Bardzo głośne milczenie

Bardzo głośne milczenie

Gdy prowincjał zakonu marianów zakazywał ks. Adamowi Bonieckiemu wystąpień w mediach, nie przewidział, że przyniesie to zaskakujący skutek. Dziś „Ksiądz Boniecki ma głos”.
Mam tego dosyć! Personel naziemny ma Pan Bóg nie najlepszy – wściekła się aktorka Krystyna Janda i zapowiedziała, że występuje z Kościoła. Zrobiła to tuż po tym, jak na początku listopada ojciec Paweł Naumowicz, prowincjał Zgromadzenia Księży Marianów, nałożył na swojego podwładnego, kiedyś generała całego zakonu, zakaz wypowiadania się w mediach. Z  wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego".

Przyczyn decyzji prowincjał nie  wyjaśnił, ale nie ma wątpliwości, że chodziło o ostatnie wywiady ks. Bonieckiego, w których mówił m.in. o Nergalu, Palikocie i krzyżu w  Sejmie. Pod petycją w obronie ks. Bonieckiego zebrano już prawie 10 tys. podpisów, są tam m.in. nazwiska ludzi ze środowisk związanych z  miesięcznikiem „Więź", „Znakiem" i „Tygodnikiem Powszechnym”, którym wcześniej nie zawsze było razem po drodze.

Sporą popularność zyskały też wypuszczone przez „Tygodnik" naklejki z podobizną księdza i napisem „Ksiądz Boniecki ma głos (w moim domu)". Ludzie naklejają je na drzwiach domów, na samochodach. Jak zauważył złośliwie prawicowy portal Fronda. pl, Bonieckiego za chwilę zobaczymy nie tylko na zderzakach, ale też na  T-shirtach. Szybko odezwali się też ci, którzy nie mają nic przeciwko kneblowaniu księdza. Katolicki publicysta Tomasz Terlikowski oznajmił, że „zakonnik nie jest od tego, żeby plótł, co mu ślina na język przynosi, lecz żeby reprezentował stanowisko Kościoła”.

Z kolei na  łamach „Naszego Dziennika" ks. prof. Waldemar Chrostowski stwierdził, że  decyzja, którą podjęli marianie, była „oczekiwana", a wypowiedzi Bonieckiego „radykalne”. – Nie było w nich nic radykalnego – ripostuje o. Maciej Biskup, dominikanin z Poznania, redaktor naczelny oficyny „W  drodze”.

– Co jest radykalnego w tym, że ksiądz Boniecki stawia pytania o sens trzymania krzyża w Sejmie, w miejscu, w którym toczy się zaciekła, brutalna polityczna gra, gdzie ostatnią rzeczą, na którą politycy zwracają uwagę, jest miłość bliźniego? – pyta. Jego zdaniem nakaz milczenia dla ks. Bonieckiego w gruncie rzeczy jest dowodem słabości tych, którzy go wydali.

W klasztornej celi

Jeszcze późną wiosną tego roku 77-letni ksiądz Boniecki, dla przyjaciół Bonio, pędził o tej porze do swojej redakcji, do „Tygodnika Powszechnego" na Wiślną. Naczelnym tygodnika był przez 12 lat, od  śmierci wieloletniego szefa Jerzego Turowicza w 1999 r. Z ulicy Warszawskiej w Krakowie, z mieszkania przy parafii św. Floriana, miał najwyżej kwadrans. Szedł, a właściwie biegł, w czarnym berecie, z którym się nie rozstaje, w niemodnych okularach i z fajką w kieszeni. Dziś mieszka w Warszawie w klasztorze Marianów. Mógł tu przywieźć tylko niewielką część swoich książek (miał ich około 8 tys.), przed pożegnaniem z Krakowem i stanowiskiem naczelnego większość imponującej kolekcji rozdał.

Miał na to trochę czasu, bo o tym, że ma zostawić Warszawską i Wiślną i przenieść się do Warszawy, prowincjał marianów (zgromadzenia, do którego należy Boniecki) o. Paweł Naumowicz powiedział mu jeszcze w ubiegłym roku. Teraz ma celę. A właściwie dwie: w jednej śpi, w drugiej pracuje. Nigdy na nią nie narzekał, choć trudno do niej trafić z długich i pustych klasztornych korytarzy. Gorzej już ze zmianą starych nawyków. Fajka – palenie możliwe na zewnątrz. Na śniadanie herbata i kiełbasa, a ksiądz przecież lubi płatki i kawę.

