O dwóch takich

O dwóch takich

Przez lata rywalizowali. I dalej rywalizują. Ale już nie na śmierć i życie. Obaj wiedzą, że to dla nich polityczna końcówka.
Początek lipca, 65. urodziny Leszka Millera. Pierwsze od lat obchodzone tak hucznie. Ekspremier wraca z politycznego marginesu.

Jednak Millerowi nie wystarcza połowiczna rehabilitacja. Zabiega, aby na przyjęciu pojawił się Aleksander Kwaśniewski.

Kwaśniewski przyjmuje zaproszenie i  wygłasza piękną laudację na cześć jubilata. Millerowi trudno ukryć satysfakcję. Tym bardziej że po raz pierwszy od dekady startuje z listy SLD na posła.

W kampanii Kwaśniewski nawet zaapeluje o głosowanie na  Millera. Bo „trudno byłoby szukać polityków równie kompetentnych, znających politykę we wszystkich jej przekrojach, osoby o takich zasługach dla Rzeczypospolitej".
Dopiero co wieszali na sobie psy. Skąd taki zwrot?

Komentowano, że połączył ich cel – odsunięcie Grzegorza Napieralskiego. Fatalny wynik wyborczy faktycznie zmusił szefa SLD do  rezygnacji.

Ostatnie wybory w klubie: Miller rozgrywa sprawę po swojemu, na zimno. Zawiera sojusz z Napieralskim i ogrywa Ryszarda Kalisza. A  wygrać z Kaliszem, to jak przechytrzyć Kwaśniewskiego.

I tak oto tradycji stało się zadość. Szorstka znajomość. Na zawsze.

Dwie drogi do III RP
Poznali się jeszcze w latach 70. W kolejnej dekadzie byli już sąsiadami. Mieszkali, jak wielu innych prominentów, na warszawskim osiedlu, popularnie zwanym „zatoką czerwonych świń".

Ale poza tym dzieliło ich wszystko. Starszy o osiem lat Miller: z rozbitej rodziny w robotniczym Żyrardowie, skończona zawodówka, praca w przemyśle włókienniczym. A  potem studia na partyjnym uniwersytecie i mozolna wspinaczka po  szczeblach aparatu partyjnego.

Kwaśniewski: syn lekarza z powiatowego Białogardu, szybko awansujący działacz ZSP, jeszcze przed trzydziestką dostaje do prowadzenia studencki tygodnik „itd".

Zbigniew Siemiątkowski, niegdyś polityk PZPR i SLD, dziś wykładowca na UW: – Leszek i jego koledzy znali się z Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR. My – z  obozów studenckich, Stodoły, Hybryd. Wyjeżdżaliśmy na Zachód, znaliśmy języki. Oni musieli użerać się z aktywem powiatowym. Patrząc na nas, mówili sobie, że nie są gorsi.

Ale w gnuśniejącym PRL te różnice się zacierały. – Powstał podział na tych, którzy kładli już do grobu realny socjalizm, oraz tych, którzy nadal chcieli go naprawiać. Pierwsi kolegowali się z młodym Kwaśniewskim, drudzy to stary aparat partyjny –  opowiada Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu.

Pod okiem gen. Jaruzelskiego dorasta grupa młodych sekretarzy partyjnych, których od  poprzedniego pokolenia różni lekceważący stosunek do komunistycznej ortodoksji. Można tu spotkać Józefa Oleksego, Jerzego Szmajdzińskiego, Sławomira Wiatra. I przede wszystkim Leszka Millera.

Urban: – Oni uznawali prymat Kwaśniewskiego, który w 1988 r. został ministrem sportu w rządzie Rakowskiego. Gardziłem tym stanowiskiem, bo sportem się brzydzę. Ale to ja jemu składałem wtedy wizyty, a nie on mnie. Czułem, że Kwaśniewski stoi wyżej w hierarchii dziobania.

Styczeń 1990. Ostatni zjazd PZPR i pierwszy SdRP. Starzy towarzysze zostają odesłani na  śmietnik historii, młode pokolenie bierze sprawy w swoje ręce. Na czele nowej partii staje Kwaśniewski. Osobiście wskazuje połowę składu 120-osobowej Rady Naczelnej.

Sekretarzem generalnym SdRP zostaje Leszek Miller. Bo błyskotliwego przywódcę uzupełnić ma sprawny organizator.

Dawny lider SLD: – Do SdRP nie wszedł najgorszy beton, ale media potrzebowały twarzy symbolizującej ciągłość z przeszłością. Padło na  Leszka. Z liberalnego sekretarza PZPR nagle stał się człowiekiem betonu.

Podział ról jest klarowny. Kwaśniewski bije się w piersi za błędy PRL i  zabiega o względy nowej elity. Miller zwraca się do elektoratu wzdychającego za PRL. Czasy dla postkomunistów są wyjątkowo trudne.

A co  gorsza, wychodzi sprawa „rakodiengów" – miliona dolarów, które tuż przed końcem PZPR Rakowski dostał od towarzyszy z Moskwy na rozruch nowej partii. W sprawę zamieszany jest także Miller – był świadkiem zwrotu części pożyczonej sumy. Gdy w Sejmie wchodzi na mównicę, prawa część sali wychodzi.

