Dogrywka dyktatora

Dogrywka dyktatora

W ciągu 42 lat dyktatorskich rządów Muammar Kaddafi przeszedł długą drogę od reformatora, przez sponsora terrorystów, po fetowanego na salonach ekscentryka. Teraz bój to jest jego ostatni. O własną głowę.
Trypolis miał być już w rękach libijskich rebeliantów, gdy dziennikarzy mieszkających w hotelu Rixos wyrwano ze snu waleniem do drzwi. – Saif Kaddafi jest tutaj – wieść o tym, że pod hotel zajechał syn dyktatora, którego aresztowaniem zaledwie kilka godzin wcześniej chwalili się powstańcy, szybko obiegła kolejne piętra strzeżonego przez siły rządowe hotelu. Uśmiechnięty od ucha do ucha Saif rzeczywiście wysiadł z jednego z opancerzonych land cruiserów. – Zastawiliśmy na buntowników pułapkę i  teraz wygrywamy – grzmiał namaszczany na następcę ojca Saif, pozując do  zdjęć na tle flag narodowych.

W tym czasie rebelianci otaczali willę w  centrum Trypolisu, w której, według brytyjskiego i francuskiego wywiadu, miał się ukrywać jego ojciec. Nikogo w niej nie znaleźli. Podobnie było w zdobytych dzień później koszarach Bab al-Azizia, które od  kilkudziesięciu lat służyły za kwaterę główną libijskiego dyktatora. Rebelianci splądrowali prywatne apartamenty władcy i zdobyli jego czapkę oraz wózek golfowy. Ale po samym Muammarze ani śladu.

– Opuszczenie Bab al-Azizia to był manewr taktyczny, poruszam się nierozpoznany po ulicach Trypolisu i widzę, że miasto nie jest zagrożone – ogłosił Kaddafi za  pośrednictwem mediów nadających z Zatoki w ciągu 42 lat dyktatorskich rządów muammar kaddafi przeszedł długą drogę od reformatora, przez sponsora terrorystów, po fetowanego na salonach ekscentryka. Teraz bój to jest jego ostatni. O własną głowę. Perskiej. Kompromitująca rebelię zabawa w kotka i myszkę trwała w najlepsze przez wiele dni. Kaddafiego widziano rzekomo w pobliżu lotniska i w dzielnicy mieszkalnej koło koszar Bab al-Azizia. Powstańcy przeczesywali kolejne budynki, gdy Kaddafi, najwyraźniej cały, zdrowy i bezpieczny, znów odezwał się w  radiu.

– Pokonamy te szczury i zagranicznych agentów. Libia jest dla  Libijczyków, a nie dla Sarkozy’ego, wyjdźcie z domów na ulice i walczcie – pułkownik zagrzewał do walki wierne mu oddziały. Najwięksi wrogowie Kaddafiego przyznają, że walczący do upadłego dyktator skutecznie odbiera rebelii satysfakcję ze zwycięstwa.

Pariasi na salonach

Gdy zimą tego roku ludowe powstania obalały kolejne reżimy Afryki Północnej, Muammar Kaddafi był na najlepszej drodze do spokojnej politycznej emerytury i przekazania władzy spadkobiercom. Rodzina zarabiała krocie na boomie inwestycyjnym w Libii, a wchodzące do kraju koncerny były gotowe spełnić każdą zachciankę Kaddafich. Nawet jeśli chodziło o zorganizowanie monograficznej wystawy malarstwa Saifa Kaddafiego, którego wcześniej nie chciały pokazywać żadne galerie.

Pułkownik spędził ostatnie lata, podróżując po świecie z całym dworem i  setką urodziwych młodych kobiet, pełniących funkcję jego osobistej ochrony. Ekscentryczny dyktator przystrojony w beduińskie szaty upierał się, że mieszkać może tylko w namiocie.

W Nowym Jorku chciał go  rozstawić w Central Parku, ale nie dostał zgody. Udający holenderskich dyplomatów libijscy agenci próbowali więc wynająć na Manhattanie dom z  dachem dość dużym, by zmieścił się na nim namiot Kaddafiego. W końcu namiot stanął w prywatnej posiadłości pod Nowym Jorkiem, ale nie na  długo, bo jej właściciel, miliarder Donald Trump, kazał się Kaddafiemu zwijać. Europa miała dla ekstrawagancji libijskiego przywódcy więcej tolerancji. W Paryżu wędrowny cyrk Kaddafiego rozłożył się w Hôtel de Marigny. W Rzymie Silvio Berlusconi najpierw całował go po rękach, a  potem zaprosił na szczyt G8 w L’Aquili. Włoski premier załatwił mu nawet przy stole miejsce obok Baracka Obamy.

