Klasyk na marginesie

Klasyk na marginesie

Żyli szybko, kochali mocno, umierali młodo: tak wygląda biografia większoŚci bohaterów filmów Gusa van Santa. Do kin wchodzi jego najnowsze dzieło – „Restless”. To najbardziej kompromisowa produkcja jednego z ojców amerykańskiego kina niezależnego. Już mu nie zależy?
Młodość to moment, kiedy doświadczasz wszystkiego w szczególny sposób. A  po dwudziestce zaczynasz się zamrażać – przekonywał w jednym z wywiadów Gus Van Sant, który właśnie dobiega sześćdziesiątki.

Sam zadebiutował po trzydziestce, a jedne ze swoich najbardziej awangardowych filmów („Gerry", „Słoń”, „Last Days”) zrealizował, mając przeszło 50 lat. Wciąż jednak głównym tematem jego filmów pozostaje młodość; czego dowodem wchodzący właśnie do polskich kin „Restless” (premiera 25 listopada). To opowieść o parze dzieciaków, łączy je  namiętność do pogrzebów. On (Henry Hopper, syn słynnego Dennisa Hoppera) przeżył wypadek, w którym stracił oboje rodziców, i od tamtej pory snuje się po cmentarzu, właściwie martwy za życia. Ona umiera naprawdę, za to  każdy dzień zamienia w magiczne wydarzenie. Wbrew pozorom to wcale nie  jest dramat – przeciwnie: brakuje w „Restless” głębszych emocji, a  śmierć jest tu zdarzeniem z gatunku malowniczych, a nie okrutnych czy  absurdalnych.

Film Van Santa to vintage w najczystszej postaci – nostalgiczny ukłon w stronę francuskiej Nowej Fali oraz legendarnego dzieła Hala Ashby’ego „Harold i  Maude" (zamiłowanie do ceremonii pogrzebowych połączyło tam pewnego nastolatka ze starszą panią). Ścieżka dźwiękowa łagodnie alternatywna, doskonale wystylizowanym, urodziwym bohaterom ze śmiercią po prostu jest do twarzy. To prawdziwi hipsterzy: pielęgnujący ponad miarę własną wyjątkowość, kupowaną na kilogramy w second-handach w Portland, gdzie hipsterska społeczność jest na tyle duża, że w internetowym Urban Dictionary, czyli słowniku miejskiej gwary, powstało hasło „Portland hipster”.

Niby jest „Restless" produkcją niskobudżetową ze wszystkim, co  zajmuje Van Santa od zawsze. Są miłość oraz młodość zmiksowane ze  śmiercią i podlane czarnym humorem. Tym razem jednak wszystko zostało ujęte w gładką formę filmu mainstreamowego. To oczywiście nie pierwszy flirt tego reżysera z mainstreamem, ale duże rozczarowanie, zważywszy na  fakt, że twórca „Mojego własnego Idaho” poszedł na kompromis z własnym stylem właśnie teraz – kiedy zaczął być uznawany za niezależnego klasyka.

Całując Keanu Reevesa

Gdy debiutował w 1985 r. „Złą nocą", ten undergroundowy czarno-biały film wywołał niemałe poruszenie. Zmysłowa opowieść o sklepikarzu, który szaleńczo zakochuje się w meksykańskim imigrancie, wydawała się tym śmielsza, że powstała w czasach epidemii AIDS, gdy homoseksualizm i seks kojarzyły się przede wszystkim z chorobą i grzechem. Gus Van Sant był pionierem, przecierał szlaki dla New Queer Cinema, fali, z którą na  początku lat 90. wdarli się do kina Derek Jarman, Gregg Araki czy Todd Haynes.

Ćwierć wieku później Kodak Theatre owacjami na stojąco nagrodził Seana Penna, który odbierał Oscara za rolę gejowskiego aktywisty w  „Obywatelu Milku" Van Santa. Penn mówił ze sceny o homoseksualnych małżeństwach i równości, która należy się wszystkim.

Także za sprawą twórcy „Złej nocy" homoseksualni bohaterowie wchodzą do mainstreamu, a  rola geja nie oznacza już dla aktora potężnego ryzyka. O tym, jak wiele się zmieniło, świadczy anegdota o odważnej scenie seksu, którą sam reżyser postanowił wyciąć ze scenariusza „Obywatela Milka”, przekonany, że odstraszy potencjalnych odtwórców ról w filmie. Tak to wspominał Van Sant: – Sean Penn przeczytał scenariusz i podczas naszego pierwszego spotkania powiedział: „Wiesz co, powinniśmy tu mieć naprawdę mocną scenę erotyczną!”.

Hollywoodzki gwiazdor sam chciał uprawiać przed kamerą seks, i to z mężczyzną – rzecz nie do pomyślenia jakieś dwie dekady wcześniej, gdy agent obiecującego młodego aktora, Rivera Phoeniksa, nie  zamierzał nawet pokazać mu scenariusza „Mojego własnego Idaho" (1991). Phoenix dostał go do przeczytania od swojego przyjaciela Keanu Reevesa. Obaj mieli wątpliwości,ale postanowili zagrać w produkcji Van Santa (przez długi czas nie chciało jej zresztą sfinansować żadne studio, uznając projekt za zbyt kontrowersyjny – bohaterami filmu są męskie prostytutki).

