rządów SLD.

Włodzimierz Czarzasty, teraz szef Stowarzyszenia Ordynacka: – Ani nie miałem z nim bliskich kontaktów przed wymyśloną przez „Gazetę Wyborczą" aferą Rywina, ani po  niej. Bo ja go nie znam. I prawdę powiedziawszy, jego los mnie nie  interesuje.

– Znowu ten humbug – irytuje się Lech Nikolski, były poseł SLD i szef gabinetu politycznego premiera Millera. – Nie wypowiadam się na ten temat.

Naleśniki z serem

Ogromny dom Lwa Rywina w podwarszawskim Konstancinie straszy ciemnymi oknami. Nad gankiem świeci samotna lampa, a zawieszona nad bramą wjazdową kamera bacznie lustruje okolicę. Inne, stojące przy tej samej ulicy luksusowe rezydencje też sprawiają wrażenie wymarłych.

– Ostatni raz widziałem pana Rywina kilka miesięcy temu, w aptece. Bardzo się postarzał. Wcześniej był energicznym człowiekiem, teraz jest powłóczącym nogami starszym panem – mówi właściciel pobliskiego baru. W czasach przed aferą producent dość często tu przychodził. – Zawsze brał naleśniki z serem. Chyba mu bardzo smakowały, bo prawie wylizywał talerzyk – mężczyzna uśmiecha się z zadowoleniem.

Jerzy Urban, który też ma willę w Konstancinie, od czasu afery widział Lwa Rywina tylko raz, i  to z daleka, na przyjęciu u znajomych. Nie podszedł do niego. – Zostałem zaliczony do jego wrogów, bo przed komisją śledczą zeznawałem przeciwko niemu. Powiedziałem, że Rywin mówił mi, że do Agory wysłał go Robert Kwiatkowski. Lew uznał to za zdradę i zerwał ze mną kontakty – mówi. Urban żałuje tej znajomości, bo bardzo producenta lubił. – To był inteligentny, błyskotliwy człowiek, dusza towarzystwa – wzdycha.

Rywin nie utrzymuje prawie kontaktów ze środowiskiem filmowym. Pytanie o niego wzbudza konsternację. – Zupełnie się tym nie interesuję. Jestem na  planie filmu, żyję w innym świecie, nie mam głowy – mówi Allan Starski, znany scenograf. Był jedną ze 145 osób, które w styczniu 2003 r., zaraz po wybuchu afery, podpisały się pod listem otwartym w obronie Lwa Rywina.

– Nie mam zielonego pojęcia, co się z nim dzieje – twierdzi Marek Kondrat, aktor i importer win. – Ostatni raz widziałem się z nim grubo przed komisją. Nawet nie wiem, czy ktoś ze środowiska filmowego ma  z nim kontakt. On chyba zresztą niczego teraz nie robi, prawda?

Reżyser Jacek Bromski: – Nie wiem. Wojtek, a ty wiesz? Bo ja tu z Wojtkiem Marczewskim siedzę... Nie, on też nie wie. Ale to nie jest tak, że  środowisko się od niego odsunęło, może w pewnym momencie tak było, ale  teraz to raczej on sam się nie pokazuje. Zaszył się gdzieś tam u siebie na Mazurach, jego sprawa.

Kryjówka w lesie

 Do mazurskiej kryjówki Lwa Rywina nad pięknym jeziorem Bełdany trudno trafić. Pracownicy Urzędu Gminy w Rucianem- -Nidzie ostrzegają: „tam nie  ma żadnej drogi publicznej, nawet las jest własnością prywatną". Jedyna wskazówka to drewniana kapliczna z wygrawerowanym napisem „Pan Tadeusz”, pochodząca z planu filmu Andrzeja Wajdy. Kilkaset metrów dalej jest wreszcie maleńka osada Kamień: pensjonat i pięć niepozornych domków. Jeden z nich należy do Romana Kluski, byłego właściciela spółki Optimus, niesłusznie oskarżonego o wyłudzenie podatku VAT. W pobliżu jest jeszcze pensjonat, domki kempingowe i maleńki port.