Także synowie pułkownika weszli na salony. Saif Kaddafi, który stał się twarzą reżimu czasów rebelii, niedawno był przyjmowany w pałacu Buckingham, przyjaźnił się z Tonym Blairem i rodziną Rothschildów, a o jego romansie z izraelską aktorką Orly Weinerman pisały europejskie brukowce. Al-Saadi próbował robić karierę piłkarską w europejskiej lidze, a w końcu zajął się biznesem, inwestując m.in. w produkcję filmową w Hollywood. Saif al-Arab i Hannibal znani byli głównie ze skandali. Tego pierwszego przyłapano, jak w swoim ferrari wiózł z Niemiec do Francji karabin i  pistolet. Z kolei Hannibal pobił w Paryżu ciężarną narzeczoną, a w Rzymie zaatakował gaśnicą trzech policjantów. Słowem, chłopcy prowadzili światowe życie rozwydrzonych synów bogatego tatusia. Robili to na taką skalę i w tylu krajach dzięki ojcu, który w ciągu ostatnich kilkunastu lat wykonał olbrzymią pracę, by nie być już międzynarodowym pariasem.

Czy ktoś, kto używa tytułu Król Królów, będzie się dzielić władzą z  opozycją? Mało prawdopodobne. Ufnemu w swoją wielkość dyktatorowi nie  przyszło pewnie do głowy, że po 42 latach jego rządów naród może być nim zmęczony. Musiał mieć wciąż w pamięci pierwsze lata panowania, gdy lud rzeczywiście nosił go na rękach.

Po obaleniu króla Indrisa w 1969 r. 27-letni oficer awansował się na pułkownika. Wtedy był to przejaw skromności, bo puczyści z krajów Trzeciego Świata po przejęciu władzy zwykle ogłaszali się marszałkami swoich bosonogich armii. Kaddafi szybko swoje wojska zmodernizował. Marzyła mu się budowa arabskiego imperium rozciągającego się od Zatoki Perskiej po Atlantyk. Jako polityk ambitny, ale skromny chciał być szefem armii tego imperium, przywództwo pozostawiając innym. Propozycje unii złożył Tunezji, Algierii, Maroku, Sudanowi, Egiptowi i Syrii. Arabscy przywódcy mieli go jednak za bufona i pajaca, nikt propozycji nie wziął poważnie.

Niepowodzenia w świecie arabskim próbował powetować sobie w Afryce. Wspierał reżimy sierżantów: Idi Amina w Ugandzie i Samuela Doe w Liberii. W latach 80. zaangażował się w kolonialną wojnę w Czadzie, który miał stać się bazą wypadową dla  dalszej ekspansji. Ale i tu spotkał go zawód. W Czadzie skończyło się druzgocącą klęską. Jego uzbrojona po zęby przez Sowietów armia została pokonana przez koczowników przemierzających Saharę w rozklekotanych terenowych toyotach. Tyle że pułkownik miał już wówczas inną zabawkę.

Wściekły pies Bliskiego Wschodu

5 kwietnia 1986 r. w odwiedzanym przez amerykańskich żołnierzy berlińskim klubie La Belle wybuchła bomba. Zginęło trzech Amerykanów, ponad 200 zostało rannych. Amerykański wywiad ustalił, że za zamachem stały libijskie służby specjalne. O tym, że Kaddafi sponsoruje światowy terroryzm, wiadomo było od lat 70. Na liście płac reżimu w Trypolisie znaleźli się czołowi terroryści – od Carlosa Ramireza po palestyńskiego renegata Abu Nidala, który przez lata miał bazę w Trypolisie. Kaddafi utrzymywał też czarnoskórych radykałów z Czarnych Panter, islamskich partyzantów z Filipin, marksistów z Czerwonych Brygad i  irlandzkich separatystów z IRA. Po prostu prosił się o guza.

Po ataku na  dyskotekę w Berlinie prezydent Ronald Reagan nazwał Kaddafiego „wściekłym psem Bliskiego Wschodu" i nakazał atak odwetowy na Libię. W  nalocie US Air Force na siedzibę Kaddafiego w koszarach Bab al-Azizia rannych zostało dwóch jego synów. Wśród zabitych była kilkuletnia dziewczynka, którą Kaddafi pośmiertnie adoptował, by wzbudzać sympatię jako ojciec dziecka zabitego przez amerykańskie bomby. Sam ledwo uniknął śmierci i w ramach zemsty spuścił ze smyczy Nidala, który rozpętał wojnę terrorystyczną przeciw USA.

