To nie Ameryka

To nie Ameryka

To naturalne - mówią polscy najbogatsi - żeby ci, którym się powiodło, pomagali innym. Ale pomogą najlepiej, inwestując i tworząc nowe miejsca pracy. Najważniejsze, żeby z podatkami nie uciekali za granicę.
Polscy najbogatsi sceptycznie traktują apel Warrena Buffetta, który wzywa do podwyższenia podatków płaconych przez najbogatszych Amerykanów.

– To przede wszystkim PR – mówi Krzysztof Klicki, właściciel spółki Kolporter SA (20. miejsce w rankingu najbogatszych „Wprost", z majątkiem 1,25 mld zł). – Z jednej strony Buffett apeluje o podwyższenie podatków dla najbogatszych, z drugiej nie ma skrupułów, by korzystać z ulg, które sam potępia. A czy – niezależnie od tego, jak ocenimy apel Buffetta – polscy przedsiębiorcy nie powinni dorzucić więcej do wspólnego garnka?

Klicki: – Każdy podatek jest zły, bo zmniejsza ilość pieniędzy, które można przeznaczyć na inwestycje. Jesteśmy na dorobku i powinno nam zależeć na  tym, żeby nasze przedsiębiorstwa się rozwijały, inwestowały, zdobywały rynek i tworzyły miejsca pracy.

Henryk Orfinger, prezes firmy Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris (wraz z żoną 54. miejsce na liście najbogatszych, 420 mln zł): – To jest naturalne, żeby ci, którym się udało i którzy ciężko pracowali na to, żeby im się udało, pomagali innym. Ale taka pomoc powinna się odbywać poprzez inwestycje, budowanie miejsc pracy, rozwój, a nie poprzez dodatkowe opodatkowanie.

Państwo marnuje

Nie ma wątpliwości – za podwyższeniem podatków polscy przedsiębiorcy się nie opowiedzą. To nie Ameryka. Do dziś pamiętam dzień inauguracji prezydentury Billa Clintona w  Waszyngtonie. Obok stał wyprężony na baczność dwumetrowy strażak, a może leśnik, w galowym mundurze. Z ręką na sercu śpiewał „Star Spangled Banner", a po surowej męskiej twarzy ciekły mu łzy. Podobne emocje były powszechne w patriotycznie wzmożonym tłumie.

– Cała nasza tożsamość –  tłumaczył mi potem znajomy Amerykanin – polega na wierze, że nasze państwo jest wielkie, że ma wielką misję do spełnienia i że tej misji warto służyć. No cóż – my wierzymy, że nasz naród jest wielki, bo dzielnie znosi krzywdy. Ale czy to, że nas krzywdzą, jest wystarczającym powodem, by  bez szemrania płacić podatki?

Jak mówi Mirosław Barszcz, doradca podatkowy, a w przeszłości wiceminister finansów, Polacy nie mają przesadnej wiary w to, że państwo robi dobry użytek z podatków. Widzą jego nieudolność, a często nawet wrogość w stosunku do obywatela. Widzą także, jak wiele pieniędzy jest przez państwo marnowane – na przykład wydatki na świadczenia społeczne, które trafiają do kieszeni zamożnych ludzi, czy na  wcześniejsze emerytury dla zdrowych byków.

Arkadiusz Muś, właściciel firmy Press-Glas (32. na liście najbogatszych, 710 mln zł): – Trudno się dziwić polskim przedsiębiorcom, że wolą tworzyć miejsca pracy, zamiast zrzucać się na źle zorganizowaną i  niewydolną strukturę państwową. Polska jest zbyt socjalna, nie ma sensu dywagowanie o tym, żeby podwyższać podatki dla utrzymania tego stanu rzeczy. Henryk Orfinger: – Podatki idą do państwowej kasy, która często nie  gospodaruje nimi najlepiej. Bardzo chętnie sam pomagam ludziom, którzy są w potrzebie – na przykład kupuję bardzo drogie lekarstwo albo płacę za zainstalowanie windy dla niepełnosprawnego. Państwo tego nie robi najlepiej.

A jeśli państwo nie jest sprawne, to nie ma sensu nadrabiać tej niesprawności karaniem tych, którzy potrafią lepiej od urzędników wydawać pieniądze. – Kiedy się zapyta któregoś z naszych milionerów, czy byłby skłonny płacić wyższe podatki, to oczywiście będzie szukał uzasadnień, które brzmią racjonalnie, ale które zarazem nie doprowadzą do narażenia się władzy – mówi Barszcz. – Ale gdy nie będzie rozmawiał z dziennikarzem, to przyzna, że po prostu nie widzi powodu, aby finansować pół miliona urzędników wrogiego mu państwa, które tylko szuka okazji, żeby go  oskubać i które traktuje go jako potencjalnego złodzieja. Nic dziwnego, że wielu najbogatszych ucieka z podatkami za granicę. Koszt założenia struktury offshore (czyli rejestracji spółki za granicą) to 20 tys. zł rocznie.