Mieszkańcy Kamienia nie  lubią sławnego sąsiada. – Ląduje tu helikopterem i to jest nieprzyjemne. Cała wieś musi przez godzinę słuchać tego warkotu, bo helikopter nie ma  zamiaru odlatywać. Gdyby to jego spotkało, to pewnie bardzo by  protestował. Ale on się zachowuje tak, jakby normy współżycia społecznego go nie dotyczyły – narzeka jeden z nich.

Przyznaje, że teraz i tak jest lepiej. – Kiedy był jeszcze słynnym producentem filmowym, często przyjeżdżali do niego goście. Organizował dla nich głośne imprezy, z petardami. Teraz gości jest zdecydowanie mniej, więc skończyło się nocne trąbienie przed bramą, które uprzykrzało nam życie.

– Nie znam go osobiście, ale ludzie tu mówią, że to gburowaty człowiek –  dodaje inny mieszkaniec wioski.

Lwa Rywina nie ma w domu, bo jak zwykle wypłynął na ryby, ale do furtki podchodzi jego żona. Elżbieta Rywin początkowo nie chce słyszeć o rozmowie, ale w końcu daje się namówić. Nie wpuszcza jednak na zadbane podwórko, stoi twardo po  drugiej stronie płotu.

– To była największa afera w dziejach Polski? Jaka afera? Mąż naopowiadał Michnikowi jakichś głupot, trochę blefował, a poza tym był na rauszu. I przecież znał premiera Millera osobiście. Po  co miałby składać korupcyjną ofertę w taki sposób? – pyta łamiącym się głosem.

A potem ze łzami w oczach wylewa potoki skarg: nerwy ma w  strzępach i gdyby nie syn i mąż, skończyłaby chyba jak Blida. Tak, gdyby miała broń, użyłaby jej. Życie wcale nie jest najważniejsze. Na razie stara się jak może chronić męża. To ona odbiera telefony, otwiera listy i podchodzi do furtki, gdy ktoś dzwoni.

Lwa Rywina chroni też syn Marcin. „Obecnie nie udzielamy żadnych informacji na temat aktywności mojego Ojca" – pisze w mailu. Dla ojca Rywin junior jest gotowy nawet popaść w kłopoty. W 2009 r. razem z nim trafia do aresztu pod zarzutem, że zdobył fałszywe zaświadczenia lekarskie, by Rywin senior nie musiał wracać do więzienia. Obaj zostają oskarżeni o korupcję i fałszowanie dokumentacji medycznej. Wyrok w tej sprawie ma zapaść wkrótce.

Ten świat nie istnieje

 Konrad Szołajski, reżyser i scenarzysta, zna Lwa Rywina od początku lat 90., kiedy ten był wiceprezesem TVP. – Trudno mówić o przyjaźni, bo  Rywin stał znacznie wyżej w filmowej hierarchii. Teraz, po latach, tak wyszło, że mieszkamy niedaleko od siebie. Kiedy montowałem ostatnio nowy film, to mu go pokazałem. Rywin ma duże doświadczenie zawodowe i potrafi formułować sensowne uwagi – mówi.

Szołajski zaznacza, że o Rywinie może mówić raczej dobre rzeczy. – Był jednym z nielicznych znanych mi w  środowisku filmowym ludzi, którzy mogli wiele i starali się pomóc innym. I sporo osób z tej pomocy korzystało. Mnie pomógł przy debiucie w 1992 r. – tak skutecznie pośredniczył między mną a Wajdą, że mimo problemów mogłem nakręcić pierwszy kinowy film. Takich rzeczy się nie zapomina.

Dawny współpracownik Rywina Feliks Pastusiak wspomina go jako świetnego menedżera i dobrego szefa. – Praca z nim wiele mnie nauczyła. Swoich pracowników traktował po partnersku – mówi.

