Jedno samopodpalenie - dwie narracje

Jedno samopodpalenie - dwie narracje

Andrzej Ż., w przeszłości pracownik Centralnego Biura Śledczego, prawnik, były pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił naprzeciwko Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym – powołując się na "uzasadnione podejrzenia” – przekonuje, że w urzędzie skarbowym, w którym pracował, popełniono „wiele przestępstw". Bierność organów ścigania wobec tych przestępstw miała być powodem jego samopodpalenia. Na marginesie Andrzej Ż. wspomina też o problemach ze znalezieniem pracy, które mają być konsekwencją ujawnienia przez niego nieprawidłowości w urzędzie. Wina Tuska?
Zaprezentowany powyżej opis tragedii pod KPRM, to tylko jedna z istniejących w tej sprawie narracji. Według drugiej ten sam Andrzej Ż., emeryt mundurowy, który co miesiąc mógł liczyć na 3000 złotych emerytury, rzeczywiście napisał w liście (posługując się ogólnikami) o nieprawidłowościach w urzędzie skarbowym. Zapomniał jednak dodać, że jego podstawowym problemem jest ogromne zadłużenie, za które mężczyzna ów ponosi pełną odpowiedzialność. Fakt, że nie jest w stanie przeżyć za 3000 złotych miesięcznie jest w tym kontekście drwiną z tych wszystkich, dla których takie wynagrodzenie pozostaje od lat niespełnionym marzeniem. Andrzej Ż. nie radził sobie, ale ani państwo, ani premier Donald Tusk nie mieli z tym nic wspólnego.

To, z której narracji korzysta się przy opisywaniu dramatycznego kroku Andrzeja Ż., zależy od sympatii politycznych osoby opowiadającej o zdarzeniu. Nie zwracając uwagi na fakt, że na razie wszystkie te informacje są co najwyżej spekulacjami i domysłami lepionymi ze strzępków faktów, niektórzy publicyści sprzyjający PiS zaczęli już nadawać dramatowi Andrzeja Ż. wymiar polityczny. Samopodpalenie 49-latka pod KPRM porównuje się wręcz do – będącego wyrazem protestu przeciwko reżimowi komunistycznemu - samospalenia Ryszarda Siwca z 1968 roku, czy podobnego gestu sprzeciwu wobec komunizmu na jaki zdobył się Czech Jan Palach.

Mimo apeli polityków, nawołujących do nie wykorzystywania sprawy Andrzeja Ż. w bieżących rozgrywkach, wokół tragedii w Alejach Ujazdowskich rozpoczęła się na dobre gra polityczna. Gra, w której fakty mają drugorzędne znaczenie - a jeśli nie potwierdzają przyjętej na początku tezy, to tym gorzej dla faktów. Nieważne jest więc to, że Andrzej Ż. zwolniony został z pracy w roku 2008, a na swój desperacki krok zdecydował się dopiero trzy lata później. Ważne jest to, że tragedię tego człowieka można zręcznie wykorzystać. Polityczne maglowanie sprawy prowadzi do tego, że w gwarze oskarżeń rzadko przebija się głos rozsądku, wskazujący na to, że – jeśli coś jest na rzeczy - może warto przyjrzeć się prawu, procedurom, może należy powtórzyć kontrolę w urzędzie skarbowym o którym pisał Andrzej Ż. Zamiast dyskusji mamy jednak nagonkę polityczną, uprawianą w rytm kampanii wyborczej i wykorzystującą tragedię człowieka i jego rodziny.

Czytaj także

Czytaj także