Filantrop i strzelba na słonie

Filantrop i strzelba na słonie

Najsłynniejszy inwestor świata namawia do podniesienia podatków dla milionerów, a jednocześnie chętnie korzysta z amerykańskich ulg podatkowych. Warren Buffett znów wywołuje burzę.
Jeszcze dziesięć lat temu był jedynie najbardziej znanym inwestorem giełdowym świata. Dziś jest też arcyfilantropem. Wprawił wszystkich w  osłupienie, gdy w 2006 r. ogłosił, że przekaże większość swego majątku Fundacji Billa i Melindy Gatesów. Teraz idzie krok dalej, chcąc zmusić najbardziej zamożnych Amerykanów do płacenia wyższych podatków. Na łamach „The New York Times" w artykule „Skończmy z rozpieszczaniem bogaczy" wezwał Kongres, by podniósł podatki obywatelom o dochodach ponad milion dolarów rocznie. To w Stanach 236 tys. osób w większości –  jak zapewnia Buffett – przyzwoitych ludzi, którzy kochają Amerykę i nie zaprotestują przeciw większym obciążeniom. Multimiliarder ujawnił, że w  ubiegłymroku zapłacił niespełna 7 mln dolarów podatku (dokładnie 6 938 744), czyli tylko 17,4 proc. swych dochodów.

Tymczasem pracownicy jego funduszu inwestycyjnego Berkshire Hathaway oddają średnio fiskusowi 36 proc. Nie tylko Buffett uważa, że bogaci powinni w większym stopniu ponosić koszty kryzysu. W lipcu 130 milionerów zwróciło się do prezydenta Obamy i liderów republikańskich z apelem o podwyższenie opodatkowania dochodów powyżej miliona dolarów. „Prosimy, zróbcie dobrą rzecz dla kraju, podnieście nam podatki" – napisali, dając w ten sposób prezydentowi argument w sporze w Kongresie z Tea Party, która broni wprowadzonych za  czasów Busha ulg dla najbogatszych.

Artykuł Buffetta (był jednym z  nieformalnych doradców ekonomicznych Obamy podczas jego kampanii wyborczej) wywołał jednak znacznie większy rezonans. Także za granicą. Część bogaczy znad Sekwany, w tym dziedziczka koncernu kosmetycznego L'Oréal i prezes naftowego Totala, zwróciła się do prezydenta Sarkozy'ego, by obarczył ich dodatkowym podatkiem dla wspomożenia finansów państwa (złośliwi twierdzą, że to ruch wyprzedzający na wypadek powrotu socjalistów do władzy).

Z podobnym apelem wystąpiło kilku najbogatszych Niemców, w tym właściciel znanego domu wysyłkowego Michael Otto. Buffett kwestionuje kanon ekonomii, zgodnie z którym wyższe podatki są szkodliwe dla gospodarki. Wskazuje, że w latach 1980-2000 najzamożniejsi Amerykanie oddawali państwu znacznie więcej, a mimo to gospodarka USA stworzyła wówczas prawie 40 mln miejsc pracy. „Pracowałem z inwestorami przez 60 lat i do tej pory nie spotkałem żadnego, którego wysoki podatek od potencjalnego zysku odstraszyłby od rozsądnej inwestycji" – napisał w  „NYT".

Nie chcę umrzeć w hańbie

Te twierdzenia wywołały wielki ferment w Ameryce. A najbardziej zbulwersowały ekonomistę Arthura Laffera, autora słynnej krzywej Laffera, pokazującej, że – po przekroczeniu pewnej granicy –  podwyższanie opodatkowania zmniejsza, a nie zwiększa wpływy do  państwowej kasy. – Hipokryzja Buffetta jest niewyobrażalna – mówił Laffer w wywiadzie dla  CNBC.

– Jeśli chce większej sprawiedliwości, to dlaczego nie zaproponuje 50 proc. podatku na majątki powyżej 1 mld dolarów? Oczywiście tego nie  zrobi, bo musiałby go zapłacić. Inni przeciwnicy pomysłu najbardziej znanego inwestora Ameryki ostrzegają, że gdyby został zrealizowany, to mniej skorzy do ofiarności bogacze ukryliby dochody przed urzędem podatkowym. W końcu mają na  usługach dobrych prawników, księgowych i podatkowe raje na kokosowych wyspach kilkaset kilometrów od amerykańskich granic.

Media zarzuciły Buffettowi, że walczy z ulgami dla bogaczy jedynie słowami, a nie czynem. Kilka dni temu kupił za 5 mld dolarów akcje Bank of America. Dzięki różnym ulgom, na które raptem kilka dni wcześniej tak się oburzał, transakcja znacząco zmniejszy obciążenie podatkowe Berkshire Hathaway. Kurs akcji BoA wystrzelił o 11 proc., gdy inwestorzy rzucili się je kupować, powielając ruchy mistrza, a Buffett w jeden dzień zarobił 350 mln dolarów.

