Tajemnica (nie)odkryta

Tajemnica (nie)odkryta

Jedni mieli nadzieję znaleźć w niej skandalizujące szczegóły z życia księdza poety, inni liczyli na hagiografię. Przeliczyli się wszyscy. W książce Magdaleny Grzebałkowskiej „Ksiądz paradoks” Jan Twardowski ani nie prowadzi podwójnego życia, ani nie jest współczesnym świętym.
Sypiał z nimi, czy nie sypiał? Donosił, czy nie donosił? – to pytanie, ukradkiem, nie wprost, przewija się przez media, od kiedy stało się jasne, że ukazanie się biografii księdza Jana Twardowskiego jest kwestią czasu. Wcześniej mało kto wierzył, że autorce, Magdalenie Grzebałkowskiej (Grand Press 2010 za tekst „Kocham cię. Zabijmy męża"), uda się zdobyć choćby część materiału potrzebnego do napisania książki. Bo mimo że ksiądz poeta już od lat 70. ubiegłego wieku cieszył się wielką popularnością (do dziś sprzedano 2 mln egzemplarzy jego książek), prawie nic o nim nie wiadomo. Ksiądz Twardowski trzymał się z dala od  polityki, w jego życiu nie było żadnych doniosłych ani tragicznych, poza wojną, zdarzeń. Nic, na czym można by zbudować fabułę książki czy filmu. Nic, poza tajemnicą.

Atmosferę sensacji podsyca sama autorka, zaczynając książkę fragmentem listu od niewymienionego z nazwiska nadawcy: „Szukając, jaki naprawdę był ks. T., nie zdaje sobie Pani sprawy ze stopnia trudności zagadnienia. Jest to praca porównywalna do dochodzeń Sherlocka Holmesa. Ksiądz T. był bardzo skomplikowanym człowiekiem (...). Miał różne okresy w swoim życiu, lepsze i gorsze (...). Wątpię, że ktokolwiek opowie Pani o tym gorszym okresie".

Kolejne rozdziały czyta się coraz szybciej w  oczekiwaniu na coś, co zburzy franciszkański mit, co pozwoli skończyć z  nieco tandetnym wizerunkiem „księdza od biedronek". Bomby jednak nie ma, ale w tym nakręcaniu emocji czytelnika tkwi siła książki Grzebałkowskiej. Wyłania się z niej obraz człowieka nękanego wątpliwościami, często samotnego, mającego wiele słabości. Mężczyzny, który do 90. roku życia nosił perukę, który zakochiwał się w swoich przyjaciółkach, którego wbrew deklarowanej skromności łechtała sława wielkiego poety. Pomnikowy do tej pory „ksiądz, który pisze wiersze”, nabiera tu nieco bardziej ludzkiego charakteru.

– To był wspaniały człowiek, dobry, współczujący, bardzo dowcipny. Ale nie był święty za  życia, nikt nie jest. Chciałam poskrobać to złoto na jego pomnikach i  zobaczyć, jaki był naprawdę. Podchodziłam do tej książki bez założeń, nigdy go nie poznałam, nie byłam na jego kazaniach, niewiele o  nim wiedziałam. I zaczęłam go powoli odkrywać – mówi Magdalena Grzebałkowska.

Ksiądz od biedronek
Jan Twardowski interesował się literaturą od dzieciństwa, w czasach licealnych pisywał w „Kuźni Młodych", podobno marzył o karierze literata. Wspominał, że chciałby kiedyś założyć rodzinę. Cytowani w  książce Grzebałkowskiej znajomi i członkowie rodziny nie przypominają sobie, by Jan w młodości myślał o kapłaństwie. „Powołanie (…) samo go  odnalazło”.

