Emocje, emocje, emocje

Emocje, emocje, emocje

Gwiazdy tańczą i cierpią. A przy okazji nawiązują romanse, czasem nawet zakładają rodziny. Tak wyglądają kulisy „Tańca z gwiazdami”. Właśnie trwają przygotowania do kolejnej edycji programu – mocno odmienionej.
Napięcie rosło już od kilku tygodni. Bulwarówki sprawiały wrażenie, jakby ustalenie nazwisk uczestników nowej edycji „Tańca z gwiazdami" było sprawą wagi państwowej. Na liście pojawiały się tak nieprawdopodobne postacie jak bokser Mike Tyson i top modelka Joanna Krupa. Szybko okazało się, że udział Tysona to plotka, a Krupa owszem, będzie, tyle że nie Dżoana, ale jej siostra Marta. A do tego m.in. –  donosił „Super Express” – piersi dziennikarki Anny Wendzikowskiej, aktorka Kasia Zielińska, zrehabilitowana Weronika Marczuk i finalista „X Factor” Michał Szpak, który – uwaga! – zatańczy z kobietą! – W życiu bym nie uwierzył, że będziemy robić 13. serię – mówi dyrektor programowy TVN Edward Miszczak. Nadawana rok temu 12. edycja miała być ostatnią, ale – dodaje Miszczak – dlaczego mamy zabierać widzom ich ulubiony program?
– Chcieliśmy wpuścić do niego trochę świeżej krwi. Nie mogliśmy zmieniać formuły programu, bo jest na licencji. Nie chcieliśmy też zmieniać scenografii, bo widzowie się do niej przyzwyczaili. Wyjście było jedno: zmienić skład jury i prowadzącą – tłumaczy producentka Agnieszka Koniecka. Dlatego od września gospodynią show zamiast Katarzyny Skrzyneckiej będzie piosenkarka i tancerka Natasza Urbańska, a w jury zasiądzie jej mąż Janusz Józefowicz, choreograf i reżyser słynący z  ciętego języka i wybuchowego charakteru. Znikną natomiast Zbigniew Wodecki i Beata Tyszkiewicz. Do Iwony Pavlović i Piotra Galińskiego, profesjonalnych tancerzy, przed których surowymi sądami drżeli uczestnicy „TzG", dołączy aktorka Jolanta Fraszyńska, która będzie grać rolę jedynego „dobrego policjanta”. – W tym sezonie producenci idą na  spięcie. Widać, że kończą z wizerunkiem potulnego widowiska i zmierzają w kierunku bardziej agresywnego show – twierdzi menedżer znanej artystki.

Krew, pot i łzy

Historia polskiej wersji „TzG" zaczyna się w grudniu 2004 r. – W czasie firmowej Wigilii podszedł do mnie Edward Miszczak i poprosił, bym wpadł do jego gabinetu. Tam wręczył mi kasetę z nagraniem oryginalnej brytyjskiej wersji „TzG”, mówiąc, żebym się zastanowił, czy można zrobić coś takiego w Polsce – wspomina reżyser programu Wojciech Iwański.

Kasetę obejrzał z wypiekami na twarzy. Zafascynowała go dramaturgia programu: przemiana gwiazd, które nie miały wcześniej do czynienia z  tańcem towarzyskim, w niemal profesjonalnych tancerzy. – Wtedy nie było w naszym kraju żadnego programu o tańcu, więc pomyślałem, że mamy szansę zrobić coś zupełnie nowego – twierdzi.

Prace nad polską wersją „Strictly Come Dancing" ruszyły w ekspresowym tempie. Zaraz po castingach na  tancerzy przyszła kolej na negocjacje z gwiazdami. – Trzeba było je  przekonać, by zechciały poświęcić kilka miesięcy życia na przygotowania do programu, o którym nie mają pojęcia. Musieliśmy mieć pewność, że będą na tyle zdeterminowane, by pracować pięć, sześć godzin dziennie, i nie odejdą w połowie – opowiada reżyser.