Teraz w ramach tak zwanych zajęć własnych po godzinie dziewiątej rano, niezależnie od  pogody, ks. Boniecki pisze i czyta, a w przerwach opala się na balkonie. Opala się fajką. W pokoju przecież palić nie można. Czasem też, w  przerwach, ksiądz dziwi się, że panie z obsługi klasztoru piorą jego rzeczy, a przecież przez lata miał swoją pralkę. I że ciągle jeszcze dzwonią dziennikarze. Przecież wiedzą, że nie może z nimi rozmawiać. No i obiad o 13, a jadał dotąd wieczorem, a czasem wcale. Pobudka o 5.30, a  przecież jeszcze tak niedawno czytał bezkarnie do trzeciej w nocy. Czasami przesadzał.

Powieść Márqueza sam przed sobą w końcu schował kiedyś do garażu. Więc może i dobrze, że teraz budzą go tak wcześnie. –  Niedobrze – uważa Stanisław Kracik, wojewoda małopolski, który księdza Bonieckiego poznał w latach 70., w duszpasterstwie akademickim. – To  niesprawiedliwe i małe.

Dzień po dniu świadectwo

– Ten „wilk w owczarni" [tak nazwał ks. Bonieckiego biskup Wiesław Mering] otworzył mi oczy na Boga – mówi dr Joanna Święcicka, prezes warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. To było na początku lat 70. Niewierząca, nieochrzczona Święcicka odwiedzała w szpitalu koleżankę, której umierało dziecko. Zjawiał się tam również ks. Boniecki.

– Nie przypominał innych znanych mi kapłanów, był dziwny. Nie  wywyższał się, wręcz przeciwnie: cały czas skupiał się na człowieku –  opowiada Święcicka. Do dziś pamięta, jak ten dziwny ksiądz przechodził razem z matką, która traci dziecko, jej traumę, boleśnie i współczująco. W końcu Święcicka nie wytrzymała, zaczęła z ks. Bonieckim rozmawiać: o  wierze, o Bogu, o ludziach. Potem z nim korespondowała, gdy przeniósł się na osobistą prośbę Jana Pawła II do Rzymu, by redagować polską wersję „L’Osservatore Romano".

– Ksiądz Boniecki mnie ochrzcił, nawrócił, ale też pomógł mi w wielu sprawach. Zresztą nie mnie jednej –  dodaje Święcicka. Bywa, że pomaga w sposób nadzwyczaj dyskretny. Jak wtedy, gdy znalazł dach nad głową dla bezdomnej starszej pani albo oddawał swoje ostatnie pieniądze rodzinie z niepełnosprawnym dzieckiem w  finansowych tarapatach.

Marta Sobolska, ostatnia asystentka księdza w  „Tygodniku Powszechnym", wspomina, że pod pokojem ks. Bonieckiego nieustannie ktoś siedział, wyczekując wsparcia. – Czasem miał dość, chciał sobie pogadać choćby o ulubionych audiobookach, o tym, czy może wyszedł jakiś kolejny, na przykład o wampirach – śmieje się.

– Czasem być może nawet czuł, że jest zwyczajnie wykorzystywany. Nie potrafił jednak odmówić. Szturm-nowenna Gdy się rodził w 1934 r., jego ojciec Michał Fredro-Boniecki, potomek rodu z ponad zmienia polski Kościół, nadaje mu nowe, odważne oblicze na  naszych oczach. Tego nie da się odwrócić 600-letnią historią, „ofiarował" syna Matce Boskiej Częstochowskiej.

Miał to być akt wdzięczności za uratowanie się podczas I wojny światowej z niewoli Rosjan. Statek, z którego Michał zdołał w ostatniej chwili uciec, Rosjanie zatopili wraz z jeńcami. Widocznym znakiem przekazania Adama Matce Boskiej był jego ubiór. Do siódmego roku życia chodził wyłącznie w  białych lub niebieskich ubraniach. Chodził tak po pałacach i dworach w  rodzinnych majątkach, między innymi w mazowieckim Potworowie.

