Wypas

Wypas

W imię tradycji i światowej promocji mleczarskich osiągnięć narodu kandydaci na  parlamentarzystów zafundowali Krakowowi wielki redyk. Miasto zbaraniało, politycy wyzwali się od baranów. Góralom jest żal. Owce milczą.
Siedzi baca na wielkiej łące i myśli.

– Czym się różni psie gówno od  gówna owcy? – zastanawia się.
– Oba śmierdzą – kiwa głową po chwili. –  Ale gówno owcy śmierdzi dziś bardziej, bo stało się polityczne.

Owiec w  Krakowie jest 150. Plus dwa psy pasterskie. Spora gromadka, nie licząc bacy, dwóch juhasów i ich pomocnika cepra, który ni stąd, ni zowąd pojawił się na Błoniach. Razem z szałasem i koszarem (zagrodą dla owiec).

Psy szczerzą kły
Przeprowadzka owiec z Podhala na Błonia odbyła się uroczyście w sobotę, 9 września. w imię tradycji i światowej promocji mleczarskich osiągnięć narodu kandydaci na parlamentarzystów zafundowali krakowowi wielki redyk. Miasto zbaraniało, politycy wyzwali się od baranów. Góralom jest żal.
Owce milczą. Stado przeszło dumnie spod hotelu Cracovia, pobeczało kilkakrotnie na widok nowego stadionu Wisły, ominęło Skałę Jana Pawła II, po czym zajęło się pracowicie skubaniem trawy dotąd koszonej urządzeniami mechanicznymi. Trawy nie byle jakiej. Paradował na niej na  koniu Józef Piłsudski, modlił się papież Jan Paweł II, śpiewała Céline Dion. No i jeszcze, trzeba to przyznać, pasły się na niej krowy. Do  sierpnia chodziły po niej głównie pieski, odkąd jednak na Błoniach zapachniało owcami, zachowują się dziwnie, warczą i szczerzą kły. Owce pod Wawelem nie pojawiły się jednak po to, żeby służyć jako ekologiczne kosiarki. Znacznie ważniejszą misję przewidział dla nich były wiceminister rolnictwa, a dziś radny małopolskiego sejmiku samorządowego Jacek Soska. A teraz także kandydat na senatora RP z listy PSL. Ten sam, który wsławił się kiedyś tym, że jednemu z demonstrantów pod Sejmem zagroził, iż „da mu w twarz ?chłopską ręką?. Potem o Sosce zrobiło się cicho.

Prawie cicho, bo trzy lata temu Soską, rolnikiem rodem z  Siemianowic Śląskich, zainteresowała się przez chwilę prokuratura. Podejrzewała go o to, że w gminie Wolbrom pobierał dotacje za uprawę nie  swojej ziemi. Sprawę jednak umorzono.

Kilka miesięcy temu Soska zapukał do krakowskiego magistratu w sprawie wielkiego wypasu. Wyliczał urzędnikom, że: owce w Krakowie to wsparcie dla podupadającej tradycji pasterskiej i największego polskiego osiągnięcia kulinarnego w Europie, czyli oscypka, nie mówiąc już o reklamie baranów wśród dzieci. Po czym bez większych przeszkód wydzierżawił od miasta 20 hektarów Błoni pod  jesienny redyk – od września do połowy października. Za co zapłacił z  własnej kieszeni... nieco ponad 3 tys. zł.

Względy drugorzędne Kiedy owce pojawiły się w końcu na Błoniach, władze Krakowa nie kryły zachwytu. – Pomysł jest niecodzienny – entuzjazmowała się podczas otwarcia redyku Monika Piątkowska, pełnomocnik prezydenta miasta ds. marki Kraków. Jak również... kandydatka PSL do Sejmu. Po czym dodała, że  wypas owiec na Błoniach to nie tylko promocja Krakowa i Małopolski w  czasie naszej prezydencji w Radzie UE. To ma też wymiar edukacyjny dla  tubylców.

Co ciekawe, władze Krakowa zupełnie nie wzięły pod uwagę, że  udzielają wsparcia nie tylko oscypkowi, lecz także kandydatowi na  senatora, który startuje z powiatu krakowskiego. I że Soska złoży do  Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa wniosek o dopłatę do gruntów rolnych. To znaczy gruntów leżących na Błoniach. A wszystko wskazuje na  to, że jako chwilowy najemca miejskiej łąki dostanie za jesienny redyk w  Krakowie wielotysięczne dofinansowanie.

– Naszym obowiązkiem jest promocja regionu, inne względy są drugorzędne – wyjaśnia Monika Chylaszek, rzecznik prezydenta Krakowa.

– Hm, trudno się dziwić politykowi, że wykorzystał szansę, by wypromować siebie w tak niekonwencjonalny, zaskakująco niedrogi sposób. Ale podejście władz Krakowa do wypasu owiec w mieście powszechnie uważanym za centrum kultury wysokiej jest co najmniej kontrowersyjne – komentuje decyzję samorządowców dr Olgierd Annusewicz, specjalista od marketingu politycznego z Uniwersytetu Warszawskiego. – To marnowanie ugruntowanej marki miasta, narażanie Krakowa w pewnym sensie na śmieszność.

Z tą  opinią zgadzają się dość jednogłośnie parlamentarzyści z PO i PiS. Pisowski poseł i kandydat na posła prof. Ryszard Terlecki całą sprawę nazwał „ponurym żartem".