Ostatecznie udało się ściągnąć nie  tyle gwiazdy, ile raczej gwiazdki, m.in.: Andrzeja Nejmana, Agnieszkę Włodarczyk, Katarzynę Skrzynecką, Witolda Paszta – lidera popularnej niegdyś grupy VOX – oraz prezenterów TVN Oliviera Janiaka i Klaudię Carlos. Wszyscy w ciągu kilku tygodni musieli się nauczyć kroków samby, cza-czy, rumby, paso doble, jive’a oraz walca (angielskiego i  wiedeńskiego), tanga, fokstrota i quickstepa.

Gdy produkcyjna machina ruszyła, do dawnej lakierni fabryki traktorów w Ursusie, gdzie kręcono show, przyjechał producent z BBC Robin Meltzer, by ocenić prace. –  Zobaczył tylko próby i usatysfakcjonowany dał sobie spokój z nadzorem. Chodził potem z kamerką, mówiąc, że takie hale to chyba tylko w Korei Północnej można zobaczyć – wspomina Miszczak.

Z powodu śmierci papieża Jana Pawła II program wystartował z dwutygodniowym opóźnieniem: 16 kwietnia 2005 r. I od tej pory w kolejne niedziele przed telewizorami nastawionymi na TVN o godzinie 20.00 zasiadało średnio 3,2 mln widzów. A  to był dopiero początek: w najlepszym okresie „TzG" śledziło nawet 7 mln osób! Polacy błyskawicznie podzielili się na tych, którzy zachwycali się pełnym blichtru, cekinów i piór światem tańca towarzyskiego, i na tych, którzy uważali, że to estetyka rodem z jarmarku. Tych drugich było mniej.

– Siła „TzG" polega na tym, że niczego nie da się udawać. Trzeba ciężko pracować, by osiągnąć efekt. Ci, którzy próbowali się jakoś prześlizgnąć, szybko odpadali. A Polacy, chyba po raz pierwszy w  historii, mogli wspierać pracowitość. Nagradzali tych, którzy potrafili pokonać ból, stres i zmęczenie – tłumaczy Wojciech Iwański.

W pierwszej edycji widzowie nagrodzili Oliviera Janiaka. – Olivier to był fenomen: z  faceta, który na początku był potwornie spięty i sztywny, na naszych oczach przeobraził się w tancerza. Gryzł parkiet i tańczył – wspomina reżyser show.

Te mordercze treningi to nieodłączny element legendy „TzG". Zaczynały się już w poniedziałek, dzień po „lajfie”. Najbardziej ambitni uczestnicy tańczyli nawet po kilkanaście godzin dziennie. Przez cały tydzień, aż do niedzielnego finału. Zaraz po nim losowano taniec na  następny tydzień i ćwiczenia zaczynały się od nowa.

Występująca w  trzeciej edycji programu Aleksandra Kwaśniewska wspomina to tak: – To  była orka na ugorze. Co tydzień czułam się tak, jakbym zdawała maturę. Żartowaliśmy nawet, że TVN powinien nam zapewnić psychoanalityka albo psychotropy, bo ledwo wytrzymywaliśmy to ciśnienie – mówi. Córka byłego prezydenta już na początku złamała sobie żebra, podobnie jak dwie inne uczestniczki programu. W historii programu kontuzji było więcej. Piosenkarz Jacek Stachursky odszedł już po pierwszym odcinku, bo skręcił sobie kostkę, tańcząc walca angielskiego. Z kolei aktorka Weronika Książkiewicz poddała się z powodu problemów z kręgosłupem.

Zwycięzcę piątej edycji Krzysztofa Tyńca w czasie przygotowań do występu dręczyły koszmarne sny. – O ile w ogóle byłem w stanie zasnąć, śniło mi się, że  plączę dwa tańce: orkiestra gra tango, a ja wykonuję rumbę. To był potworny stres – śmieje się aktor.