Hipokryta? Ale jaki hipokryta oddaje 99 proc. majątku na cele charytatywne? Krytyka nie zraża Buffetta. Wyznaje dewizę Andrew Carnegiego, że  człowiek, który umiera bogaty, umiera w hańbie. XIX-wieczny magnat stalowy, fundator słynnej nowojorskiej Carnegie Hall, pod koniec życia oddał cały swój majątek na cele charytatywne, w tym na budowę sieci bibliotek publicznych. Z kolei Buffett wraz z Billem Gatesem rozpoczął w  ubiegłym roku kampanię „The Giving Pledge", przekonując najzamożniejszych Amerykanów, by oddali na cele dobroczynne co najmniej połowę majątku.

Na apel odpowiedziało już 34 miliarderów, wśród nich właściciel firmy informatycznej Oracle Larry Ellison, założyciel CNN Ted Turner czy burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg. Chcą skończyć z  tworzeniem finansowych dynastii. – Zostawię dzieciom tyle, żeby czuły, że mogą zrobić wszystko, ale nie aż tyle, aby nie robiły nic –  zapowiedział Buffett, który podkreśla, że rosnące różnice w zamożności obywateli stają się poważnym amerykańskim problemem.

Bogacze zgłaszają gotowość oddania co najmniej połowy fortuny na cele charytatywne, ale na jakie konkretnie, wciąż nie wiadomo. – To dobrze wygląda w telewizji, ale prowadzi do jeszcze większego uzależnienia obdarowanych od pomocy z zewnątrz i zniechęca do wzięcia losu we własne ręce. Dochodzi przy tym do niesłychanego marnotrawstwa –  krytykuje hinduski miliarder Mukesh Ambani, który zdaniem magazynu „Forbes" za cztery lata będzie najbogatszym człowiekiem świata.

Miliarder z sąsiedztwa

Buffett w Berkshire Hathaway zarabia 100 tys. dolarów rocznie i zwraca firmie nawet koszty prywatnych połączeń telefonicznych. To osiem razy mniej, niż dostaje dyrektor finansowy spółki Marc Hamburg. Niemniej jednak fundusz na samą ochronę szefa wydaje 3,5 razy więcej, niż wynosi jego wynagrodzenie. Miliarder znany jest z oszczędności. Na kupno używanego samolotu Falcon dał się namówić dopiero w połowie lat 80.

Wciąż mieszka w domu w  miasteczku Omaha w stanie Nebraska, kupionym w latach 50. za 31,5 tys. dolarów (wspomniany Mukesh Ambani buduje 27-piętrową rezydencję w  Bombaju za miliard dolarów). Niektórzy uważają go za dusigrosza i  skąpca. Po Wall Street krąży anegdota, jak pożyczył córce 20 dol., gdy zabrakło jej drobnych na parking, ale zażądał, by wystawiła mu czek.

Żyje jak przeciętny Amerykanin – sam prowadzi samochód, chodzi do  niedrogich restauracji z hamburgerami, które uwielbia, podobnie jak krwiste amerykańskie steki. Te ostatnie chętnie jada w Smith & Wollensky na Manhattanie. Kosztują po 36,5 dolara, ale dużo więcej muszą za nie płacić zwycięzcy charytatywnej aukcji, na której licytuje się przywilej lunchu z giełdowym guru. Ostatniego kosztowało to rekordowe 2,66 mln dolarów. Ameryka kocha Buffetta. Jest przeciwieństwem obnoszącego się z luksusem potentata nieruchomości Donalda Trumpa czy aroganckiego magnata medialnego Ruperta Murdocha. Podkreśla w wystąpieniach, że niczym nie  różni się od słuchaczy. Mówi, co wszyscy chcieliby słyszeć. Na przykład o bankierach, którzy pożyczając „wszystkim, którym bije puls", doprowadzili do kryzysu, a teraz inkasują sowite premie. Buffett oskarża ich o skrajną głupotę i domaga się większego nadzoru nad ich ryzykownymi praktykami. Jednak nie obeszło się bez zgrzytu, gdy miliarder bronił agencji ratingowych, na których opinii bankierzy opierali swe kalkulacje. – Agencja Moody’s popełniła błąd jak wszyscy w kraju –  stwierdził tonem niewiniątka podczas przesłuchań przed kongresową komisją badającą kryzys finansowy. Problem w tym, że Buffett ma w  Moody’s pokaźny pakiet akcji.

Inwestor w majtkach

Mówi, że przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych ma dwie zasady. Zasada nr 1: Nigdy nie trać pieniędzy. Zasada nr 2: Zawsze pamiętaj o zasadzie nr 1. Podobnych bon motów ma na kopy. „Dopiero podczas odpływu okazuje się, kto pływał bez majtek" – mawia. Odpływ to kryzys, a majtki to solidne fundamenty biznesowe. Wiesław Rozłucki, założyciel i wieloletni prezes warszawskiej giełdy, nie ukrywa, że najwyżej ceni właśnie styl inwestowania Buffetta.