W 1993 r. SLD wygrywa wybory i tworzy rząd.

W rządach Pawlaka i Oleksego Miller będzie ministrem pracy, u Cimoszewicza pokieruje MSWiA.

Szorstko po Rywinie
Końcówka lat 90. Rząd Buzka reformuje Polskę, a obaj przywódcy lewicy znów w rolach dobrego i złego policjanta.

Miller, szef opozycyjnego SLD, grzmoci rząd AWS-UW ile wlezie.

A Kwaśniewski, od czterech lat prezydent RP, pielęgnuje harmonijną „kohabitację" z „solidarnościowym” premierem.

– To był podział ról, choć dopasowany do ich charakterów – opowiada polityk SLD. – Leszek jest pragmatykiem. Z kolei Olek szczerze przepraszał za błędy PRL i marzył o partii ponad historycznymi podziałami.

Rok 1999. SLD, który do tej pory był wyborczym sojuszem SdRP i kilkudziesięciu innych organizacji, staje się jednolitą partią. Operację przeprowadza Miller, sam też stanie na czele nowej partii. Kwaśniewski przygląda się temu z Pałacu Prezydenckiego. Bez entuzjazmu.

– To nie była prosta zmiana szyldu, tylko zupełnie nowa partia –  wspomina Siemiątkowski. – SLD stał się partią Leszka Millera.

Ale gdy w  2001 r. powstawał rząd Millera, o „szorstkiej przyjaźni" nikomu się jeszcze nie śniło.

Ówczesny współpracownik premiera: – Leszek przedstawiał Olkowi kandydatury na ministrów. Olek kręcił głową, gdy ktoś mu się nie podobał. „Jak zostaniesz premierem, to będziesz sam decydował" – mówił mu na to Leszek. Konfliktów jednak nie było.

Wszystko się zmienia w dniu, gdy Lew Rywin przychodzi do Adama Michnika z  korupcyjną propozycją.

Urban: – Miller mógł tę sprawę opanować. Odciąć się od podejrzanych i gorliwie doglądać śledztwa. Ale nie docenił znaczenia tej sprawy. Mówił, że jak będzie szum, to coś się zawsze do  niego przylepi, więc lepiej zamieść pod dywan.

Minister z rządu Millera: – Olek szybko się zorientował, że któryś z ośrodków władzy na aferze Rywina może się wyłożyć. Tylko który? W „dużym pałacu" powstał plan utopienia „małego”. Do realizacji wydelegowano Tomasza Nałęcza.

Nałęcz, wówczas polityk Unii Pracy, stanął na czele komisji śledczej badającej aferę. Zawsze miał z Millerem na pieńku. Na początku lat 90. jeszcze jako polityk SdRP publicznie go atakował za „moskiewską pożyczkę". Pracami komisji pokierował bezwzględnie, nie oglądając się na interesy rządzącej koalicji. Z każdym przesłuchaniem pokład rządowego okrętu coraz bardziej napełniał się wodą.

Wojna pałaców
Czym była „szorstka przyjaźń" prezydenta i premiera? Brutalną wojną o  wpływy. W ruch poszły haki, kwity i czarny PR. Po latach ciągle trudno oddzielić fakty od domysłów.

Czy w otoczeniu premiera powstała „grupa hakowa", dowodzona przez Mariusza Łapińskiego, która specjalizowała się w zbieraniu materiałów kompromitujących ludzi Kwaśniewskiego?

Kto miał dostęp do teczki prezydenckiego faworyta Marka Belki i rozsiewał pogłoski o jego współpracy z wywiadem?

Skąd wyszła plotka, którą przez kilka dni żyła cała Warszawa, jakoby Edyta Górniak spodziewała się dziecka z prezydentem Kwaśniewskim?

Co miał za uszami syn premiera Millera? Czy, jak plotkowano, powołując się na wpływy ojca, wyłudzał łapówki od oligarchów? A może to prowokacja, w którą ktoś zaangażował służby specjalne? Jeśli tak – to kto?

Urban: – Czy podstawiali sobie nogi? Gdy przychodził do mnie prezes Orlenu i mówił, że Jolanta Kwaśniewska domaga się 300 tys. zł na bal arystokratów, to interesowała mnie sama informacja, a nie to, czy faceta przysłał Miller, aby dokopać Kwaśniewskiemu.

W wojnie pałaców „duży" wyraźnie wygrywał. Popularność Millera leciała na łeb, a premier czuł coraz silniejszy nacisk na złożenie rezygnacji. W  końcu oddał przywództwo nad SLD, licząc, że zachowa rząd. Przynajmniej do 1 maja 2004 r., aby wciągnąć na maszt unijną flagę i przejść do  historii. Dopina swego, ale nawet wtedy zostaje zmuszony podzielić się splendorem ze swym wielkim rywalem.

Przez chwilę wydawało się, że  Kwaśniewski wykorzysta przewagę, aby ostatecznie utopić Millera wraz z  całym SLD. Akurat Marek Borowski szykował się do odejścia i pod szyldem SdPl zgromadził większość nieskompromitowanych twarzy Sojuszu. Przed odpaleniem nowej partii uzyskał od Kwaśniewskiego obietnicę poparcia.