– Gwiazdy i celebryci, najbardziej znani biznesmeni posiadający majątki warte miliardy złotych, a nawet niektórzy politycy praktycznie nie kryją się z tym, że ich aktywa są ulokowane za granicą – argumentuje Barszcz. – Wielu Polaków myśli tak – jeśli takie rzeczy mogą robić osoby ze  świecznika, to dlaczego nie ja? Teraz ministerstwo finansów chce zatkać te dziury – zaczyna od Cypru, gdzie bardzo łatwo i tanio jest się przenieść z majątkiem, ale poza Cyprem są dziesiątki innych państw i do rozmaitych struktur tam tworzonych pieniądze wypływają z Polski szerokim strumieniem.

Płać w kraju

Może więc rzecz nie w tym, żeby najbogatsi Polacy płacili wyższe podatki, ale żeby je płacili w ojczystym kraju? Ryszard Florek, prezes spółki Fakro, drugiego na świecie producenta okien dachowych (36. na liście najbogatszych, 600 mln zł), tak właśnie robi, ale zauważa, że „biorąc pod uwagę skłonność Polaków do  kombinowania, to podnoszenie podatków w Polsce może się okazać szkodliwe dla polskiego budżetu". – Jeśli chcemy, by kraj się rozwijał, to trzeba budować taki system podatkowy, takie mechanizmy i taki klimat, by  motywował najbogatszych nie do konsumowania, nie do wyjeżdżania za  granicę, ale do tego, by rozwijali swoje firmy – mówi przedsiębiorca, który cały zysk inwestuje. Sam sobie wyznaczył tylko 5 tys. zł pensji, bo „potrzeby ma umiarkowane".

– Przecież jestem nie tylko liberałem, ale także Polakiem, polskim przedsiębiorcą! Nie zamierzam w żaden sposób obchodzić prawa! – wzrusza ramionami Arkadiusz Muś, zresztą były prokurator, zapytany, dlaczego płaci podatki w kraju.

O jakich podatkach mówimy? W zeszłym roku podatek PIT w wyższej grupie podatkowej (32 proc. od dochodów ponad 85,5 tys. zł) płaciło niespełna 500 tys. ludzi – mniej niż co 50. podatnik. Ich przeciętny roczny dochód to raptem 140 tys. zł. Ci naprawdę najbogatsi płacą podatki z tytułu dywidend z zysku firm, ze sprzedaży akcji, w ostateczności są na  kontraktach menedżerskich. W każdym przypadku podatek wynosi 19 proc. –  przy czym mówimy o dochodzie, nie o stanie majątkowym.

– Ludzie czytają, że majątek kogoś z listy najbogatszych wzrósł w ciągu roku z 300 do 400 mln i pytają: „A ile on od tego zapłacił podatku?" –  mówi doradca podatkowy z firmy Ernst & Young Jarosław Koziński. –  Odpowiedź jest prosta – nic. Bo to nie są prawdziwe pieniądze, tylko wzrost wirtualny, wynikający np. z wyceny giełdowej. W kolejnym roku, tak było np. w 2009 r., wartość tego majątku może spaść o połowę. Podatek byłby naliczany wtedy, kiedy przedsiębiorca postanowiłby sprzedać przedsiębiorstwo i pieniądze przeznaczyć na prywatną konsumpcję. Wtedy musi fiskusowi oddać te 19 proc. Gorzej, że 19 proc. trzeba oddać także wtedy, gdy przedsiębiorca chce zysk z jednej spółki zainwestować w nowy rodzaj działalność gospodarczej.

– Czy takie zniechęcanie do inwestowania ma sens? – pyta retorycznie Henryk Orfinger. – Dlaczego nie ma u nas takich możliwości jak w wielu innych krajach, gdzie są ulgi inwestycyjne? Orfinger także należy do grona tych przedsiębiorców, którzy płacą podatki w Polsce, i nie pochwala szukania za granicą sposobów na ich zmniejszenie. Dlaczego ci, których posądza się o to, że na każdym kroku szukają okazji do zysku, rezygnują z nietrudnych do zdobycia pieniędzy?

– Chciałbym na przykład móc jeździć po dobrych drogach i czuć się bezpiecznie, kiedy wychodzę na ulicę – tłumaczy Krzysztof Pruszyński, właściciel firmy Blachy Pruszyński (55. miejsce, 420 mln zł). – A  przecież bez wpływów z podatków żaden kraj nie jest w stanie zadbać o  odpowiednią jakość życia obywateli. Proste, prawda?

Okładka tygodnika WPROST: 36/2011
Więcej możesz przeczytać w 36/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 3
  • Magda IP
    W Polsce też nigdy nie wiadomo jak będzie, dlatego trzeba jak najszybciej zacząc oszczędzać zeby choć troche zabezpieczyć sie na przyszłośc!
    • kamila IP
      i cale szczescie, bo u nich kryzysy niekryzysy, same problemy, a w polsce jest calkiem dobrze
      • nowy komuch IP
        Jeszcze nie było przypadku,aby bogaty dobrowolnie podzielił się nie majątkim,ale tym co mu zbywa.No chyba,że wskrzesimy dzierżyńskiego i jego bolszewików.Wtedy tak,by nie stracić wszystkiego,burżuje okażą niezwykły przejaw solidaryzmu społecznego we wszystkich możliwych odmianach.Teraz ci złodzieje są na etapie wetowania strat po tym strasznym okresie komuny.

        Czytaj także