Amant rewolucjonista

Amant rewolucjonista

Gael García Bernal w filmie „Nawet deszcz” znów przypomina, że nigdy nie chciał być tylko pięknym Latynosem z Hollywood.
Bądźmy szczerzy: w zdobyciu popularności pomogła mu nie tylko lewicowa polityka, lecz także odważny seks. W końcu film „I twoją matkę też" Alfonso Cuaróna z 2001 r., który z młodego Bernala zrobił światową gwiazdę, opowiadał o obsesji seksualnej. Inna sprawa, że w Meksyku wszystko, nawet seks, jest upolitycznione. Zatem film o dwóch nastolatkach zafascynowanych tą samą, starszą od nich kobietą miał w tle ubóstwo, wojny narkotykowe, protesty i upadek rządzącej partii. Po tym filmie Bernal mógł z powodzeniem zostać obwołany nową męską, latynoską pięknością w kinie.

Rewolucja wiecznie żywa

W późniejszych latach rozkochał w sobie i Natalie Portman, i Keirę Knightley. Ale nie chciał być tylko macho. Wybierał role zaprzeczające stereotypowi śniadego chłopca z pueblo – u Pedra Almodóvara w brutalnym „Złym wychowaniu" zagrał transseksualistę molestowanego w dzieciństwie przez księdza. W „Dziennikach motocyklowych” Brazylijczyka Waltera Sallesa był młodym i naiwnym Ernestem Che Guevarą, który podczas motocyklowej wycieczki po AmerycePołudniowej dostrzega cierpienie ludu pracującego, co każe mu porzucić burżuazyjną ignorancję i prowadzi ku rewolucji.

W filmie, który właśnie wszedł na nasze ekrany – „Nawet deszcz" hiszpańskiej reżyserki Icíar Bollaín – 32-letni aktor gra reżysera idealistę, który pracuje nad opowieścią o XVI-wiecznej konkwiście hiszpańskiej w Ameryce Południowej. Bogaci Hiszpanie kręcą ten film w ubogiej Boliwii, płacąc indiańskim statystom dwa dolary za  dzień pracy. Reżyser chce skończyć film mimo krwawych zamieszek wokół –  indiańska biedota żąda dostępu do wody, a zachodnia korporacja z pomocą boliwijskiej policji zamyka studnie, wprowadzając opłaty za wodę. Statyści, zamiast stawić się na planie, budują barykady i atakują rządowe budynki. – Sztuka jest wieczna, a rozruchy wkrótce się skończą –  mówi reżyser.

To rozdarcie: bogactwo – bieda, Hollywood – niezależność, estetyka – polityka, nie jest obce Bernalowi. Tyle że dla niego te  przeciwieństwa nie są problemem. Doskonale je łączy. Z jednej strony zarabia w produkcjach hollywoodzkich, jak w niedawnej komedii romantycznej „Listy do Julii" (w grudniu zobaczymy go w roli amanta w  filmie „Odrobina nieba” z Kate Hudson). Z drugiej – wybiera role trudne, pracuje z reżyserami meksykańskimi, hiszpańskimi (Almodóvar), francuskimi (Michel Gondry, „Jak we śnie”) czy szwedzkimi (Lukas Moodysson „Mamut”, ).

Twórcze starcie kultur

Na sukcesy Bernala trzeba patrzeć` przez pryzmat sukcesów kina latynoskiego: od Meksyku, przez Brazylię, po Peru. Hollywood, Madryt czy Barcelona coraz chętniej sięgają po utalentowanych i wyszkolonych filmowców z Ameryki Łacińskiej. Najlepszym przykładem takiej symbiozy jest Peruwianka Claudia Llosa, reżyserka filmu „Gorzkie mleko" (Złoty Niedźwiedź w Berlinie w 2009 r.). Jest kuzynką Maria Vargasa Llosy, noblisty, pochodzi więc z wybitnej inteligencji latynoskiej, filmowego fachu uczyła się jednak w Los Angeles i w Europie.

Również droga zawodowa Bernala jest połączeniem lokalnego z globalnym. Urodził się w  Guadalajarze w 1978 r. Jego rodzice, aktorzy o lewicowych poglądach, prowadzili dom otwarty, przyjmując w nim uchodźców z  południowolatynoskich dyktatur. Wyniósł więc z domu zamiłowanie do  polityki. Od wczesnej młodości angażował się w akcje społeczne: uczył czytać Indian Huiczole, brał udział w demonstracjach popierających rewolucję zapatystów w stanie Chiapas, słał im żywność. – Już jako dziecko stawiałem sobie pytanie, dlaczego dla jednych pięć centów to  banalna kwota, a dla innych niemal fortuna – mówi. Jednak nie myślał tylko o rewolucji. – Na demonstracje chodziło wiele pięknych dziewcząt i  właśnie w takich okolicznościach poznałem pierwszą narzeczoną – dodaje. Grał też w piłkę w lidze amatorskiej i występował w telenowelach.