Po wybuchu wojny wraz z matką i rodzeństwem opuścił wielkie włości na chłopskiej furmance. W 1944 r. ojca Adama za działalność konspiracyjną rozstrzelało gestapo. W jednym z wywiadów Adam Boniecki przyznał, że to były najtrudniejsze chwile w jego życiu. I że przez dziewięć dni, gdy ojca przetrzymywano w areszcie, modlił się prawie bez ustanku. Nazwał to  później szturm-nowenną. Po wojnie matka Adama w maleńkim mieszkaniu w  Warszawie szyła lalki, żeby utrzymać rodzinę. Syn jej pomagał. Do dziś nie znosi zapachu trocin.

Do zakonu marianów wstąpił, gdy miał 18 lat. Wybrał go, bo marianie szczególną czcią otaczają Matkę Boską, ale także dlatego, że ich powołaniem jest duszpasterstwo. Tuż po święceniach kapłańskich trafił do Grudziądza, był katechetą gimnazjalistów. Po  studiach na KUL w 1964 r. zaczął pracę jako reporter w „Tygodniku Powszechnym". Jerzy Turowicz, naczelny tygodnika, docenił jego lekkie pióro, dowcip i dociekliwość.

– Do dziś jest jednym z najbardziej sprawnych i dociekliwych dziennikarzy, jakich znam – mówi Piotr Mucharski, obecny naczelny „Tygodnika". – Gdy o czymś mówi lub pisze, musi poznać wszelkie za i przeciw. Gdy postanowił napisać o Alicji Tysiąc, o jej decyzji, by usunąć ciążę, po prostu wsiadł w pociąg i do niej pojechał. Pojechał też do Jedwabnego. Był jedynym księdzem katolickim, który 10 lat temu wziął udział w uroczystościach w miejscu kaźni Żydów zabitych przez Polaków.

Ale to nie był pierwszy raz, gdy naraził się konserwatystom katolickim. Nigdy Bonieckiemu nie zapomnieli, że ujawniał to, co Kościół próbował ukryć, jak choćby wstydliwe tajemnice abp. Juliusza Paetza, oskarżanego o molestowanie kleryków. Już w latach 70., gdy studiował we Francji w  Instytucie Katolickim, w swoich notatkach z aplauzem napisał o mszy, podczas której „wierni siedzą dookoła stołu, a kapłan w rudym golfie trzyma drewniany kielich i łamie bochenek chleba".

Jednym głosem

– Jemu bliskie jest chrześcijaństwo proste, radosne, ale też miłujące prawdę i wolność. Takie, w którym nikt nie okopuje się na twardych pozycjach, ale zadaje pytania – uważa o. Maciej Biskup.

– Problem w tym, że taka wizja chrześcijaństwa wymaga wysiłku, wychodzenia ze schematów. A to nie wszystkim się podoba. Ale też nie wszyscy hierarchowie potępiają ks. Bonieckiego. Kiedy okazało się, że musi opuścić Kraków, w  jego obronie dyskretnie stanął kardynał Stanisław Dziwisz (choć pod  Wawelem wiadomo, że osobiście za księdzem nie przepada). Oburzenia zakazem marianów nie kryje dziś biskup Tadeusz Pieronek, a także część księży i zakonników.

– Największym sukcesem milczącego księdza jest to, że ci katolicy, których do tej pory zagłuszał ton debaty nadany przez kręgi prawicowo-narodowe, wreszcie się zjednoczyli, podnieśli głowę i  zaprotestowali solidarnie, jednym głosem – uważa Marek Zając, katolicki publicysta, kiedyś związany z „Tygodnikiem Powszechnym".

– I tego już nie da się odwrócić. Milczący Boniecki zmienia polski Kościół, nadaje mu nowe, odważne oblicze na naszych oczach. A Bonio – mówią zgodnie jego znajomi – jest nadzwyczaj silny. Nawet jeśli mu każą jeść kiełbasę zamiast płatków. Nawet gdy każą mu wstawać po piątej rano. – Ksiądz ma  cechę, o której być może zapomnieli jego przeciwnicy: ma dystans wobec świata i poczucie humoru – zauważa Piotr Mucharski. Nie, nie przytoczy dowcipów księdza redaktora, które do dziś krążą po „Tygodniku". Ale  zapewnia, że ksiądz Boniecki ze swoim czarnym humorem, podobnie jak ze  swoim czarnym beretem, nigdy się nie rozstaje. Niezależnie od  okoliczności.

Tak jak niezależnie od pogody w swojej celi czyta, pisze i  dziwi się. A potem – też w ramach zajęć własnych – opala na balkonie.

Okładka tygodnika WPROST: 46/2011
Więcej możesz przeczytać w 46/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • y IP
    x