Szkoła to nie wyrok

Szkoła to nie wyrok

Polska szkoła wciąż nie za bardzo chce się zmieniać i pozostaje wierna autorytarnym modelom rodem z XIX w. A gdyby tak twoje dziecko szło do szkoły z przyjemnością? Albo nie szło do niej wcale?
Z Aleksandrą Olszańską na kolejne spotkanie umawiamy się za 25 lat o  godz. 11 przy pl. Zbawiciela w Warszawie. Olszańska, dziś 27-letnia doktorantka w Zakładzie Psychologii Wychowania na Uniwersytecie Warszawskim, będzie wtedy negocjować przyjęcie jej rewolucyjnego systemu edukacyjnego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. – Systemu edukacyjnego w obecnej postaci nie warto reformować – twierdzi. – To tak jakby chcieć zreformować szwajcarski zegarek. Kto w erze internetu i  smartfonów potrzebuje szwajcarskich zegarków?

Olszańska ma wielki plan z mnóstwem małych kroczków: za siedem lat otworzy szkołę demokratyczną z prawdziwego zdarzenia – na świecie jest już takich około 100. Każdy uczeń będzie miał indywidualną ścieżkę nauczania: sam wybierze sobie zajęcia i sam w programie komputerowym sprawdzi, ile i czego mu jeszcze brakuje, by opanować wymagany program. Nauczyciel w tej szkole będzie mentorem i motywatorem. Olszańska pamięta, jak sama na lekcji z nudów grała w kropki, bo wiedziała więcej, niż przekazywał nauczyciel. W jej szkole uczeń będzie się uczył tego, czego jeszcze nie umie.

Tych siedmiu lat Olszańska potrzebuje, by zebrać i przeszkolić zespół, opracować i przetestować program, no i zebrać fundusze. Kolejne kilkanaście lat działania szkoły i jej filii ma  udowodnić, że program dobrze funkcjonuje. I wtedy Aleksandra pójdzie z  propozycją do ministra edukacji, żeby system państwowy wymienić w  całości na jej system. Według jej wyliczeń najwcześniej może to nastąpić za 40 lat.

Czy to zupełne science fiction?

Cezary Szwebs od 20 lat mieszka w Danii i zajmuje się międzynarodowymi projektami edukacyjnymi. Nie zna dziecka, które z niechęcią chodziłoby do duńskiej szkoły. – Tu nie ma wkuwania z podręcznika. Na wszystkich przedmiotach uczysz się samodzielnego myślenia – wyjaśnia. – Atmosfera w  szkole duńskiej jest mniej stresująca.

Opowiada historię, jak polskie dziecko przynosiło do domu niepoprawione dyktanda. Matka znała duński i  zauważyła, że są w nim błędy. Poszła do nauczycielki i zapytała: –  Dlaczegonie poprawiasz mojej córce błędów? – Bo to dla dziecka stresujące. Nie chciałam jej zniechęcać – odparła nauczycielka. Naturalnie, bo duński system zakłada, że dziecko samo się w końcu poprawi.

System duński ma być życiowy. Córka Szwebsa, Natalia, w piątej klasie musiała przygotować pierwszy projekt, jaki zawód chciałaby wykonywać. W dziewiątej klasie miała tydzień praktyk u adwokata. Każdy uczeń przed wybraniem przedmiotów do matury albo zakończeniem szkoły musi, sobie znaleźć pracodawcę – od sprzedawcy przez farmaceutę, po  adwokata czy sędziego, który pokaże, na czym praktycznie polega wybrany zawód. – Podstawówka w Danii nie jest tak poważna jak w Polsce – mówi Natalia. – Ale w liceum jest dużo poważniej. Choć nadal nie ma wkuwania i panuje bardzo demokratyczna atmosfera.

Uczeń sprawdza nauczyciela

– Także w Polsce demokracja w szkole jest możliwa – uważa dyrektorka warszawskiego Społecznego Gimnazjum nr 20 przy Raszyńskiej Krystyna Starczewska. – To, jaki system będzie panował w szkole, zależy głównie od dyrektora. U nas w szkole uczniowie mają własny sąd szkolny, wybierają Sejm, mają wpływ na to, co się dzieje – mówi. Nie wie, dlaczego większość dyrektorów w państwowych szkołach obstaje przy autorytarnym systemie nauczania rodem z XIX w.

