Być byłym

Być byłym

Polityka – i co dalej? Co z sobą począć? Nie ma strachu – w Polsce odejście z polityki rzadko oznacza finansową degradację.
Lipiec 2005 r. PiS i PO prą do zwycięstwa w jesiennych wyborach. SLD, partia po przejściach i aferach, próbuje się odciąć od starych liderów. Rada krajowa SLD proponuje byłemu premierowi Leszkowi Millerowi start do  Senatu, czyli miękkie lądowanie. Dosadniej – rozciągnięte w czasie zapomnienie na bocznym torze.

Miller odmawia. Wkrótce potem występuje w  Radiu TOK FM. Rzuca do dziennikarza: – Muszę znaleźć jakieś zajęcie. Może pan by mi pomógł. Na przykład ogłaszając, że jestem do wynajęcia?
– Jak by pan chciał sformułować takie ogłoszenie?

– Były premier oczekuje na interesujące propozycje. I Miller, z wykształcenia politolog (po Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR), zakreśla widełki finansowe „na poziomie dzisiejszego posła, to zupełnie wystarczy". A  branża? – Doradztwo, konsulting, coś takiego.

Jednak propozycje nie  napływają.

Miller ma coś w materacu, odchodząc z Sejmu – 315 tys. zł oszczędności, do tego 15 tys. dolarów. Ale są też koszty, choćby duży dom. Przez kilka lat dorabia więc m.in. w tygodniku „Wprost" i jako szef rady programowej „Trybuny”. Na dwa lata jako etatowego pracownika przygarnia go SLD. Po rozstaniu z partią w 2007 r. robi się krucho. Bezskutecznie próbuje startu z list Samoobrony i własnej partii Polska Lewica. Przechodzi na emeryturę. W 2010 r. wraca do SLD. Odżywa psychicznie. A jak wejdzie do Sejmu, to odżyje też finansowo, bo żyje z  emerytury i dorabia publicystyką.

Oleksy umie się odnaleźć
Wystarczyły trzy lata od opuszczenia urzędu premiera, żeby konto Tony’ego Blaira powiększyło się o 20 mln funtów. To dziesięć razy więcej, niż Blair zarobił przez dziesięć lat rządzenia Wielką Brytanią. U nas byłym jest generalnie trudniej niż obecnym, choć są wyjątki, jak Jan Krzysztof Bielecki (był m.in. prezesem Banku Pekao SA) czy Kazimierz Marcinkiewicz (bank Goldman Sachs). Udaje się nielicznym – do firm Józefa Wojciechowskiego, właściciela J.W. Construction, trafili m.in. były premier Józef Oleksy, Barbara Blida (nieżyjąca już była minister z  SLD) czy Zbigniew Sobotka (były wiceszef MSWiA skazany w aferze starachowickiej). O Oleksym (z wykształcenia ekonomiście) Wojciechowski mówił w „Forbesie", że zatrudnił go, bo zna się na  zarządzaniu, ma szerokie spojrzenie na życie, jest dyspozycyjny i umie odnaleźć się w niecodziennych sytuacjach.

Headhunterzy, którzy łowią menedżerów na rynku, przyznają, że najbardziej znani z byłych polityków mogą trafić coś w dużych firmach. Ale raczej na wielomiesięcznym kontrakcie niż na etacie. Były premier czy minister to idealny doradca na styku biznesu z polityką, ale i obciążenie, gdy zmieni się polityczna koniunktura.

W latach 80. w podziemnym piśmie gorzowskiej oświaty „Aspekty" Kazimierz Marcinkiewicz, nauczyciel fizyki z podstawówki nr 17, pisze wiersz o szatanie. Podmiot liryczny wskazuje, że jedną z  szatańskich pokus jest rekomendacja na wysoki stołek. Dwadzieścia lat później były premier Marcinkiewicz po odejściu z polityki zakłada biuro w mieszkaniu w odrapanej kamienicy w centrum Warszawy, tuż nad sklepem Żabka. Na tyłach Żabki parkuje wyleasingowane czarne bmw. Trafia najpierw do Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, a potem do banku Goldman Sachs, choć – jak mówią złośliwi – jego angielski pozwala zamówić najwyżej pizzę przez telefon.

– To taki „door opener" – opowiada adwokat zajmujący się prywatyzacjami. – Marcinkiewicz zna dużo ludzi, może w każdej chwili wyciągnąć komórkę i  umówić się na kawę z ministrem skarbu.