Jej kulminacyjnym punktem było zabicie 260 pasażerów samolotu Pan Am. Wspomagani przez Abu Nidala libijscy agenci wysadzili maszynę w powietrze nad szkockim miasteczkiem Lockerbie. Libia znalazła się w izolacji, którą spotęgował upadek Związku Radzieckiego – głównego sponsora reżimu Kaddafiego. Pułkownik nie miał wyjścia i zgodził się na  ekstradycję do Europy agentów odpowiedzialnych za Lockerbie. W 2000 r. wykonał kolejny przyjazny gest wobec Zachodu, płacąc okup za  europejskich turystów porwanych przez islamskich radykałów z Filipin –  tych samych, których przez lata sponsorował.

Po amerykańskiej inwazji na  Irak i obaleniu Saddama Husajna pułkownik najwyraźniej przestraszył się, że podzieli los irackiego dyktatora, i zaczął rokowania z USA. Zrezygnował z produkcji broni masowego rażenia, wypłacił wielomilionowe odszkodowania ofiarom zamachów terrorystycznych i otworzył kraj dla  zagranicznych inwestycji. Koncesje na wydobycie ropy i gazu czy budowę fabryk w Libii miały pokryć koszty odszkodowań. W 2009 r. w  zamian za wart miliard dolarów kontrakt z BP wymusił na brytyjskim sądzie zgodę na ekstradycję do Libii skazanego za Lockerbie agenta Abdelbaseda al-Megrahi, który zachorował na raka. W Libii fetowano go  jak bohatera. Nawiasem mówiąc, były agent, mimo że miał umrzeć w ciągu kilku miesięcy, ciągle żyje.

Bunga-bunga dla Muammara

Ukoronowaniem politycznej rehabilitacji Kaddafiego było wybranie go na przewodniczącego Unii Afrykańskiej. Prestiżową posadę załatwił mu Silvio Berlusconi, wysyłając dwie luksusowe prostytutki prezydentowi Namibii, który był przeciwny kandydaturze libijskiego dyktatora. Informację tę  ujawnił były minister spraw zagranicznych Libii Nuri al-Mismari, który uciekł za granicę na początku rewolty. Gdy kolejni ludzie z najbliższego otoczenia dyktatora przechodzili na stronę powstańców lub wyjeżdżali z  kraju, Kaddafi zmobilizował do walki rodzinę.

Saif musiał wrócić do  polityki, od której został odsunięty po kłótni z ojcem. Poszło o  torturowanie bułgarskich pielęgniarek, które libijska bezpieka oskarżyła o celowe zarażanie wirusem HIV pacjentów szpitala dziecięcego w Bengali. Sfingowany proces niewinnych kobiet nadszarpnął budowany z mozołem przez Saifa wizerunek Libii jako przewidywalnego i nowoczesnego kraju. Jednak w obliczu groźby utraty władzy nie było miejsca na sentymenty.

Saif, architekt z doktoratem London School of Economics, stał się twarzą dyktatury, udzielał wywiadów, w których bronił prawa rodziny do  masakrowania opozycji. Reszta rodziny też stanęła murem przy ojcu. Wyrzucony z Niemiec rozrabiaka Saif al-Arabi zginął w nalocie NATO jeszcze w kwietniu. W tym samym miesiącu w nalocie ranni zostali były piłkarz i hollywoodzki producent Al-Saadi i Hamis Kaddafi, którego po  wybuchu powstania wyrzucono ze studiów ekonomicznych w Madrycie. Hamis, który ma za sobą także studia w rosyjskiej Akademii Wojskowej im. Frunzego, dowodzi doborową dywizją sił rządowych, nazwaną jego imieniem. Jego śmierć ogłaszano już dwukrotnie, ale nigdy oficjalnie jej nie  potwierdzono. Gdyby wnioskować wyłącznie z tego, co mówi stary Kaddafi, klan ciągle jest pewny swego.

– Kaddafi żyje urojeniami – twierdzi Abel Salam Jalloud, jeden z najwierniejszych towarzyszy dyktatora, który kilka dni temu poddał się powstańcom. Od chwili gdy Mohammed Eshkal, dowódca brygady broniącej Trypolisu, zdradził reżim i wpuścił siły powstańcze do stolicy, dyktator wyraźnie koncentruje się na tym, by z  właściwym sobie fasonem zakończyć panowanie. I może mu się to udać, nawet jeśli zapłaci za to głową.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2011
Więcej możesz przeczytać w 35/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0