Nie wyobraża sobie jednak, żeby w jej gimnazjum uczniowie mówili po imieniu do nauczycieli. Natalia w duńskiej szkole do nauczycieli mówiła po imieniu już od szkoły podstawowej. Tak samo 11-letnia Milena, która chodzi do szkoły francuskiej w Warszawie. – To kwestia kulturowa – zauważa Starczewska. –  W Polsce mówienie na ty kojarzone jest z lekceważeniem albo poufałością. Chociaż już w naszym liceum młodzi nauczyciele przechodzą z uczniami na  ty i potrafią zachować szacunek – zauważa.

Zdaniem Jarosława Lipszyca, przewodniczącego Koalicji Otwartej Edukacji, nasz system edukacji jest ciągle XIX-wieczny. – Opiera się na hierarchii i autorytecie nauczyciela, wynikającym z jego wiedzy. Ale dziś nauczyciel nie ma już monopolu na nieomylność. Cokolwiek nauczyciel powie, to uczeń jest w  stanie za pomocą komórki sprawdzić od razu w internecie.

Koalicja Otwartej Edukacji zastanawia się, jak zmiany w sposobach komunikacji przetłumaczyć na nowe modele dydaktyczne. Jak kształtować hierarchie i  kompetencje, żeby dostosować je do rzeczywistości medialnej. Najważniejszym celem jest tworzenie otwartych – czyli dostępnych do  dowolnego wykorzystania za darmo – zasobów edukacyjnych: podręczników, scenariuszy lekcji itp.

Zabieraj dzieci ze szkoły!

Tę dostępność wiedzy wykorzystują rodzice, którzy nie posyłają dzieci do  szkoły. Jacek już w pierwszej klasie podstawówki miał zaległości, bo  przez alergię opuszczał lekcje, a potem ledwo nadrabiał program – chory czy zdrowy, ćwiczenia miał mieć uzupełnione jak wszyscy. Joanna Strzelecka nie wiedziała, co robić, jej mąż nie miał wątpliwości: –  Sprawdź, czy się da, i zabieraj dzieci ze szkoły!

Dało się – zgodę musiał tylko wyrazić dyrektor szkoły i Jacek do drugiej klasy już nie  poszedł. Strzelecka zostawiła pracę jako nauczycielka religii, podyplomowo skończyła polonistykę oraz edukację wczesnoszkolną i  przedszkolną. Półtora roku młodszy Kuba do szkoły nie poszedł w ogóle. Tylko córka poszła do państwowego liceum.

W 20-tysięcznym Goleniowie koło Szczecina, gdzie mieszkają w bloku, nie znała nikogo, kto uczyłby dzieci w domu. Ale w Polsce uczyło się tak w ubiegłym roku 705 uczniów. Według Ministerstwa Edukacji Narodowej większość domowych nauczycieli to  – jak mama Jacka i Kuby – nauczyciele i pedagodzy z wykształcenia.

Chłopcy naukę zaczynają jeszcze przed śniadaniem, w łóżkach. – Włączam im „Magic English" – bajki Disneya – opowiada Joanna. Potem ścielą łóżka, przy śniadaniu dyskutują o produkcji sera, masła, poznają ułamki. Potem – szkoła właściwa – przy specjalnie zakupionym do edukacji domowej stole: zadania pisemne. Np. uzupełnij pamiętnik albo napisz list opisujący wczorajszy spacer. – Na początku układaliśmy zdania razem, potem układali na przemian, teraz każdy pisze sam – mówi mama nauczycielka.

Po godzinie lub dwóch czas na gry edukacyjne: puzzle z  mapą Polski, karciana gra w wojnę na punkty, które trzeba dodać, a potem odjąć, by sprawdzić, kto wygrał. – Młodszy siadał ze starszym gotowy do  nauki. W lot wszystko łapał. Gdy czytałam mu książeczkę o słoneczku, które zeszło na ziemię, mówił: „Ale jak to zeszło na Ziemię, skoro Słońce jest większe od Ziemi?".

Co roku dzieci zdają egzaminy w szkole, więc miesiąc przed nimi Strzelecka zaczyna uczyć z podręczników. Pomoce naukowe wykonuje – jak się da – sama. Z pensji męża kokosów nie ma. Jeśli czegoś nie wie, szuka z dziećmi w internecie. Uczy dzieci samokształcenia. Kiedy po telewizyjnych wiadomościach mają mnóstwo pytań, wracają do „szkoły". – W prawdziwej szkole mówią: za dwa lata będzie o tym na geografii – mówi mama. – A za dwa lata on już nie będzie tym zainteresowany. W domu od razu sprawdzamy: co wywołuje trzęsienia ziemi, dlaczego wybuchają wulkany, po czym poznać, jak daleko jest burza. Więcej się nauczą.