Romanse i skandale

Reżyser Wojciech Iwański podkreśla, że w pracy przyświeca mu hasło: emocje, emocje, emocje. – I poza emocjami niewiele mnie w telewizji interesuje – tłumaczy.

W „Tańcu z gwiazdami" emocji nie brakowało. –  Gwiazdy płaczą, przeżywają klęski, cieszą się z sukcesów, a widownia to  czuje – mówi Dorota Williams, która projektowała stroje uczestników wszystkich edycji. W sumie ponad tysiąc, bo osobne kostiumy szyte są do  każdego tańca.

Szczególnie gorąco było w drugiej edycji programu, gdy niemal na oczach widzów rozpoczął się romans Małgorzaty Foremniak z  przystojnym, acz sporo młodszym tancerzem Rafałem Maserakiem. Tabloidy potępiały ten „grzeszny" związek, bo aktorka była mężatką. O wiele bardziej przychylne były dla Kasi Cichopek i jej partnera Marcina Hakiela, których uczucie zakwitło również podczas „TzG”. To oni wygrali program, dając tym razem bulwarówkom powód do spekulacji, że ich związek na parkiecie był PR-ową sztuczką TVN. Zwycięska para zadała temu kłam, biorąc ślub.

Wspólne pląsy połączyły też Piotra Gąsowskiego i Annę Głogowską oraz parę innych osób. Pracownicy TVN śmieją się nawet, że  „TzG" wspomaga przyrost naturalny w Polsce, bo dzięki niemu na świat przyszła już spora gromadka dzieci. Potomka doczekali się m.in. główny choreograf Agustin Egurrola i tancerka Nina Tyrka, a także Łukasz Czarnecki i wenezuelska modelka o polskich korzeniach Francys Sudnicka.

Równie ekscytujące były domniemane konflikty jurorów. Polacy przed telewizorami wstrzymywali oddech, gdy Iwona Pavlović, nazywana Czarną Mambą, podważała oceny dobrotliwej Beaty Tyszkiewicz. Ta zaś nie  pozostawała jej dłużna. Czasem szło na noże, jak wtedy, kiedy pierwsza dama polskiego filmu oświadczyła kruczowłosej koleżance, że „ma fatalne działanie psychosomatyczne, co kończy się zawałem".

Producentka Agnieszka Koniecka zaprzecza jednak, jakoby ich starcia były reżyserowane. – Gdy Iwona wypowiadała kategorycznym tonem opinię, w pani Beacie budził się diabeł i odbijała piłeczkę. My tylko mówiliśmy im: patrzcie, co się dzieje, i reagujcie.

Sama Beata Tyszkiewicz zapewnia, że żadnego konfliktu nie było. – Gdy Iwonka krytykowała kogoś za brak „ramy" czy „przeprostów”, ja dawałam mu wysokie noty, tak dla równowagi. Ale zawsze konsultowałam z nią co ostrzejsze riposty – mówi aktorka.

Zwrot „trzymać ramę", który w tańcu oznacza odpowiednie ułożenie rąk i  ciała, wszedł zresztą na stałe do polszczyzny i znaczy teraz tyle, co  „trzymać fason”.

Klątwa czerwonej sukienki

Nadawany na żywo „TzG" obfitował w nieprzewidziane wydarzenia. Małgorzacie Foremniak z mocno wydekoltowanej sukni wymknęła się pierś, a  Anetę Kręglicką fotoreporter uchwycił w niezwykle szerokim rozkroku. Publiczność w studiu i przed telewizorami szalała wtedy z radości.

Z kolei aktor Przemysław Cypryański, który wystąpił w czwartej edycji, wspomina, jak jeden z pracowników technicznych został cichym bohaterem programu. – W czasie przerwy wysiadły reflektory. Na scenę wjechał spec na drabinie, ale nie zdążył z niej zejść przed powrotem na wizję. Drabina odjechała, a on wisiał na górze, ręcznie sterując światłem, do  czasu aż prowadzący odczytali wyniki. Dopiero gdy reżyser dał znak, że  kamery wyłączono, spec mógł wrócić na ziemię.