Święcenia przyjął dopiero po wojnie, w 1948 r. Miał wtedy 33 lata. Zawsze podkreślał, że przede wszystkim jest księdzem, poezja była dla niego wyłącznie osobistą, drugorzędną działalnością. Nie chciał, by  nazywano go poetą. Nie przepadał za publicznymi wystąpieniami, jego kazania, choć literacko bez zarzutu, były krótkie, wygłaszał je cichym głosem, niewyraźnie.

Popularność przyniósł mu wydany w 1970 r. tomik „Znaki ufności". Zaczęły się zaproszenia za granicę, nagrody i wywiady. Coraz więcej ludzi przychodziło na jego msze do warszawskiego kościoła ss. Wizytek. W latach 80. wiersze księdza Twardowskiego znikały z  księgarń już kilka dni po premierze.

W życiu księdza pojawiały się też nowe przyjaźnie, przede wszystkim z kobietami. Niektóre z nich, jak wynika z książki Grzebałkowskiej, mogły mieć dość burzliwy charakter. Z  powodu zakończenia przyjaźni z tajemniczą W. w 1957 r. Twardowski zaczął prowadzić dziennik. Pisał, że „popełnił wobec niej największy błąd w  życiu i ona jedna ma prawo źle o nim myśleć", że choć „ich przyjaźń zawsze była bezinteresowna, zapomniał się i chciał od niej czegoś dla  siebie”.

Grzebałkowska: „Modlił się za nią. Prosił Boga o wybaczenie wszystkiego, co było złe w tej sprawie. Jako pokutę zadał sobie dziesięć mszy świętych w jej intencji i codzienne odmawianie dziesiątki różańca".

Janina P., z którą ksiądz Twardowski przyjaźnił się na początku lat 60., pisała do niego: „Wspaniały, Najdroższy, Mój Najmilszy, Najbardziej Uroczy – Niepowtarzalny mój Janku! W marzeniach i tęsknotach jesteś mi tak b. bliski (...) Listu każdą literkę całuję, a za nią ukrytego Ciebie – twoja J.". Inna, nieznana nawet z imienia kobieta w liście, który brzmiał jak wyznanie porzuconej kochanki, pisała do Twardowskiego: „O  tym, że jestem ?inna?, wiadomo było od samego początku. Przecież nigdy nie zanosiło się na to, że obcować będziemy na zasadzie 'ksiądz i  penitentka'. Powiedziałam Księdzu szczerze i otwarcie, że widzę w  Księdzu poetę, człowieka o atrakcyjnym intelekcie, mężczyznę, który mi się podoba. (...) Nie wiem też, co tu jest do wybaczenia, bo  przecież, co się stało, już się nie odstanie”.

Kobietami Jan Twardowski otaczał się całe życie. Stałymi gośćmi w jego mieszkaniu były „wnuczki", jak nazywał młode kobiety, z którymi się przyjaźnił. Do każdej z nich odnosił się z czułością, przyznawał, że bywał w nich zakochany.

Jedną z  „wnuczek" była Aleksandra Iwanowska, od końca lat 80. edytorka wierszy Twardowskiego, a obecnie właścicielka praw do jego twórczości. Przez ostatnie lata życia księdza miała wpływ na wiele podejmowanych przez niego decyzji, podobno mówiła mu nawet, z kim powinien się widywać. Teraz, jak nieoficjalnie dowiaduje się „Wprost”, zamierza pozwać wydawnictwo Znak do sądu. Michał Jakubik ze Znaku zapewnia, że  informacje o procesie to na razie plotki, ale przyznaje, że niektóre treści mogą się komuś wydać szokujące: – Zwłaszcza ludziom związanym z  Kościołem, którzy widzą w księdzu Twardowskim przede wszystkim kapłana. My chcieliśmy go pokazać również z innych stron.