Na pytanie, jakim człowiekiem był Rywin, Pastusiak opowiada historię: – Mieliśmy młodego artystę, który zagrał sierotę w rumuńskim sierocińcu. Chłopiec pochodził z bardzo biednej rodziny mieszkającej pod Warszawą. Wkrótce po  zakończeniu zdjęć dostaliśmy informację, że spłonął jego dom. Lew Rywin natychmiast zorganizował dla tej rodziny pomoc. Takich sytuacji było sporo.

Feliks Pastusiak nie potrafi powiedzieć, z czego Lew Rywin się teraz utrzymuje. – Nie mam pojęcia. Ale wedle mojej wiedzy jego firma Heritage Films nadal istnieje. Odbiera tantiemy za filmy, które wyprodukowała – mówi.

A tych jest sporo: już w latach 90. Rywin jest współproducentem „Listy Schindlera" Stevena Spielberga. Na koncie ma  również takie tytuły, jak: „Pierścionek z orłem w koronie” Andrzeja Wajdy, „Uprowadzenie Agaty” Marka Piwowskiego, „Wiedźmin”Marka Brodzkiego czy „Pan Tadeusz” Wajdy. Pod koniec lat 90. Heritage Films wyprodukował również hitowy „13. posterunek” – pierwszy polski sitcom, a  w 2002 r. Rywin był producentem wykonawczym obsypanego Oscarami „Pianisty” Romana Polańskiego. W sprawozdaniu finansowym za 2009 r. spółka deklarowała, że planuje „nowe przedsięwzięcia w branży filmowej”.

Konrad Szołajski: – Kiedy widziałem Rywina w zeszłym roku, sprawiał wrażenie człowieka bardzo zmęczonego. Ale gdzieś tak od wiosny coś się zmieniło. Wydał się ożywiony, energiczny. Mówił o planach na przyszłość. Nie wiem, czy mu się uda, bo u nas w ogóle jest z tym trudno, a wokół jest wiele osób niezbyt życzliwych Rywinowi. Życzę mu, żeby zła passa się odwróciła. On już poniósł karę za to, co zrobił lub nie – mimo wyroku nie jest przecież do końca jasne, na czym polegała słynna „afera".

Feliks Pastusiak jest sceptyczny: – Myślę, że nie wróci do  branży. Producent filmowy to rodzaj zawodu zaufania publicznego: zarządza powierzonymi mu pieniędzmi, jest przedsiębiorcą i menedżerem, który gwarantuje, że film będzie miał odpowiednią jakość i przyniesie zyski. Podczas naszego ostatniego spotkania kilka miesięcy temu Lew Rywin powiedział, że porzucił myśli o projekcie filmowym, który zamierzał zrealizować. To było dosyć smutne.

Sam Lew Rywin nie chce rozmawiać o planach na przyszłość. O niczym nie chce rozmawiać. Zanim odłoży słuchawkę, rzuca tylko: – Dla mnie ten świat nie istnieje.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2011
Więcej możesz przeczytać w 30/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  • teresawierzbicka3@o2.pl IP
    I bardzo dobrze, że p.Rywin teraz ma czas wypocząć. Przekonał się jaki świat jest podły!! Niepotrzebni mu tacy przyjaciele, którzy odchodzą gdy jest potrzebie.Ci wszyscy celebryci to świat interesowności i podłości nie są lepsi niż p. Rywin, któremu się powinęła noga i został skazany dla przykładu. Tu w naszym kraju tak właśnie wygląda rzeczywistość. Jak nie masz znajomości lub układu względnie nie posmarujesz to jesteś nikim! Szkoda tylko człowieka uzdolnionego pond przeciętność.
    Drogi Panie Lwie - gdyby Pan chciał pogadać - jestem do dyspozycji. pozdrawiam Teresa Wierzbicka
    • t#li IP
      Prawdziwych przyjaciół .....
      A jednak dużo jest zwykłych ludzi , co pamiętają , pozdrawiam