Program doczekał się też własnych legend. Dorota Williams opowiada anegdotę o „klątwie czerwonej sukienki". – Z odcinka na odcinek odpadały panie w czerwonych strojach, aż w końcu uczestnicy utwierdzili się w przekonaniu, że czerwień przynosi pecha. Klątwę przełamała dopiero Kinga Rusin, wygrywając program.

Stylistka TVN nie chce zdradzić, która gwiazda najbardziej grymasiła. Wspomina za to, że premier Donald Tusk pewnego dnia zjawił się na próbie córki, by sprawdzić, czy Kasia nie ma przypadkiem zbyt krótkiej sukienki. Z kolei Mariuszowi Pudzianowskiemu każdy kostium trzeba było szyć podwójnie: na próbach zazwyczaj pękały w szwach i  traciły guziki.

Zaangażowanie zwalistego siłacza do „TzG" było prawdziwą sensacją. – Trudno było uwierzyć, że facet o takiej sile będzie w stanie podskakiwać na paluszkach i wyczyniać różne rzeczy – opowiada Iwański.

Zaskoczeniem był też dla niego satyryk Rafał Bryndal. – Utwierdził nas w  przekonaniu, że nasi bohaterowie nie muszą być doskonali, wystarczy, że  mają na przykład poczucie humoru i wtedy publiczność ich kupuje.

Publiczność nie kupiła natomiast perfekcyjnie tańczącej Justyny Steczkowskiej ani przystojnego Tomasza Kammela, który odpadł z show już w jednym z pierwszych odcinków. – W „TzG" dobrze wypadają ci, którzy zachowują się naturalnie. To program dla ludzi prawdziwych, którzy nie  grają przed kamerą. Jedyna rola, jaką mają do zagrania, to ta na  parkiecie – twierdzi producentka Agnieszka Koniecka.

Publiczności nie  podobali się też politycy. Większych sukcesów nie odnieśli Sandra Lewandowska z Samoobrony, jej partyjna koleżanka Anna Kalata ani poseł LPR Krzysztof Bosak. Młody polityk poległ na sambie. – Bo tam jest taki ruch biodrami, którego nie byłem w stanie wykonać – mówi Bosak.

Ale to  właśnie polityczne kręgi zainicjowały najbardziej pomysłową akcję SMS-ową. – Widziałem wiadomość, w której zwolennicy PO zagrzewali się do  głosowania na Tuskównę. W tym samym czasie pisowcy nawoływali, by  głosować na jej największego rywala, czyli Tyńca – mówi Miszczak.

SMS-owymi rekordzistkami programu były Anna Guzik i Anna Mucha. W  finałowych odcinkach wysłano na nie przeszło milion głosów. Zwycięstwa serialowych aktorek z technicznie lepszymi rywalkami (Guzik pokonała Justynę Steczkowską w 6. edycji, a Mucha wygrała z tancerką Nataszą Urbańską w 10. edycji) wywołały gwałtowną dyskusję na temat uczciwości głosowania. Widzowie węszyli w tym przekręt. – Przepływ SMS-ów śledzi ok. 50 osób, gdyby cokolwiek zostało zmanipulowane, któraś z nich na  pewno dałaby znać mediom, bo to atrakcyjny temat. A poza tym my mamy międzynarodowy audyt – mówi Edward Miszczak.

Sława i pieniądze

Z biegiem lat największym problemem producentów stała się obsada show. Ławka rodzimych celebrytów okazała się krótka, zwłaszcza że ci bardziej znani – jak Doda, Borys Szyc czy Anna Przybylska – odrzucali propozycje występów na parkiecie. Ale dla większości telefon z TVN był jak los wygrany na loterii. Aby wystąpić w „TzG", Joanna Liszowska przełożyła nawet datę swojego ślubu. Bo występ w show oznaczał nie tylko sławę, ale  także poważny zastrzyk gotówki.