Prominentny polityk SLD: – Borowski tak to zrozumiał. Jednak Olek dał mu do zrozumienia, że poprze tylko inicjatywę udaną. SdPl w chwili startu było już przegrane. W gronie założycieli zabrakło kluczowej osoby, która w ostatniej chwili się wycofała – Cimoszewicza. Bez niego Kwaśniewski nie ryzykował, zostawił więc Borowskiego na lodzie.

Prezydent został przy SLD i tuż przed wyborami osadził na czele partii Wojciecha Olejniczaka. Rządem kierował już Marek Belka. W wyborach 2005 r. młody szef nie wpuścił niedawnego premiera na listy wyborcze. „To ręka Kwaśniewskiego, Olejniczak nie był tu suwerenny" – stwierdzi później w  wywiadzie Leszek Miller.

Wojnę na górze wygrał Kwaśniewski. Jednak bilans był tragiczny. SLD już nigdy nie powrócił do czasów świetności.

To naprawdę ty?
Spotkali się w styczniu 2005 r., po czym wszelkie kontakty ustały. „Jakoś żaden z nas nie odczuwa takiej potrzeby. Jeśli kiedyś dojdzie do  rozmowy, będzie bardzo trudna" – mówił Miller dwa lata później.

W 2007 r. znów zabiega o kandydowanie do Sejmu. Ale Kwaśniewski z Olejniczakiem zmontowali koalicję Lewica i Demokraci, z udziałem SLD, Partii Demokratycznej i partii Borowskiego. Dla Millera nie ma miejsca. Odchodzi z SLD. Kandyduje z listy Samoobrony. W Łodzi upokarzająca porażka z Olejniczakiem. Uchodzi za polityka skończonego.

„Nasza szorstka przyjaźń jest jeszcze bardziej szorstka" – pożalił się dziennikarzowi. Rok 2008, tuż przed Wielkanocą. Miller jedzie autem, kiedy dzwoni telefon. To dawny znajomy z SLD. Mówi, że oddaje słuchawkę „naszemu koledze”. Miller słyszy głos Kwaśniewskiego. Po raz pierwszy od  trzech lat.

– To naprawdę ty? – pyta.

Kwaśniewski potwierdza.

– Poczekaj chwilę, bo prowadzę samochód. Muszę ochłonąć, żebym wypadku nie  spowodował.

Spotykają się raz, potem drugi, wzajemnie się badają. „Namawiał mnie do startu do Parlamentu Europejskiego, ale niezbyt zachęcająco" – opowie później Miller.

Wspólny znajomy obu polityków: –  Tak naprawdę oni bardzo się lubią. Chętnie spędzają z sobą czas, obaj mają żywe umysły i fajne żony. Często sobie prawią złośliwości, ale to  leży w konwencji ich spotkań.

– A co ich różni?

– Olek jest jak wierny chrześcijanin: wybaczyć i zapomnieć. Leszek jest bliższy klerowi: wybaczyć, ale pamiętać.

Nie ma czasu na wojnę Krok po kroku Miller wraca do łask. Dziennikarze coraz częściej proszą, aby recenzował przywództwo nowego szefa Sojuszu Grzegorza Napieralskiego. Były premier zachowuje jednak dystans wobec wewnętrznych konfliktów.A Napieralski czuje się na tyle pewnie, że wciąga starego lisa na listę wyborczą. Miller łatwo wchodzi do Sejmu. Chwilę później zostaje szefem klubu. Znów jest w grze.

Deklaruje, że przywództwo nad całą partią już go nie interesuje. Naprawdę?

Dziś nikt nie wie, kto stanie na czele SLD. Nie ma oczywistego kandydata. Mówi się nawet o  wskazaniu tymczasowego koordynatora.

Polityk z otoczenia byłego prezydenta: – Może tak być, że protegowany Kwaśniewskiego raz jeszcze walczyć będzie z Millerem. Taki już los tej partii. Ale czy to oznacza odgrzanie podziału na aparat i „oświeconych"? Nie. Leszek pokonał długą drogę i od dawna już nie jest reprezentantem aparatu.

Siemiątkowski: –  Plebejskość, antyelitarność, ludowy antysemityzm. To jest bagaż tej partii wyniesiony jeszcze z PRL. W aparacie takie postawy nadal są obecne. Większość inteligentów się wykruszyło, mieli gdzie odejść. A  ludzie aparatu poza uprawianiem polityki niczego nie potrafią. Więc trwają i bez ich poparcia nie sposób rządzić partią.

Urban: – Miller to  reprezentant aparatu! Tak rozumiem jego wybór na szefa klubu.

Dawny współpracownik Millera i Kwaśniewskiego: – Cokolwiek się stanie, szorstka przyjaźń nie wróci. Szkoda im czasu na prowadzenie wojny, bo  nie mają już go w polityce zbyt wiele. Obaj wiedzą, że to końcówka.
Okładka tygodnika WPROST: 44/2011
Więcej możesz przeczytać w 44/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0