Aleksandra Iwanowska to  jedna z największych tajemnic w życiu księdza Twardowskiego. Jak udało się jej zdobyć jego zaufanie? Czy naprawdę miała na niego tak duży wpływ? I czy to prawda, że ma większą część dziennika, który ksiądz pisał od 1957 r.? Tego się z książki nie dowiadujemy. Iwanowska od dawna nie rozmawia z mediami, nie chciała też rozmawiać z Grzebałkowską: „Pyta, dlaczego myślę, że zdradzi mi historie, które sama mogłaby wykorzystać i opisać w swoich książkach" – napisała autorka.

Łowcy mitów i templariusze
Z książką Magdaleny Grzebałkowskiej wielkie nadzieje wiązały najróżniejsze środowiska. Te kościelne oczekiwały hagiografii księdza Twardowskiego, antyklerykałowie pikantnych szczegółów o jego kontaktach z  kobietami, a zawodowi lustratorzy twardych dowodów, że miał jakąś rolę w  próbach niszczenia Kościoła w latach 80.

Nikt nie doczekał się sensacji. Owszem, kapłan miał słabość do kobiet, ale jego kontakty z nimi nie  musiały wykraczać poza przyjacielskie relacje. Owszem, w dokumentach IPN figuruje jako TW „Poeta", jednak niewiele z tej współpracy wynikało, nie  jest powiedziane, że ksiądz współpracował świadomie. Pytanie, czy to  nadmierna ostrożność autorki w wyciąganiu wniosków, czy po prostu sumienne trzymanie się faktów? A być może język dyskusji o naszych bohaterach stępiła niedawna awantura wokół „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego? Znak odmówił wtedy wydania książki, wdowa po  Ryszardzie Kapuścińskim wytoczyła proces nowemu wydawcy, a przez media przetoczyła się burzliwa dyskusja, w której Domosławskiego nazywano zdrajcą, zazdrośnikiem i „psychologicznym ojcobójcą”. Ostatecznie autor dostał dziennikarską nagrodę Grand Press i sprawa przycichła.

–  „Kapuściński non-fiction" ukazał się, kiedy zaczynałam pracę nad swoją książką. Pomyślałam, że też chcę wykonać tak rzetelną robotę, tylko bez autorskiego komentarza, jaki niepotrzebnie zamieszczał Domosławski. Ktoś może mieć do mnie żal, że odbieram niektórym ludziom mit dobra narodowego, że napisałam o jego silnej potrzebie kontaktu z kobietami, że poszłam do IPN. Jedna pani przeczytała fragment przedrukowany w  „Wysokich Obcasach”, napisała do mnie obraźliwy list, pytała, jak ja śmiem swoją nędzną publicystyką obrażać księdza? Potem przeprosiła, prawie się zaprzyjaźniłyśmy – opowiada Magdalena Grzebałkowska.

Autorka cytuje co najmniej kilkunastu rozmówców, którzy, często w dość obcesowy sposób, odradzali jej pisanie książki bądź odmawiali rozmowy. Maria Kędzierska- -Skoczylasowa, jedna z „wnuczek" księdza Twardowskiego, odwołała spotkanie, tłumacząc, że „nie chce mieć już nic wspólnego z tą sprawą i nie chciałaby się przyczynić do złego spojrzenia na księdza Jana”. Niewymieniony z nazwiska znajomy duchownego powiedział: – Co o  nim wiem, to wiem. Ale nie powiem. Dopiero za ćwierć wieku.

Dobrze by  było, gdyby książka Grzebałkowskiej wznowiła przerwaną zbyt szybko po  biografii Kapuścińskiego dyskusję o polskich bohaterach i mitach. Ani autorce, ani wydawnictwu nie chodzi przecież o niszczenie legendy księdza poety. Michał Jakubik ze Znaku tłumaczy: – Istnieje prawdopodobieństwo, że niektóre treści mogą komuś wydać się szokujące. Zwłaszcza ludziom związanym z Kościołem, którzy widzą w księdzu Twardowskim przede wszystkim kapłana. My chcieliśmy pokazać go jako człowieka.
Okładka tygodnika WPROST: 38/2011
Więcej możesz przeczytać w 38/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także