TVN nigdy nie ujawnił gaży zatrudnionych, ale nieoficjalnie wiadomo, że zawodowi tancerze dostają kilka tysięcy złotych za odcinek, a gwiazdy średnio ok. 10 tys. zł, choć tu zróżnicowanie jest ogromne. Edyta Górniak miała zażądać 100 tys. zł za odcinek, ale ostatecznie – jak twierdziły plotkarskie portale –  skończyło się na 60 tys. – Honorarium nie odzwierciedla pozycji gwiazdy na rynku, ale pokazuje, jak bardzo jest ona potrzebna stacji i  programowi – ucina pytania na ten temat Edward Miszczak.

Z powodu pieniędzy rozstał się z programem pierwszy prowadzący Hubert Urbański. – Dostał po łapkach, bo zażądał astronomicznej kwoty – mówi anonimowo jeden z pracowników TVN. Media donosiły, że znany prezenter zażądał 50 tys. zł za odcinek, czyli około 20 tys. więcej, niż zarabiał. Usłyszał twarde „nie" i musiał odejść. Zastąpił go Piotr Gąsowski, który w parze z Katarzyną Skrzynecką (ta z kolei zastąpiła Magdę Mołek) błyskawicznie zdobył sympatię publiczności.

Dla wielu zawodowych tancerzy udział w „TzG" stał się trampoliną do medialnej kariery. Rafał Maserak zagrał w serialu i wystąpił w show Szymona Majewskiego. Z kolei Marcin Hakiel założył szkołę tańca, która cieszy się dużą popularnością. Bo jego zdaniem program TVN sprawił, że Polacy zainteresowali się tańcem towarzyskim. – Ludzie przychodzą do mnie, mówiąc: chciałbym się nauczyć takiej choreografii, jaką wykonywała któraś z par z programu. Najczęściej proszą, żebym ich uczył „Dirty Dancing”, czyli tańca, którym z żoną wytańczyłem zwycięstwo – śmieje się.

Beneficjentem mody na taniec okazał się też główny choreograf Agustin Egurrola, który zbudował w  Warszawie sieć ośrodków tanecznych.

Popularność, jaką daje uczestnictwo w „Tańcu z gwiazdami", jest ogromna. Aleksandra Kwaśniewska przyznaje, że program skierował jej życie na zupełnie nowe tory: zamiast etatu psychologa, jak wcześniej planowała, dostała „etat” celebrytki. –  Program otworzył mi drogę do świata mediów i dziennikarstwa. Ale też pozbawił anonimowości. Mogę zapomnieć o porannej wycieczce w dresie po  mleko, bo zawsze ktoś może pstryknąć zdjęcie – mówi.

Również Krzysztof Tyniec przyznaje, że dzięki „TzG" stał się osobą powszechnie znaną. –  Niektórzy uchylali szyby samochodów, mówiąc: Krzysiek, brawo! Inni dziękowali za to, że wygrałem. Na przykład jedna pani powiedziała, że  jest moją równolatką i cieszy się, że „daliśmy tym młodym popalić” –  opowiada aktor, który w czasie programu miał 50 lat.

Dla Krzysztofa Bosaka show było ważne z jeszcze innego powodu: pozwalało się oderwać od  bieżącej polityki. – To były „czarne lata kaczyzmu", a taniec był dla  mnie mentalną odskocznią – ironizuje były poseł.

Pytany o najbardziej pamiętny moment programu reżyser Wojciech Iwański przez chwilę się zastanawia, a potem odpowiada: – Szósta edycja, w której występowała m.in. Helena Vondráčková. Po rozdaniu nagród zaśpiewaliśmy razem: „There’s no business like show business". To było fajne i wzruszające.
Okładka tygodnika WPROST: 31/2011
Więcej możesz przeczytać w 31/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także