Beknąć za wygłup
– Tylko że to nie żart – smuci się Jerzy Fedorowicz, aktor i reżyser, poseł PO. – Choć groteskowe z założenia jest to, by zamieniać miasto w  wieś. I to miasto, które szczyci się królami, bohaterami narodowymi, Miłoszem. Ktoś za taki wygłup powinien beknąć.

Faktem jest, że Jacek Soska jeszcze przed pojawieniem się owiec na  Błoniach snuł przed urzędnikami wizje świetlanej, pasterskiej przyszłości. W tym m.in. spektakularnych pokazów dojenia i produkcji słynnych serków na największej i najsłynniejszej w Europie łące. Oczywiście na oczach najmłodszych, z których wielu owce zna jedynie z  obrazków.

Te argumenty przekonały nie tylko biurokratów. Uległ również słynny baca z Podhala Kazimierz Furczoń z Leśnicy, pierwszy polski góral, któremu udało się uformować oscypka z certyfikatami. Czyli takiego, do którego nie mogliby się przyczepić urzędnicy z Unii Europejskiej.

– To przecież paskudne, że miejskie dzieci myślą, iż mleko to rozpuszczony w wodzie proszek, oscypki produkuje się w fabryce, a  krowy są fioletowe jak w reklamie – martwi się baca. I z tego zmartwienia dał się namówić Sosce na miejski wypas, zabrał do Krakowa stado, a wraz z nim dwóch sąsiadów, pasjonatów owczarstwa.

Za namową wielkiego bacy Krzysztof Łaś (II miejsce w krajowych mistrzostwach strzyżenia owiec) i  Józef Gil z zapracowanych podhalańskich gazdów zamienili się na ponad miesiąc w Krakowie w juhasów. Zamieszkali na Błoniach w ciasnym szałasie, jak na hali bez prądu i wody. I jak na hali z widokiem, tyle że nie na Tatry, ale na kościół Mariacki. Z dojrzewającą jednak powoli świadomością, że trochę to wszystko na pokaz (ku uciesze nie tyle krakowian, ile zachwyconych japońskich turystów). No, może poza porannym i wieczornym wypasem owiec, które trudno przeprowadzić na niby.

Owce na Seszele
Po raz pierwszy czerwone światełko zapaliło się w głowach górali, kiedy wkrótce po ich przybyciu na Błonia w owce zaplątał się konkurencyjny dla  Soski kandydat na senatora Kazimierz Czekaj z PO. Wymachiwał banknotami, dając do zrozumienia, że Soska na krakowskim wypasie zarobi kokosy, że  za publiczne pieniądze, które zostały wydane na owce na Błoniach, można by te owce wysłać... na Seszele. Jacek Soska, który akurat był na  miejscu, zupełnie się z tym nie zgodził. Kontrkandydatowi rozkazał opuścić stado, na co usłyszał, że nie ma czego opuszczać, bo pod Wawelem jest nadzwyczaj dużo baranów. Wszystko nagrywała telewizja.

Od tej pory górale na Błoniach mieli już tylko kłopoty. Najpierw o mały włos owiec nie pożarła puszczona luźno przez spacerowiczów (najpewniej złośliwie) horda psów husky. Później pojawili się różni inspektorzy, by w prostych słowach wyjaśnić bacy i jego juhasom, że nie tylko o wyrobie serków, ale  nawet o ich sprzedaży mowy być nie może. Zaraz potem zjawili się miłośnicy zwierząt z gromkim okrzykiem, że owce z powodu odmiennych niż  na Podhalu warunków kuleją (co później zdementowano), oraz amatorzy czystości miejskiej zieleni oburzeni tym, że owce nie tylko jedzą trawę na Błoniach, ale potem ją również wydalają. Co ciekawe, wydalają ją częściej niż na podhalańskich halach, bo trawa na Błoniach – w  przeciwieństwie do podhalańskich polan usianych głównie ziołami – pełna jest odżywczej, sycącej koniczyny.

– Owca, owszem, naje się, potem wysadzi bobka, ale po dwóch dniach nie ma po nim śladu – tłumaczy tymczasem gazda Krzysztof Łaś z Gronia, któremu po tygodniowym pobycie w  Krakowie zwyczajnie zrobiło się żal. Tego, że dał się wrobić w miejski redyk, że dał się wrobić w wypas polityków. Najchętniej wróciłby do hal, z dala od miejskich psów i telewizyjnych jupiterów, które wraz z  kandydatem na senatora Soską i jego wyborczymi oponentami zagościły na  dobre wśród owiec. W każdym razie Krzysztofa Łasia z Gronia od tygodnia bierze – jak sam przyznaje – potężny nerw. Baca Furczoń też nie czuje się na Błoniach komfortowo. Może dlatego, że na wielkiej miejskiej łące za dużo myśli. Nie tylko o różnicach między psimi a owczymi odchodami. Także o tym, dlaczego wcześniej nie przeczuł, że bardziej niż baranie kupy śmierdzieć potrafi polityka.

A co na to wszystko owce? Pod Wawelem beczą z rzadka, z reguły milczą. Juhas Józek z Leśnicy podejrzewa, że z  zażenowania.
Okładka tygodnika WPROST: 38/2011
Więcej możesz przeczytać w 38/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także