Goldmanowi, który jak wszystkie renomowane banki ceni ciszę i dyskrecję, nie przeszkadza nawet ekscentryczny styl byłego premiera. Zresztą od pewnego czasu były premier jest bardziej dyskretny. Czegoś się nauczył. Na jego blogu miejsce luźnych rozważań zajęła „Modlitwa przed wejściem do internetu". Ale o jego zarobkach wciąż krążą legendy, mówi się nawet o kilku milionach rocznie. Ile jednak tego naprawdę jest, wie tylko on sam.

Dobrze sobie radzi były minister i wicepremier Roman Giertych, który odkąd porzucił maskę radykalnego przywódcy LPR, w spokoju zarabia całkiem radykalne pieniądze. Kancelaria prawna Giertych i Partnerzy (w kamienicy przy Nowym Świecie) ma na warszawskim rynku markę niedużej, ale rzutkiej. Znane nazwisko i twarz znana z telewizora robią swoje. Były klient kancelarii: – Medialnie potrafi błysnąć. I na tym wygrywa. Prawniczo to nie są żadne Himalaje.

Zgodnie z etyką adwokacką Roman Giertych nie zdradza, kim są jego klienci. Wiadomo, że reprezentował byłą żonę Janusza Palikota czy byłą małżonkę doktora G. O swym odejściu z polityki mówi: – Ostatnie dwa lata w polityce, pracę z Jarosławem Kaczyńskim, odchorowałem. To przypominało grę w golfa na polu minowym. Niesamowity stres! Dziś prowadzę głównie sprawy karne i gospodarcze. Polityka? To narkotyk. A uzależniony wcześniej czy później wraca do  nałogu.

Minister zdrowia – miedź, nikiel, rodzynki?
Byli ministrowie i wiceministrowie często rozkręcają własny biznes. Mariusz Łapiński, z wykształcenia lekarz, kiedy przestał być ministrem zdrowia w rządzie SLD, wrócił do warszawskiego szpitala na Banacha. Jest szefem kliniki, ma na drzwiach tabliczkę z profesorskim tytułem. Jednak przez pewien czas m.in. sprzedawał sprowadzany z Ukrainy brykiet do  elektrowni. Znajomi mówią, że w ciągu roku miał kilkadziesiąt pomysłów: chciał prywatyzować szpital, importować wołowinę, korpusy kurczaków, miedź, nikiel i rodzynki, kupować Bioton od Ryszarda Krauzego, kopalnię złota w Mongolii i przędzalnię bawełny w Uzbekistanie. Były wiceszef ABW Paweł Pruszyński badał na jego prośbę możliwość otwarcia fabryki armatury łazienkowej w Uzbekistanie. Nic z tego nie wyszło.

Więcej szczęścia miał jego kolega z rządu Wiesław Kaczmarek, z wykształcenia inżynier mechaniki precyzyjnej. Gdy po 2005 r. opuścił Ministerstwo Skarbu, miał dobry samochód, jacht, dom i kilka nieruchomości. Headhunter radził mu, by zniknął na dwa lata, ale Kaczmarek wiedział lepiej. Najpierw został prezesem należącej do Aleksandra Gudzowatego spółki produkującej biodiesla. Dziś jest prezesem Platinum Hospitals i  za ponad 100 mln zł buduje prywatny szpital. Prezesuje też przychodni Conti-Medica. Ostatnio – po raz trzeci – został prezesem Polskiego Związku Żeglarskiego. Bywa na Wiejskiej. Po co? Podobno, aby z podstaw ekonomii szkolić posłów SLD.

Nieźle poszło też Markowi Polowi, byłemu szefowi Unii Pracy i ministrowi w rządzie Leszka Millera. Z  wykształcenia inżynier maszyn roboczych i pojazdów, przed wejściem w  politykę pracował w Fabryce Samochodów Rolniczych „Polmo" w Poznaniu. W  1993 r. asystował przy jej prywatyzacji przez Volkswagena. Po porażce w  wyborach w 2005 r. wrócił do działalności w gospodarce. Trafił do  zarządu Pol-Mot Auto, liczącego się gracza w branży dilerów samochodowych. Pod rządami Pola, średnio udanego ministra infrastruktury, Pol-Mot Auto wyrosło na ósmą firmę na rynku motoryzacyjnym.

Nie wszyscy ministrowie skarbu mają taką smykałkę do  biznesu. Poprzednik Kaczmarka, AWS-owski senator i minister Andrzej Chronowski (z wykształcenia pedagog i odlewnik), gdy w 2005 r. przegrał w wyborach, wyznał dziennikarzom: – Dobrze się czuję na rynku finansowym. Śledzę nie tylko warszawską giełdę, lecz także londyńską i  inne. Chyba w tym kierunku pójdę.