Bodaj pierwszą polską rodziną, która zabrała dzieci ze szkoły, byli Budajczakowie z Ponieca koło Leszna. Ich dzieci są już dorosłe.

Dr Marek Budajczak, pedagog, na swojej książce o  nauczaniu domowym oparł habilitację. – Uchowaj Boże, żebyśmy chcieli eksperymentować na własnych dzieciach! – odpiera zarzut. – Przekonało mnie zindywidualizowane, skuteczniejsze podejście do nauczania. Dzieci też chciały spróbować.

Polskie prawo pozwala na nauczanie domowe od 1991 r., ale dyrektor szkoły, który powinien wydać na to zgodę, zażądał, żeby dzieci co roku zdawały egzaminy. Teraz egzaminy są obowiązkowe, ale wtedy nie były. Budajczakowie się postawili. I tak zaczęły się ich wygrywane po kolei batalie sądowe. Dzieci w Polsce formalnie mają zaliczoną tylko trzecią i  czwartą klasę. Ale zaliczyły amerykański egzamin klasyfikujący do  college’u – SAT. Emilia ma 25 lat, uczy angielskiego i francuskiego –  zna je biegle, choć nigdy nie kończyła kursów. Niebawem ukażą się jej tłumaczenia tekstów naukowych. Paweł jest studentem pedagogiki w Wyższej Szkole Pedagogiki i Administracji w Poznaniu. Do ukończenia studiów uczelnia będzie wymagała nostryfikacji amerykańskiego egzaminu, a wciąż o to walczą z MEN. Paweł nie może ot tak sobie zdać polskiej matury. Nie  może studiować z dyplomem amerykańskim.

17-letniemu Tomkowi Kormanowi to  właśnie podoba się w Stanach Zjednoczonych – nieważne, ile masz lat, ile ukończonych klas, do egzaminu klasyfikującego do college’u możesz podejść w dowolnym momencie. – Planuję to w przyszłym roku – mówi. – Na  rok przed maturą w Polsce.

Tomek w ubiegłym roku przez pięć miesięcy uczył się w liceum w New Jersey. Podobało mu się, że nie marnuje się tam czasu – przerwy trwały od trzech do pięciu minut. – Nie trzeba było zakuwać, ale musiałem dużo pracować, robić dużo różnych projektów –  samodzielnie albo w grupach. Oprócz obowiązkowych: angielskiego, matematyki i wuefu, pozostałe przedmioty mogłem sobie wybrać. Wybrałem francuski, biologię i historię Stanów Zjednoczonych. Nie ma klas – są półroczne kursy na wybranych poziomach, z których każdy kończy się egzaminem.

Czy pomysł Olszańskiej na zrewolucjonizowanie polskiej szkoły to mrzonka? Jarosław Lipszyc jest pewien, że szkoła będzie się musiała dopasować do zmieniającego się świata. – To nie jest pytanie „czy", tylko „jak i kiedy” – mówi.

Dlatego dyrektor Starczewska nie skreśla z  góry pomysłu doktorantki psychologii na nowy rewolucyjny system: – Być może to wspaniały sposób na reformę edukacji, a może tylko myślenie utopijne. To przede wszystkim wymaga zupełnie innego podejścia do  kształcenia nauczycieli.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2011
Więcej możesz przeczytać w 35/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 2
  • majka IP
    Jaki wyrok? To sama przyjemność! Studiowałam 5 lat w almamer turystykę i szczerze - z wielką chęcią wróciłabym do starych, studenckich czasów. Coś fantastycznego, najlepsze lata w życiu człowieka! Dzisiaj cieszę się z dobrej pracy, którą załatwiłam sobie dzięki praktykom, kontakt z niektórymi ludźmi z uczelni mam do dzisiaj!
    • Izka IP
      Zaczynam od października studia i szczerze bardzo się cieszę i nawet nie mogę doczekać. A to dlatego, że wreszcie będę uczyła się tego czego uczyć się chcę. Czegoś co mi się przyda później i sprawi, że dostanę (mam nadzieję) dobrą pracę. Wybieram się na fizjoterapię więc kierunek nie jest najłatwiejszy, ale myślę, że przyniesie mi dużo satysfakcji. Co do uczelni to miałam iść do państwowej, ale jednak idę do prywatnej, do Almamer. Wydała mi się jednak lepsza no i praktyki załatwiają, a na tym bardzo mi zależy.

      Czytaj także