I tym razem jeden z aktorów – Phoenix – dopisał do  scenariusza własną scenę. „Chciałbym cię pocałować" – szeptał do  Reevesa. Siedzieli przy ognisku, jeden zawstydzony swoim wyznaniem, z  głową ukrytą w ramionach; drugi swobodny, w pozie dandysa. To jedna z najpiękniejszych, najbardziej intymnych miłosnych scen, jakie stworzyło kino. A w swoich czasach – również jedna z  najodważniejszych. Po latach Keanu Reeves przyznał, że miał z nią kłopot. – Nie mam nic przeciwko gejom – tłumaczył. – Ale seks z  mężczyznami mnie nie interesuje. W „Moim własnym Idaho” mieliśmy trochę takich scen, i wierzcie mi, to było bardzo trudne. Nigdy więcej.

Począwszy od „Złej nocy", przez „Moje własne Idaho”, po „Obywatela Milka”, Van Sant torował drogę w kinie odrzucanym dotąd tematom i  bohaterom. Sam nigdy nie ukrywał własnego homoseksualizmu, dowodząc, że  reżyser gej nie musi ukrywać swojej tożsamości w obawie o karierę. Zaczynał od opowiadania o ludziach, których seksualność wyrzucała na  margines – skończył ów wątek na biografii aktywisty i polityka, który zmienił prawo. Oscary dla „Obywatela Milka” właściwie dowiodły, że  rewolucja się dokonała, ale i skończyła. W pewnym sensie Gus Van Sant nie ma już o co walczyć.

Może dlatego dochowuje wierności drugiemu ze  swoich ulubionych tematów. To młodość, a może raczej niedojrzałość. Cierpienia rozmaitych młodych Werterów są lejtmotywem jego kina. Najpierw obserwował młodych imigrantów, jak mówił „czekających na  wiosnę", czyli na pracę, wystających na Hollywood Boulevard. Właśnie oni zainspirowali go do nakręcenia „Złej nocy”. Podobnie było w przypadku „Mojego własnego Idaho” i młodocianych prostytutek. W filmie – poza Phoeniksem i Reevesem – zagrali zresztą chłopcy, którzy byli pierwowzorami bohaterów.

Zawsze interesowała go młodość jako moment zagubienia, ale i niezwykłego otwarcia, gdy człowiek wydaje się pozbawiony jakiejkolwiek ochrony przed światem. Gdy za sprawą pozornie banalnych zdarzeń może być stracony na  zawsze, gdy każde doświadczenie zostawia ślad – a czasem piętno – na  resztę życia. Pozbawione celu włóczęgi, wymalowane na twarzy znużenie i  obojętność, pod którymi kryje się emocjonalna burza – takimi portretami Van Sant opisywał nastolatków, doskonale ich wyczuwając.

Prawie jak Van Sant

Być może dlatego „Restless" rozczarowuje tak bardzo. A może to po prostu kolejny projekt, o którym powie po latach, że był to jeden z tych filmów, gdzie „rezygnuje z własnego stylu”, żeby „służyć publiczności”? Tak było w wypadku „Buntownika z wyboru”, „Psycho” czy „Szukając siebie”. – Sam bym nie napisał takich scenariuszy – przyznał po latach. Ale chciałem zobaczyć, jak to jest robić takie filmy – ze zwykłej ciekawości.

O tym, że ciekawość może być pierwszym stopniem do piekła, przekonał się po premierze „Psycho" (1998), remake’u słynnego filmu Hitchcocka, który po prostu odtworzył, scena po scenie. Ów eksperyment przyniósł mu dwie Złote Maliny: dla najgorszego remake’u i najgorszego reżysera, choć dziś coraz więcej osób uważa, że na swój sposób Van Sant zakpił sobie z hollywoodzkiej manii robienia filmów, które już powstały, że celowo stworzył antyremake. Na pewno czegoś się też nauczył. – To  praktycznie niemożliwe – mówi dzisiaj o kopiowaniu filmów jeden do  jednego. – Nawet jeśli odtworzysz go scena po scenie, to nigdy nie  będzie twój film.

Była to jedna z najdroższych lekcji pokory w historii Hollywood. Van Sant mógł sobie na nią pozwolić po oszałamiającym sukcesie „Buntownika z wyboru" (dziewięć nominacji i ostatecznie trzy Oscary), filmu, który uczynił sławnym nie tylko niezależnego dotychczas reżysera, ale i parę aktorów oraz autorów scenariusza: Matta Damona i  Bena Afflecka. I pomyśleć, że Van Sant o ich udział w projekcie musiał walczyć ze studiem, które chciało widzieć w obsadzie bardziej opatrzone twarze – Brada Pitta i Leonarda DiCaprio.

Van Sant ma dobrą rękę do  aktorów. Skok do kariery zrobili dzięki niemu nie tylko wspomniani wyżej, ale także Casey Affleck („Gerry"), Nicole Kidman („Za wszelką cenę”) czy Phoenix i Reeves. W wypadku „Restless” tak się raczej nie  wydarzy. Mia Wasikowska już jest bardzo znana, a Henry Hopper nie ma ani krzty niesamowitej energii, którą emanowali inni wybrańcy Van Santa.

To kolejny kłopot z tym filmem, który wydaje się otwierać nowy, oby krótki, rozdział w karierze reżysera. Dotychczas albo robił on filmy w stylu hollywoodzkim, albo we własnym. „Restless" to próba połączenia wody z  ogniem. Niezależnego twórcy z mainstreamem. Jego świata z oczekiwaniami masowej publiczności. Jest to „prawie” film Gusa Van Santa. I „prawie” hollywoodzka produkcja. A prawie, jak wiadomo, robi wielką różnicę.

Okładka tygodnika WPROST: 47/2011
Więcej możesz przeczytać w 47/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0