Poszedł, ale niedaleko. Dziś prowadzi kantor wymiany walut w Nowym Sączu, w dobrym miejscu, tuż obok wejścia na pocztę. – Jak zacząłem działalność na własny rachunek i poczułem niezależność finansową, życie stało się przyjemniejsze – mówił kilka lat temu. Media zrobiły mu niezłą reklamę, podśmiewając się, że człowiek, który miał ministerialny gabinet i władzę mianowania prezesów wielkich spółek, dziś w budce liczy dolary.

Ideowcy i nie tylko
Kwiecień 2007. Marek Jurek zostaje odwołany z funkcji marszałka Sejmu. Wyprowadza się ze stumetrowego gabinetu. Po przegranych wyborach ląduje na politycznym aucie. Zakłada Prawicę Rzeczypospolitej, wykłada historię na gorzowskiej uczelni nazywanej złośliwie „wyższą zawodówką". Dorabia pisaniem felietonów dla „Gościa Niedzielnego” i „Niedzieli”. Pisze sporo. Ciągle w podróży. Buduje partię ideowców.

Ideowcy to tacy, którzy od polityki oderwać się nie mogą. Jak Jacek Soska, wiceminister rolnictwa w rządach Oleksego i Cimoszewicza. Przez lata we władzach PSL, wycofał się z polityki po przegranych wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. Kiedy się ma na własność 30 ha, a obrabia 70, jest co robić. W ostatnich wyborach samorządowych Soska wszedł do  sejmiku małopolskiego. Romuald

Szeremietiew, wiceminister obrony w  rządzie Buzka, z polityki nie odszedł: – Zostałem z niej niesłusznie wyrzucony.

Ale nie klepie biedy. Pracuje na KUL, jest dziekanem Wydziału Zamiejscowego Prawa i Nauk o Gospodarce w Stalowej Woli. I wciąż czuje się politykiem. W ostatnich wyborach samorządowych startował na  prezydenta Warszawy z poparciem nieboszczki KPN. W najbliższych wyborach wystartuje do Senatu. Jako niezależny.

Czarna dziura
Ministrowie jakoś przędą. Ale już w politycznym drugim szeregu zaczynają się schody.

Renata Beger w latach 2001-2007 była posłanką Samoobrony. Potem wróciła do Nowego Dworu pod Złotowem, gdzie jej mąż prowadzi gospodarstwo. Przez kilka lat pomagała synowi, który założył firmę Chinchilla Farm i hodował szynszyle. Bez sukcesów. Hodowla okazała się niedochodowa i została sprzedana. Beger przez jakiś czas dorabiała jako ambasador. Konkretnie – ambasador produktów dr Nony Kuchiny. Zdrowotne herbatki i kremy doktor Nony sprzedawała po znajomych. Ale to już przeszłość. Dziś zajmuje się domem w Nowym Dworze. – Spełniam się jako żona i babcia. Odpoczywam. Nie muszę za wszelką cenę gdzieś działać. Nie  lubię wyścigu szczurów – tłumaczy. Jest świeżo upieczonym magistrem. Obroniła się na początku lipca na Wydziale Nauk Politycznych i  Dziennikarstwa UAM w Poznaniu. Specjalność – administracja samorządowa.

Wielu byłych polityków trafia w jakąś czarną dziurę i nawet ich byli koledzy partyjni nie umieją powiedzieć, z czego żyją. Tak jest np. z  Genowefą Wiśniowską, byłą wicemarszałek Sejmu z ramienia Samoobrony, absolwentką tajemniczego Instytutu Ekonomii i Kultury w Moskwie. Podobnie jest ze Stanisławem Alotem, politykiem AWS i byłym prezesem ZUS, z wykształcenia nauczycielem polskiego. Był w dwóch radach nadzorczych, ale potem przestał być, przez chwilę sprawował funkcję wiceburmistrza Piwnicznej. W 2005 r. współzakładał w rodzinnym Rzeszowie lustracyjną grupę dawnych opozycjonistów Ujawnić Prawdę. W ostatnich wyborach samorządowych startował z listy PiS. Z czego żyje? Gdzie się podziewa?

Właściwie zniknął, tak jak wielu innych. Bo wejść do polityki jest trudno, utrzymać się w niej jeszcze trudniej, ale najtrudniej przeżyć po niej i bez niej.
Okładka tygodnika WPROST: 34/2011
Więcej możesz przeczytać w 34/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także