Poważnie o aktorstwie pomyślał dopiero w Europie. Przeniósł się do  Londynu w poszukiwaniu przygody. Sypiał u przyjaciół na podłodze, pracował w barach i na budowach. Gdy znudziło mu się takie życie, poszedł na przesłuchania do szkoły aktorskiej i wygłosił monolog z  „Makbeta", który uwiódł komisję. Jeszcze jako student został ściągnięty do Meksyku przez reżysera Octavia I?árritu, by zagrać w „Amores perros”. Sukces tego filmu sprawił, że Cuarón zatrudnił go w „I twoją matkę też”. Ta produkcja była dla współczesnego meksykańskiego kina przełomem. –  Myślałem, że nikt na to nie pójdzie, więc poprosiłem o kopię dla rodziny – wspomina Bernal. Tymczasem film pobił rekordy oglądalności i doczekał się nominacji do Oscara za scenariusz.

Meksyk, w którym powstawało średnio sześć filmów rocznie, po tym sukcesie zaczął produkować ich ponad 60. Bernalem zainteresowali się filmowcy na całym świecie, łącznie z Robertem Redfordem, producentem „Dzienników motocyklowych". Bernal wciąż jednak podkreślał, że niskie stawki dla aktorów w Meksyku nauczyły go pracy przede wszystkim po to, by opowiedzieć widzom historię, nie dla  pieniędzy.

Żałował „tych biednych reżyserów w Hollywood", którzy idą na  kompromisy. W końcu wraz z Diego Luną, z którym zagrał w „I twoją matkę też”, założył w Meksyku wytwórnię filmową Canana, pomagającą w produkcji i dystrybucji młodego kina meksykańskiego. Zorganizował też pierwszy w historii kraju objazdowy festiwal filmów dokumentalnych. – Do 2006 r. nie widziałem ani w kinie, ani w telewizji dokumentu, który pokazywałby prawdę o Guadalajarze, w  której żyje przecież 5 milionów ludzi! Chcemy, by powstawały prawdziwe filmy o Meksyku: o korupcji polityków, porwaniach i zabójstwach kobiet, współpracy wojska i policji z handlarzami narkotyków – mówi.

Więcej niż zabójczy brunet

Próbując wytłumaczyć fenomen Bernala, Piotr Kobus, szef Manany, dystrybutora filmów latynoskich, mówi, że poza wszystkim to kolejny „zabójczy brunet": – Typ latino, popularny w kinie od czasów Rudolfa Valentino i Gardela. Nie Metys, ale Latynos typu europejskiego, jak Banderas czy Bardem. Ale to nie jest gwiazdor, który zrobi wszystko dla  kilku milionów dolców. On wie, czego chce. Przed tygodniem widziałem na  festiwalu w Locarno nowy film z jego udziałem. To „The Loneliest Planet” w reżyserii Amerykanki rosyjskiego pochodzenia Julii Loktev. Kameralny film na trzy osoby – dwójka młodych amerykańskich turystów i ich gruziński przewodnik w górach Kaukazu. Małe, artystyczne, prowokacyjne kino. Na takie właśnie produkcje Bernal znajduje czas. Dobry aktor z  głową na karku, nie tylko piękna twarz.

I rzeczywiście: poza pracą na  planach filmowych wciąż angażuje się w akcje społeczne. Popiera Oxfam, międzynarodową organizację humanitarną prowadzącą walkę z głodem na  świecie. Zabiega o upowszechnienie zasad tzw. sprawiedliwego handlu. W  2005 r. wziął udział w masowych protestach w Edynburgu, które towarzyszyły obradom przywódców najbogatszych państw. Jako przedstawiciel Oxfam jeździ na konferencje Światowej Organizacji Handlu, podczas których próbuje przekonać polityków do swoich racji. Ostro wypowiada się zwłaszcza przeciw polityce koncernów żywnościowych, która nie daje szans drobnemu rolnictwu. Dla Bernala to ważna sprawa, odkąd w  2006 r. spędził kilka dni wśród farmerów w meksykańskim regionie Chiapas. Martwi się, że są w jego kraju rejony bez dostępu do czystej wody. – Przez całe życie ludzie piją tam coca-colę – mówi.

Co nie  znaczy, że trzeba dostrzegać w Bernalu przede wszystkim rewolucjonistę. On sam mówi: – Nie chciałbym wpaść w skrajność, jak niektórzy filmowcy z  Europy, którzy bardziej zajmują się polityką niż sztuką. Marnują energię na dopisywanie do swoich filmów znaczeń i przesłań, zamiast skupić się na dobrych scenariuszach.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2011
Więcej możesz przeczytać w 35/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także