– Szuka spółek niedowartościowanych, w tradycyjnych branżach, takich, które w  dłuższej perspektywie mogą wyraźnie zwiększyć zyski. Przede wszystkim, jak sam podkreśla, nie inwestuje w coś, czego nie rozumie – mówi Rozłucki. Właśnie dzięki temu Buffett uniknął internetowej bańki na przełomie wieków, gdy gracze kupowali jak leci firmy „nowej gospodarki", często niemające żadnej wartości. Za to gdy już kupi akcje, to trzyma je długo.

Różni się tym od szukających szybkiego zysku spekulantów jak George Soros, skądinąd również wielki filantrop. „Jeżeli nie chcesz mieć czegoś przez dziesięć lat – powiedział kiedyś – to nie trzymaj tego nawet przez dziesięć minut". Innym razem zaznaczył, że jego ulubionym horyzontem inwestycyjnym jest wieczność. Bardzo rzadko korzysta z kredytu. Zawsze był przeciwny nowinkom, takim jak kontrakty terminowe, o których stwierdził, że powinny być zakazane. W marcu 2002 r. zagrał jednak na osłabienie dolara, obserwując rosnący deficyt budżetowy USA.

Szybko tnie straty i patrzy w przyszłość. Mawia, że gdyby historia była w biznesowej grze najważniejsza, to  „najbogatszymi ludźmi byliby bibliotekarze". Strategia ta sprawdzała się przez lata. W marcu tego roku magazyn „Forbes" umieścił Buffetta na  trzecim miejscu na liście najbogatszych ludzi na świecie. Jego majątek ocenił na ponad 50 mld dolarów.

Wyrocznia z Omaha

Początki inwestycyjnej kariery Buffetta obrosły już w legendy. Według jednej z nich pierwsze pieniądze zarobił na kupnie za 25 centów sześciopaku coca-coli w sklepie dziadka i odsprzedaży napoju po 5 centów za butelkę. W wieku 11 lat zarabiał już na giełdzie, budząc tym podziw ojca maklera.

Za pożyczone od rodziny 100 tys. dolarów w latach 60. kupił akcje firmy włókienniczej Berkshire Hathaway i przekształcił ją w  fundusz inwestycyjny, który obecnie dysponuje pakietami akcji ponad 60 spółek, w tym 12,1 proc. American Express, 8,3 proc.

The Coca-Cola Company czy 9,6 proc. Gillette. Często nazywany jest „wyrocznią z Omaha" ze względu na oddźwięk, jaki mają jego inwestycje i wypowiedzi. W Chinach nazywa się go „bogiem akcji". Gdy poinformował, że nosi garnitury wyłącznie chińskiej marki Dayang Trands, a inne wyrzucił, jej akcje w ciągu kilkunastu dni podrożały o mniej więcej 85 proc. To nie znaczy, że nie popełnia błędów. Potrafi się jednak do nich przyznać.

W corocznym liście do  akcjonariuszy, w marcu 2009 r. stwierdził nie bez wdzięku, że dokonał „kilku głupich inwestycji", a przede wszystkim popełnił „kardynalny błąd", kupując akcje spółki paliwowej ConocoPhillips w samym szczycie cen ropy i benzyny. Inną porażką była inwestycja w dwa irlandzkie banki za 244 mln dolarów. Berkshire stracił 89 proc. tej kwoty, gdy na  Zielonej Wyspie załamał się system bankowy. Wydawało się, że obecny kryzys zachwieje renomą „wyroczni z Omaha".

Zgodnie ze swą dewizą „Bądź chciwy, gdy inni się boją, bój się, gdy inni są chciwi" już w tydzień po bankructwie Lehman Brothers zaczął namawiać: „Kupuj amerykańskie akcje. Ja kupuję". Jednak nie docenił skali załamania. Wartość nabytych w październiku 2008 r. walorów General Electric czy Goldman Sachs stopniała jeszcze o połowę, a odchudzony o 25 mld dolarów Buffett przestał być numerem 1 na liście „Forbesa". Ale w  ostatecznym rozrachunku jego strategia nie zawiodła. Rok później odrobił straty na giełdzie, a w wyniku kryzysu stał się jeszcze większym tradycjonalistą, co pokazał zakupem za 26 mld dolarów 6 tys. lokomotyw i  teksańskiej linii kolejowej Burlington Northern Santa Fe.

Ukończeniu parę dni temu przez „wyrocznię z Omaha" 81 lat towarzyszyły spekulacje na temat tego, kto będzie jego następcą w Berkshire Hathaway. Sam Buffett ucina wszelkie dywagacje o przejściu na zasłużoną emeryturę. „Nasza strzelba na słonie jest wciąż naładowana, a palec na spuście pozostaje w gotowości" – napisał do akcjonariuszy. Aby móc rozdawać, trzeba zarabiać.

Okładka tygodnika WPROST: 36/2011
Więcej możesz przeczytać w 36/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0